|
|
|||||||||||||
|
Ostatnie 10 torrentów
Ostatnie 10 komentarzy
Discord
Kategoria:
Muzyka
Ilość torrentów:
26,315
Opis
Year: 2026
Genre: Psychedelic, Space-Rock Country: UK Duration: 01:12:17 Format/Codec: MP3 Audio Bitrate: 320 kbps Tracklist 01. Four Legs Good, Two Legs Bad [1:53] 02. There Are Fairies In The Garden [5:11] 03. Hurry On Sundown [5:13] 04. The Demented Man [7:36] 05. Tortured Mind [3:31] 06. The Land Of Min [6:28] 07. Part Of Human Behaviour (No Sex Allowed) [2:16] 08. Those Days Of The Underground [6:28] 09. Out Of Luck [4:21] 10. PSI Power [6:51] 11. Human Zoo [6:12] 12. The Judge And The Fisherman [3:24] 13. Goonhilly Downs [4:14] 14. Ocean's Spiral [3:52] 15. Traveler Of Space [4:47]
Seedów: 44
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-20 20:31:31
Rozmiar: 166.91 MB
Peerów: 2
Dodał: Uploader
Opis
...( Info )...
Artist: VA Title: Rediscover The '90s: Pop Year: 2026 Genre: Pop, dance Duration: 07:11:30 Format/Codec: MP3 Audio bitrate: 320 kbps ...( TrackList )... 001. Backstreet Boys - I Want It That Way (3:33) 002. Destiny's Child - Jumpin', Jumpin' (3:47) 003. Britney Spears - ...Baby One More Time (3:31) 004. Christina Aguilera - Genie In a Bottle (3:37) 005. Blackstreet - No Diggity [feat. Dr. Dre & Queen Pen] [Clean] (5:05) 006. TLC - No Scrubs (3:34) 007. Coolio - Gangsta's Paradise (4:00) 008. Ini Kamoze - Here Comes The Hotstepper (Heartical Mix) (4:10) 009. blink-182 - All The Small Things (2:47) 010. Hanson - MMMBop (4:28) 011. Jennifer Lopez - If You Had My Love (4:26) 012. Destiny's Child - Say My Name (#1's Edit) (4:00) 013. Backstreet Boys - Everybody (Backstreet's Back) (Extended Version) (4:47) 014. Montell Jordan - This Is How We Do It [Explicit] (3:58) 015. Bryan Adams - (Everything I Do) I Do It For You (6:34) 016. Ace of Base - The Sign (Remastered) (3:11) 017. Spice Girls - Wannabe (2:53) 018. Mariah Carey - Always Be My Baby (4:17) 019. Sir Mix-A-Lot - Baby Got Back [Explicit] (4:22) 020. Mariah Carey - Hero (4:18) 021. Santana - Smooth (4:56) 022. Janet Jackson - Love Will Never Do (Without You) (5:50) 023. The Notorious B.I.G. - Mo Money Mo Problems (feat. Puff Daddy & Mase) [2014 Remaster] [Explicit] (4:17) 024. Los Del Rio - Macarena (Bayside Boys Remix) (4:12) 025. NSYNC - Tearin' up My Heart (Radio Edit) (3:31) 026. All-4-One - I Swear (4:19) 027. Paula Abdul - Rush Rush (4:52) 028. TLC - Waterfalls (4:39) 029. Snow - Informer (4:28) 030. Toni Braxton - Un-Break My Heart (4:28) 031. Mariah Carey - Fantasy (4:03) 032. 2Pac - California Love (Original Version) [feat. Roger Troutman & Dr. Dre] [Explicit] (4:44) 033. Madonna - Vogue (5:17) 034. Mark Morrison - Return of the Mack (3:33) 035. Whitney Houston - I Will Always Love You (4:31) 036. Bone Thugs-N-Harmony - Tha Crossroads [Explicit] (3:43) 037. Brandy - The Boy Is Mine (4:54) 038. Aaliyah - If Your Girl Only Knew (4:51) 039. New Kids On The Block - Step By Step (4:27) 040. Right Said Fred - I'm Too Sexy [Explicit] (2:51) 041. Ricky Martin - Livin' La Vida Loca (4:03) 042. Mariah Carey - One Sweet Day (4:40) 043. Puff Daddy - I'll Be Missing You (feat. Faith Evans & 112) [Explicit] (5:43) 044. Juvenile - Back That Azz Up [feat. Lil Wayne & Mannie Fresh] [Explicit] (4:25) 045. Mariah Carey - Love Takes Time (3:48) 046. Aerosmith - I Don't Want to Miss a Thing (From Armageddon Soundtrack) (4:58) 047. Backstreet Boys - Larger Than Life (3:52) 048. Michael Jackson - Black or White (4:16) 049. Ginuwine - Pony (5:24) 050. Boyz II Men - I'll Make Love To You (3:56) 051. Cher - Believe (3:59) 052. Will Smith - Gettin' Jiggy Wit It (3:47) 053. Janet Jackson - That's The Way Love Goes (4:25) 054. Ms. Lauryn Hill - Doo Wop (That Thing) (5:20) 055. The Notorious B.I.G. - Hypnotize (2007 Remaster) [Explicit] (3:50) 056. Vanilla Ice - Ice Ice Baby (4:31) 057. Enrique Iglesias - Bailamos (3:34) 058. Janet Jackson - Black Cat (4:50) 059. Madonna - Justify My Love (5:00) 060. C+C Music Factory - Gonna Make You Sweat (Everybody Dance Now) (4:03) 061. Mariah Carey - Someday (4:05) 062. Timmy T - One More Try (3:29) 063. Amy Grant - Baby, Baby (3:57) 064. Hi-Five - I Like the Way (The Kissing Game) (5:48) 065. Paula Abdul - The Promise Of A New Day (4:32) 066. Color Me Badd - I Adore Mi Amor (4:49) 067. Marky Mark & The Funky Bunch - Good Vibrations [feat. Loleatta Holloway] (4:29) 068. Mariah Carey - Emotions (4:08) 069. Prince - Cream (4:13) 070. Michael Bolton - When a Man Loves a Woman (3:51) 071. Color Me Badd - All 4 Love (3:31) 072. George Michael - Don't Let the Sun Go Down on Me (5:46) 073. Vanessa Williams - Save The Best For Last (3:39) 074. Boyz II Men - End Of The Road (5:48) 075. The Heights - How Do You Talk To An Angel (3:47) 076. UB40 - (I Can't Help) Falling In Love With You (3:26) 077. Janet Jackson - Again (3:47) 078. Bryan Adams - All For Love (From The Three Musketeers Soundtrack) [feat. Sting & Rod Stewart] (4:42) 079. Celine Dion - The Power of Love (Radio Edit) (4:46) 080. Lisa Loeb - Stay (I Missed You) (3:04) 081. TLC - Creep (4:28) 082. Madonna - Take a Bow (5:21) 083. Montell Jordan - This Is How We Do It [Explicit] (4:37) 084. Bryan Adams - Have You Ever Really Loved A Woman (From Don Juan DeMarco Soundtrack) (4:51) 085. Michael Jackson - You Are Not Alone (Single Version) (4:55) 086. Celine Dion - Because You Loved Me (Theme from Up Close and Personal ) (4:33) 087. Toni Braxton - You're Makin' Me High (4:27) 088. Mariah Carey - Honey (4:59) 089. Elton John - Candle In The Wind 1997 (4:10) 090. Savage Garden - Truly Madly Deeply (4:37) 091. Janet Jackson - Together Again (4:08) 092. USHER - Nice & Slow (Radio Version) [Clean] (3:47) 093. Celine Dion - My Heart Will Go On (Love Theme From ''Titanic'') (4:41) 094. K-Ci & JoJo - All My Life (5:31) 095. Next - Too Close [Explicit] (4:19) 096. Mariah Carey - My All (3:50) 097. Brandi Carlile - Have You Ever (2:32) 098. Monica - Angel of Mine (4:10) 099. Destiny's Child - Bills, Bills, Bills (#1's Edit) (3:44) 100. Will Smith - Wild Wild West (Album Version - No Intro) (4:05)
Seedów: 125
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-20 20:30:36
Rozmiar: 1.00 GB
Peerów: 5
Dodał: Uploader
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Nowa, limitowana, zremasterowana, europejska edycja jednej z najlepszych, zapomnianych, brytyjskich płyt z końca lat 60-tych! Wydany w styczniu 1969 roku (w tym samym dniu i w tej samej wytwórni Pye co genialny LP zespołu Woody Kern), jedyny, rewelacyjny album Velvett Fogg to kawał intensywnego, psychodelicznego rocka (ewidentnie i bardzo naturalnie przekształcający się 'progressive') opartego na współbrzmieniu wszechobecnych organów, intensywnych partii gitary, typowych dla tamtego okresu, atrakcyjnych manipulacji z dźwiękiem, nieco sennych wokali no i chwytliwych kompozycji! Muzykę grupy można porównać do bardzo wczesnych Deep Purple, The Nice i Procol Harum a także The Attack oraz oczywiście The Beatles. Warto dodać, że liderem/gitarzystą był... kuzyn Tony'ego Iommiego (z Black Sabbath) - Paul Eastment (chwilę potem założyciel brytyjskiego Ghost), zaś na organach grał Frank Wilson - już w 1970 roku naśladujący Jona Lorda w zespole Warhorse. Dodatkowo zamieszczono 2 nagrania z monofonicznego singla w tym niepublikowaną na LP przeróbkę słynnego ' Telstar' - The Tornados. To jest najlepiej brzmiąca edycja tej płyty 'ever'! JL ..::TRACK-LIST::.. 1. Yellow Cave Woman 6:58 2. New York Mining Disaster 2:56 3. Wizard Of Gobsold 2:58 4. Once Among The Trees 5:40 5. Lady Caroline 2:25 6. Come Away Melinda 5:54 7. Owed To The Dip 6:11 8. Within' The Night 4:47 9. Plastic Man 4:49 Bonus Tracks: 10. Telstar (mono, A-side, 1969) 2:47 11. Owed To The Dip (mono mix, B-side, 1969) 6:15 ..::OBSADA::.. Paul Eastment - guitar, vocal Frank Wilson - organ, vocal Mick Pollard - bass Graham Mullett - drums https://www.youtube.com/watch?v=AGIVgLJDEzs SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-20 17:46:36
Rozmiar: 122.60 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Nowa, limitowana, zremasterowana, europejska edycja jednej z najlepszych, zapomnianych, brytyjskich płyt z końca lat 60-tych! Wydany w styczniu 1969 roku (w tym samym dniu i w tej samej wytwórni Pye co genialny LP zespołu Woody Kern), jedyny, rewelacyjny album Velvett Fogg to kawał intensywnego, psychodelicznego rocka (ewidentnie i bardzo naturalnie przekształcający się 'progressive') opartego na współbrzmieniu wszechobecnych organów, intensywnych partii gitary, typowych dla tamtego okresu, atrakcyjnych manipulacji z dźwiękiem, nieco sennych wokali no i chwytliwych kompozycji! Muzykę grupy można porównać do bardzo wczesnych Deep Purple, The Nice i Procol Harum a także The Attack oraz oczywiście The Beatles. Warto dodać, że liderem/gitarzystą był... kuzyn Tony'ego Iommiego (z Black Sabbath) - Paul Eastment (chwilę potem założyciel brytyjskiego Ghost), zaś na organach grał Frank Wilson - już w 1970 roku naśladujący Jona Lorda w zespole Warhorse. Dodatkowo zamieszczono 2 nagrania z monofonicznego singla w tym niepublikowaną na LP przeróbkę słynnego ' Telstar' - The Tornados. To jest najlepiej brzmiąca edycja tej płyty 'ever'! JL ..::TRACK-LIST::.. 1. Yellow Cave Woman 6:58 2. New York Mining Disaster 2:56 3. Wizard Of Gobsold 2:58 4. Once Among The Trees 5:40 5. Lady Caroline 2:25 6. Come Away Melinda 5:54 7. Owed To The Dip 6:11 8. Within' The Night 4:47 9. Plastic Man 4:49 Bonus Tracks: 10. Telstar (mono, A-side, 1969) 2:47 11. Owed To The Dip (mono mix, B-side, 1969) 6:15 ..::OBSADA::.. Paul Eastment - guitar, vocal Frank Wilson - organ, vocal Mick Pollard - bass Graham Mullett - drums https://www.youtube.com/watch?v=AGIVgLJDEzs SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-20 17:42:38
Rozmiar: 333.69 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::TRACK-LIST::.. Recorded Live At The Montreaux Jazz Festival July 7, 2002. 1. War Ensemble 2. Stain Of Mind 3. Threshold 4. Postmortem 5. Raining Blood 6. Hell Awaits 7. Die By The Sword 8. Born Of Fire 9. Bloodline 10. God Send Death -11. Dead Skin Mask 12. Seasons In The Abyss 13. Payback 14. Mandatory Suicide 15. Chemical Warfare 16. South Of Heaven 17. Angel Of Death https://www.youtube.com/watch?v=8QaaZ1qmDkA SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-20 16:58:28
Rozmiar: 4.22 GB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Znajdź kogoś bardziej zapracowanego niż Mats Gustafsson. Głupie zdanie, kilku takich będzie, ale nie psujmy Szwedowi reputacji, bo i tak jest bardzo dobra. To uzasadnione w każdym calu. Fire! natomiast to zespół z takimi pokładami talentu i muzycznego spełnienia, że czegokolwiek nie weźmiemy, musi być i faktycznie jest dobrze. Nie inaczej sytuacja wgląda z She Sleeps, She Sleeps, najnowszym wydawnictwem tria, które ukazało się nakładem norweskiej oficyny Rune Grammofon. Związana na stałe z wytwórnią z Oslo formacja od lat na nowo interpretuje muzykę improwizowaną, skrupulatnie rozszerzając jej i tak ogromne granice. O co chodzi? O to wielowątkowe podejście do komponowania. Komponowania, tak, bo poza free-impro mam odczucie, że Szwedzi musieli niejako rozpisać te utwory na chociażby pojedyncze, ale scalające się frazy. Wyszło im, jak to w ich przypadku bywa, znakomicie. Na spokojnie, powoli, idealnie do nadanego przez nich tytułu. No, z malutkimi wyjąteczkami. She Sleeps, She Sleeps to album posępny, po prostu smutny w swoim wydźwięku, płynący własnym nurtem i tempem. Trio tworzone przez Matsa Gustafssona, Johana Berthlinga i Andreasa Werliina nagrało płytę mroczną, powolną, ale sprawiającą ogromną radość słuchaczom. Tak, takie melodie się ceni, i nieważne już, o którym z utworów na tym wydawnictwie mówimy. Ale pomówmy o nich choć chwilkę, bo niejako odbiegają od standardów, do których przyzwyczaili nas Fire! Otwierające płytę „She Owned His Voice” mniej więcej zakreśla schematy całego wydawnictwa. Mniej, bo jest to wybitnie rozimprowizowany utwór, jeśli popatrzymy na pozostałe nagrania z She Sleeps, She Sleeps. To, co prawda, nie jest pełne szaleństwo, z którego słynie Gustafsson (żeby wspomnieć tylko o także tegorocznym Melt), ale na warunki płyty jest nieźle. Tym jednak, co scala utwór numer jeden z pozostałą częścią płyty, jest sama aura. Ponura, melancholijna, a to za sprawą saksofonu właśnie. Mats ciągnie na saksofonie swoje smętne opowieści, a pozostali członkowie zespołu mu w tym nie przeszkadzają. Tempo nadawane przez Werliina lekko stopuje improwizowane partie saksofonu, a kontrabas tylko tę mroczną atmosferę potęguje. Tak mija „She Owned His Voice”, nadając całokształt wydawnictwu. Utwór tytułowy, drugi co do długości, ten zarys płyty pogłębia, udowadniając, że Fire! na She Sleeps, She Sleeps to Fire! niesamowicie wycofane, jakby na proszkach uspokajających. Ale czy to w ogóle wada? Skądże, to odsłonięcie nowych perspektyw i… jednocześnie zaprezentowanie ujmującego podejścia do komponowania. Na uwagę zasługuje przede wszystkim stonowana i niemal klasycznie jazzowa perkusja. No i sam saksofon, za pomocą którego Mats Gustafsson dalej wyczynia swoje uwodzące solówki. Hałaśliwym i niezobowiązującym przerywnikiem jest natomiast „She Bid A Meaningless Farewell”, które można odbierać głównie jako pole do popisu dla Andreasa na perkusji. Kto liczył na jakieś impro-highlighty, musi jednak obejść się smakiem, bo tu liczy się rytmika i systematyka. Do perki oczywiście dołączają kolejne instrumenty, w tym wiolonczela Leo Svensson Sandera, natomiast jest to raczej tylko próba chaotycznego wzniecenia atmosfery przed punktem kulminacyjnym płyty. A tymże jest „She Penetrates The Distant Silence, Slowly”, utwór najdłuższy i najlepszy jednocześnie. Najbardziej misterny, z rewelacyjnym, posępnym i zapętlającym się samoistnie w głowie motywem przewodnim wygrywanym na kontrabasie. Perkusja, przeszkadzajki i saksofon sprawiają, że już i tak gęste powietrze staje się jeszcze cięższe, a ten obrany motyw aż hipnotyzuje. I co warto zaznaczyć, i w tym utworze, i tak naprawdę we wszystkich kompozycjach słychać, kto Fire!, szczególnie na She Sleeps, She Sleeps, pcha do przodu, przejmując stery skandynawskiej łodzi. Chodzi, rzecz jasna, o Matsa, bo i w tym zdominowanym niby przez kontrabas temacie i tak przebłyski należą do saksofonu. A sama płyta? Ze swoją własną duszą, niby improwizowaną, niby lekko szaleńczą, a tak naprawdę melancholijną, stonowaną i po prostu bardzo ładną. Delikatną. Piotr Strzemieczny Fire! is a Swedish trio comprising Mats Gustafsson (The Thing), Johan Berthling (Tape) and Andreas Werliin (Wildbirds & Peacedrums) that came together with the idea of a fresh approach to improvised music, with a number of influences from free jazz, psychedelic rock and noise. Fire! is also their vehicle for rekindling their instrumental skills and playing outside their comfort zones, or collaborating with prestigious guests such as Jim O´Rourke (Unreleased?, 2011) and Oren Ambarchi (In The Mouth A Hand, 2012). A parallel but no less powerful project is their gargantuan Fire! Orchestra, previously a 30 piece behemoth (now scaled down to a mere 18 piece) of a band that convened for the first time in January 2012 for a memorable concert. Their third album is expected later in 2016. She Sleeps, She Sleeps is the trio´s fifth album and displays an intriguing cocktail of dark and brooding, hypnotic slowcore jazz. She Sleeps, She Sleeps is the fifth album release from Fire! (yes, that exclamation mark is an integral part of the name), the Swedish supergroup trio of saxophonist Mats Gustafsson, bassist Johan Berthling and drummer Andreas Werliin. It sees the three return to duty as a trio following the distraction of recording and touring with the Fire! Orchestra, with its membership of about thirty. Away from the orchestra, past Fire! albums have seen the trio collaborating with other musicians such as guitarists Jim O'Rourke and Oren Ambarchi. Although their last trio album, (Without Noticing) (Rune Gramoffon, 2013), included no such additions, this time around three of the album's four tracks do include guests, Ambarchi on one track and cellist Leo Svensson Sander on two others. The seven-and-a-half minute opening track, "She Owned His Voice," features the trio alone, and it is a potent reminder of what a fine group this is; the three members are immediately locked into each other, bass and drums providing a tight, driving groove over which Gustafsson gives a textbook example of what he does so well, firing off bursts of focussed, sustained baritone that display his awesome stamina, lung-power and phrasing. Next up, on the longer title track the rhythm section is just as reliable, allowing room for Gustafsson and Ambarchi to trade phrases that sound decidedly angst-ridden and atmospheric. For the second half of the album's forty-four minutes, the trio are joined by cellist Sander who slots in with assurance, although the four-minute "She Bid a Meaningless Farewell" is dominated by a workmanlike drum solo before bass and cello join in to add to the pulse. The album is brought to a storming climax by "She Penetrates the Distant Silence. Slowly" which opens with bass alone and then gradually adds layers of sound and builds momentum before ending with a full-on assault by all four players—altogether an object lesson in controlled power and dynamics. Aficionados of Fire! will find plenty here to remind them of the group's many strengths; newcomers can confidently join in here, knowing they have a treat in store. John Eyles ..::TRACK-LIST::.. 1. She Owned His Voice 07:34 2. She Sleeps, She Sleeps 13:59 3. She Bid a Meaningless Farewell 04:04 4. She Penetrates the Distant Silence. Slowly 18:30 ..::OBSADA::.. Tenor Saxophone, Baritone Saxophone, Bass Saxophone - Mats Gustafsson Double Bass - Johan Berthling Drums, Lap Steel Guitar - Andreas Werliin Cello - Leo Svensson Sander (tracks: 3, 4) Guitar - Oren Ambarchi (tracks: 2) https://www.youtube.com/watch?v=cVLt4WnWhio SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-20 16:18:11
Rozmiar: 101.58 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Znajdź kogoś bardziej zapracowanego niż Mats Gustafsson. Głupie zdanie, kilku takich będzie, ale nie psujmy Szwedowi reputacji, bo i tak jest bardzo dobra. To uzasadnione w każdym calu. Fire! natomiast to zespół z takimi pokładami talentu i muzycznego spełnienia, że czegokolwiek nie weźmiemy, musi być i faktycznie jest dobrze. Nie inaczej sytuacja wgląda z She Sleeps, She Sleeps, najnowszym wydawnictwem tria, które ukazało się nakładem norweskiej oficyny Rune Grammofon. Związana na stałe z wytwórnią z Oslo formacja od lat na nowo interpretuje muzykę improwizowaną, skrupulatnie rozszerzając jej i tak ogromne granice. O co chodzi? O to wielowątkowe podejście do komponowania. Komponowania, tak, bo poza free-impro mam odczucie, że Szwedzi musieli niejako rozpisać te utwory na chociażby pojedyncze, ale scalające się frazy. Wyszło im, jak to w ich przypadku bywa, znakomicie. Na spokojnie, powoli, idealnie do nadanego przez nich tytułu. No, z malutkimi wyjąteczkami. She Sleeps, She Sleeps to album posępny, po prostu smutny w swoim wydźwięku, płynący własnym nurtem i tempem. Trio tworzone przez Matsa Gustafssona, Johana Berthlinga i Andreasa Werliina nagrało płytę mroczną, powolną, ale sprawiającą ogromną radość słuchaczom. Tak, takie melodie się ceni, i nieważne już, o którym z utworów na tym wydawnictwie mówimy. Ale pomówmy o nich choć chwilkę, bo niejako odbiegają od standardów, do których przyzwyczaili nas Fire! Otwierające płytę „She Owned His Voice” mniej więcej zakreśla schematy całego wydawnictwa. Mniej, bo jest to wybitnie rozimprowizowany utwór, jeśli popatrzymy na pozostałe nagrania z She Sleeps, She Sleeps. To, co prawda, nie jest pełne szaleństwo, z którego słynie Gustafsson (żeby wspomnieć tylko o także tegorocznym Melt), ale na warunki płyty jest nieźle. Tym jednak, co scala utwór numer jeden z pozostałą częścią płyty, jest sama aura. Ponura, melancholijna, a to za sprawą saksofonu właśnie. Mats ciągnie na saksofonie swoje smętne opowieści, a pozostali członkowie zespołu mu w tym nie przeszkadzają. Tempo nadawane przez Werliina lekko stopuje improwizowane partie saksofonu, a kontrabas tylko tę mroczną atmosferę potęguje. Tak mija „She Owned His Voice”, nadając całokształt wydawnictwu. Utwór tytułowy, drugi co do długości, ten zarys płyty pogłębia, udowadniając, że Fire! na She Sleeps, She Sleeps to Fire! niesamowicie wycofane, jakby na proszkach uspokajających. Ale czy to w ogóle wada? Skądże, to odsłonięcie nowych perspektyw i… jednocześnie zaprezentowanie ujmującego podejścia do komponowania. Na uwagę zasługuje przede wszystkim stonowana i niemal klasycznie jazzowa perkusja. No i sam saksofon, za pomocą którego Mats Gustafsson dalej wyczynia swoje uwodzące solówki. Hałaśliwym i niezobowiązującym przerywnikiem jest natomiast „She Bid A Meaningless Farewell”, które można odbierać głównie jako pole do popisu dla Andreasa na perkusji. Kto liczył na jakieś impro-highlighty, musi jednak obejść się smakiem, bo tu liczy się rytmika i systematyka. Do perki oczywiście dołączają kolejne instrumenty, w tym wiolonczela Leo Svensson Sandera, natomiast jest to raczej tylko próba chaotycznego wzniecenia atmosfery przed punktem kulminacyjnym płyty. A tymże jest „She Penetrates The Distant Silence, Slowly”, utwór najdłuższy i najlepszy jednocześnie. Najbardziej misterny, z rewelacyjnym, posępnym i zapętlającym się samoistnie w głowie motywem przewodnim wygrywanym na kontrabasie. Perkusja, przeszkadzajki i saksofon sprawiają, że już i tak gęste powietrze staje się jeszcze cięższe, a ten obrany motyw aż hipnotyzuje. I co warto zaznaczyć, i w tym utworze, i tak naprawdę we wszystkich kompozycjach słychać, kto Fire!, szczególnie na She Sleeps, She Sleeps, pcha do przodu, przejmując stery skandynawskiej łodzi. Chodzi, rzecz jasna, o Matsa, bo i w tym zdominowanym niby przez kontrabas temacie i tak przebłyski należą do saksofonu. A sama płyta? Ze swoją własną duszą, niby improwizowaną, niby lekko szaleńczą, a tak naprawdę melancholijną, stonowaną i po prostu bardzo ładną. Delikatną. Piotr Strzemieczny Fire! is a Swedish trio comprising Mats Gustafsson (The Thing), Johan Berthling (Tape) and Andreas Werliin (Wildbirds & Peacedrums) that came together with the idea of a fresh approach to improvised music, with a number of influences from free jazz, psychedelic rock and noise. Fire! is also their vehicle for rekindling their instrumental skills and playing outside their comfort zones, or collaborating with prestigious guests such as Jim O´Rourke (Unreleased?, 2011) and Oren Ambarchi (In The Mouth A Hand, 2012). A parallel but no less powerful project is their gargantuan Fire! Orchestra, previously a 30 piece behemoth (now scaled down to a mere 18 piece) of a band that convened for the first time in January 2012 for a memorable concert. Their third album is expected later in 2016. She Sleeps, She Sleeps is the trio´s fifth album and displays an intriguing cocktail of dark and brooding, hypnotic slowcore jazz. She Sleeps, She Sleeps is the fifth album release from Fire! (yes, that exclamation mark is an integral part of the name), the Swedish supergroup trio of saxophonist Mats Gustafsson, bassist Johan Berthling and drummer Andreas Werliin. It sees the three return to duty as a trio following the distraction of recording and touring with the Fire! Orchestra, with its membership of about thirty. Away from the orchestra, past Fire! albums have seen the trio collaborating with other musicians such as guitarists Jim O'Rourke and Oren Ambarchi. Although their last trio album, (Without Noticing) (Rune Gramoffon, 2013), included no such additions, this time around three of the album's four tracks do include guests, Ambarchi on one track and cellist Leo Svensson Sander on two others. The seven-and-a-half minute opening track, "She Owned His Voice," features the trio alone, and it is a potent reminder of what a fine group this is; the three members are immediately locked into each other, bass and drums providing a tight, driving groove over which Gustafsson gives a textbook example of what he does so well, firing off bursts of focussed, sustained baritone that display his awesome stamina, lung-power and phrasing. Next up, on the longer title track the rhythm section is just as reliable, allowing room for Gustafsson and Ambarchi to trade phrases that sound decidedly angst-ridden and atmospheric. For the second half of the album's forty-four minutes, the trio are joined by cellist Sander who slots in with assurance, although the four-minute "She Bid a Meaningless Farewell" is dominated by a workmanlike drum solo before bass and cello join in to add to the pulse. The album is brought to a storming climax by "She Penetrates the Distant Silence. Slowly" which opens with bass alone and then gradually adds layers of sound and builds momentum before ending with a full-on assault by all four players—altogether an object lesson in controlled power and dynamics. Aficionados of Fire! will find plenty here to remind them of the group's many strengths; newcomers can confidently join in here, knowing they have a treat in store. John Eyles ..::TRACK-LIST::.. 1. She Owned His Voice 07:34 2. She Sleeps, She Sleeps 13:59 3. She Bid a Meaningless Farewell 04:04 4. She Penetrates the Distant Silence. Slowly 18:30 ..::OBSADA::.. Tenor Saxophone, Baritone Saxophone, Bass Saxophone - Mats Gustafsson Double Bass - Johan Berthling Drums, Lap Steel Guitar - Andreas Werliin Cello - Leo Svensson Sander (tracks: 3, 4) Guitar - Oren Ambarchi (tracks: 2) https://www.youtube.com/watch?v=cVLt4WnWhio SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-20 16:13:04
Rozmiar: 249.52 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
..::INFO::..
--------------------------------------------------------------------- Middle Of The Road - The Best --------------------------------------------------------------------- Artist...............: Middle Of The Road Album................: The Best Genre................: Pop Source...............: CD Year.................: 2002 Ripper...............: EAC (Secure mode) & Lite-On iHAS124 Codec................: Free Lossless Audio Codec (FLAC) Version..............: reference libFLAC 1.5.0 20250211 Quality..............: Lossless, (avg. compression: 62 %) Channels.............: Stereo / 44100 HZ / 16 Bit Tags.................: VorbisComment Information..........: Camden Included.............: NFO, M3U, CUE Covers...............: Front Back CD --------------------------------------------------------------------- Tracklisting --------------------------------------------------------------------- 1. Middle Of The Road - Chirpy Chirpy Cheep Cheep [03:01] 2. Middle Of The Road - Tweedle Dee, Tweedle Dum [03:14] 3. Middle Of The Road - Samson And Delilah [03:04] 4. Middle Of The Road - Soley Soley [03:09] 5. Middle Of The Road - Love Sweet Love [03:37] 6. Middle Of The Road - I Can't Tell The Bottom From The Top[03:33] 7. Middle Of The Road - The Talk Of The U.S.A. [03:13] 8. Middle Of The Road - To Remind Me [03:35] 9. Middle Of The Road - On This Land [03:50] 10. Middle Of The Road - Queen Bee [02:56] 11. Middle Of The Road - Yellow River [02:53] 12. Middle Of The Road - Sacramento [02:58] 13. Middle Of The Road - Louise (My Little Ship) [03:31] 14. Middle Of The Road - Rainin' 'N' Painin' [03:31] 15. Middle Of The Road - Give It Time [03:58] 16. Middle Of The Road - Try A Little Understanding [04:24] Playing Time.........: 54:34 Total Size...........: 340,48 MB
Seedów: 116
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-20 13:25:13
Rozmiar: 348.27 MB
Peerów: 30
Dodał: rajkad
Opis
..::INFO::..
--------------------------------------------------------------------- Billy Joel - The Ultimate Collection - (2 CD) --------------------------------------------------------------------- Artist...............: Billy Joel Album................: The Ultimate Collection Genre................: Rock, Pop Source...............: CD Year.................: 2000 Ripper...............: EAC (Secure mode) & Lite-On iHAS124 Codec................: Free Lossless Audio Codec (FLAC) Version..............: reference libFLAC 1.5.0 20250211 Quality..............: Lossless, (avg. compression: 63-68 %) Channels.............: Stereo / 44100 HZ / 16 Bit Tags.................: VorbisComment Information..........: Sony Music Included.............: NFO, M3U, CUE Covers...............: Front Back CD --------------------------------------------------------------------- Tracklisting - CD 1 --------------------------------------------------------------------- 1. Billy Joel - Just The Way You Are [04:50] 2. Billy Joel - My Life [04:43] 3. Billy Joel - It's Still Rock And Roll To Me [02:57] 4. Billy Joel - An Innocent Man [05:18] 5. Billy Joel - Piano Man [05:37] 6. Billy Joel - You're My Home [03:12] 7. Billy Joel - Everybody Loves You Now [03:11] 8. Billy Joel - The Entertainer [03:40] 9. Billy Joel - Streetlife Serenader [05:16] 10. Billy Joel - New York State Of Mind [06:03] 11. Billy Joel - Say Goodbye To Hollywood [04:38] 12. Billy Joel - She's Got A Way [03:00] 13. Billy Joel - Movin' Out (Anthony's Song) [03:29] 14. Billy Joel - She's Always A Woman [03:20] 15. Billy Joel - Honesty [03:49] 16. Billy Joel - You May Be Right [04:12] 17. Billy Joel - Don't Ask Me Why [02:57] 18. Billy Joel - Miami 2017 (Seen The Lights Go Out On Broadway)[05:09] Playing Time.........: 01:15:32 Total Size...........: 478,44 MB --------------------------------------------------------------------- Tracklisting - CD 2 --------------------------------------------------------------------- 1. Billy Joel - Uptown Girl [03:16] 2. Billy Joel - Tell Her About It [03:50] 3. Billy Joel - The River Of Dreams [04:07] 4. Billy Joel - The Longest Time [03:38] 5. Billy Joel - We Didn't Start The Fire [04:47] 6. Billy Joel - Goodnight Saigon [07:02] 7. Billy Joel - Allentown [03:52] 8. Billy Joel - All For Leyna [04:12] 9. Billy Joel - This Is The Time [05:01] 10. Billy Joel - Leave A Tender Moment Alone [03:53] 11. Billy Joel - A Matter Of Trust [04:10] 12. Billy Joel - Modern Woman [03:50] 13. Billy Joel - Baby Grand [04:04] 14. Billy Joel - I Go To Extremes [04:21] 15. Billy Joel - Leningrad [04:03] 16. Billy Joel - The Downeaster 'Alexa' [03:43] 17. Billy Joel - You're Only Human (Second Wind) [04:48] 18. Billy Joel - All About Soul (Remix) [05:58] Playing Time.........: 01:18:43 Total Size...........: 537,02 MB
Seedów: 165
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-19 23:14:49
Rozmiar: 1.00 GB
Peerów: 43
Dodał: rajkad
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Istnieje pewna nisza, która to właśnie etap z Mike'iem DiSalvo za mikrofonem uznaje jako ten najbardziej true w wykonaniu Cryptopsy. Ja powiem za to, cytując klasyka, no tak średnio bym powiedział, tak średnio. "Blasphemy Made Flesh" i "None So Vile" absolutnie niczego nie brakowało, obie te płyty prezentowały zajebiście wysoki poziom, pod każdym względem były spójne i najlepiej ukazywały sedno stylu tych Kanadyjczyków. Wraz z odejściem charakterystycznego Lorda Worma, osierocona przez Flo Mouniera, Jona Levasseura, Érica Langloisa i - świeżutkich w składzie - Miguela Roya oraz Mike'a DiSalvo kapela obrała sobie dość wydziwaczony kierunek, głównie wprowadzając nieprzystające elementy do swojego stylu. Pierwszym tego przykładem właśnie "Whisper Supremacy". Cały ten krzyk roznosi się tu wobec wymiany na stanowisku wokalisty (jak jednak pokaże przyszłość - to ledwie przedsmak tego co będzie potem). No cóż, Mike DiSalvo nie ma kompletnie nic wspólnego ze szczekliwością Lorda Worma czy generalnie death metalem (!) - bliżej mu natomiast do core'owych krzykaczy. Co jednak najciekawsze (czy najdziwniejsze), pozostałe instrumentarium nie zmieniło się jakkolwiek względem "Blasphemy..." i "None...". Nadal jest ono kurewsko brutalne, zakręcone, niedające słuchaczowi wytchnienia, przy jednoczesnej sporej dawce wyszukanych melodii. Dominuje zmyślnie skomponowana rzeźnia, która poraża olbrzymią finezją i czytelnością tak wszechstronnej ilości użytych środków, tyle że brakuje jej porządnych i wykonanych bez żenady wokaliz. Kawałki pokroju "Loathe", "Cold Hate, Warm Blood", "Faceless Unknown" czy "Flame To The Surface" z normalnym growlem niszczyłyby w całej swojej rozciągłości, a tak, z wokalami DiSalvo (czasem w typie...ugabuga), bardziej męczą niż fascynują. Na "Whisper..." po prostu odnosi się wrażenie, że zderzyły się ze sobą dwa zupełnie nieprzystające do siebie oblicza metalowej muzyki. "Whisper Supremacy" to zatem jeden z cięższych do oceny krążków, jakie ukazały się pod szyldem Cryptopsy. Z jednej strony, kompozycyjnie całość została utrzymana w rejonach z poprzednich dwóch albumów, z drugiej zaś, drastycznie inne, o core'owej manierze wokale spowodowały, że materiał traci na mocy i irytuje wstrzelonymi od czapy histerycznymi wokalami. W przypadku Cryptopsy dużo lepiej, gdy przeważa deathowy ryk. Trochę Subiektywizmu Reinstating all hope that there is still life and creativity in the realm of death metal, the members of Montreal’s Cryptopsy aren’t out to fool anyone with their music or songwriting. The band strives to completely indulge themselves in and explore one musical characteristic, sheer Brutality. Possessing the technical aspects that most of the scene’s giants can only hope to achieve, Cryptopsy heave a mighty load of harsh grind that is overwhelming to fans of noise and crust as well as death metal. Garnering an incredible underground following in the last few years, especially in Europe, these guys relentlessly search their creative realms for expansion of their devastating music, and their first two albums have set standards in this overcrowded scene. As if Cryptopsy haven’t already done enough to separate themselves from the normal ranks, the band are set to unleash their third monstrous and most vital album, WHISPER SUPREMACY. Never has the time been more ideal for a record like WHISPER SUPREMACY to drive a dominating spike through the cold heart of Death Metal. Grab onto something stable, for you’ve now been warned! Cryptopsy is one of the most well-known technical death metal bands; they earned their respect many years ago, yet there are still some unsatisfied and miserable people who think that after their greatest release, "None So Vile," everything went to shit. Well, don’t be mistaken by these opinions because they don’t make sense, and you should consider them a waste of your time. So, why is Cryptopsy's "Whisper Supremacy" such a hated album? Personally, I think there are no reasons for that, but "objectively," the album is hated because ex-Cryptopsy vocalist Lord Worm left the band after "None So Vile," and the rest you can imagine yourself. Lord Worm's and DiSalvo's (singer on this album) vocals are certainly different, but that doesn’t make it a reason to not give a chance to the new singer. Hot take incoming: I do think that Mike is overall a better vocalist than Lord Worm. Worm's vocals feel dull, and I could compare them to zombie sounds, but on the other hand, Mike's vocals are to me, more natural and consistent, and they fit more into a genre like what Cryptopsy plays. While "None So Vile" was already pretty technical, this album is only more technical and more interesting to listen to, and it's so fucking fast that on the 1st listen you don't even know what's happening. Jon Levasseur is a beast of a guitarist, and he should be more appreciated for the work he has done. He always makes great combinations of the riffs, and this is why I personally think that Cryptopsy is the best technical dm band out there. At first, you got some grim-like and inhuman riffs, and he just casually combined it with some of the heaviest riffs that Cryptopsy has ever come to. A crazy example of Levasseur's work is definitely going to be the opening track for the album—"Emaciate."". And his wild guitar solos? Sometimes, I'm about to cry at how fricking beautiful certain guitar solos are! It's sad that he left the band; you can feel that albums without him are missing something, and that's him. I was always arguing about this, and I will forever defend my opinion, but Flo Mounier is the best metal drummer of all time. You can’t tell me that a random (and many popular ones) drummer can play a fast shit like this. Yes, Flo's a bit sloppy at certain times in the songs, but we forgive him because of the hard work he put into this album. Actually, I think that his sloppy playing makes the drumming more accessible to the listener and more natural; he just doesn’t sound like a drum machine but like a fucking monster behind the drum kit. I've never understood people who put this guy down; if you have a problem with his playing, then go for it and fucking play it as good as he can! One more thing: Mounier is not a repetitive drummer; he has a crazy drumming range in some songs and crazy combinations of drums and cymbals, but I will discuss that somewhere else. "Flame to the Surface" and "Cold Hate, Warm Blood" are indeed the best examples of Flo's inhuman drumming. Mike DiSalvo is a great vocalist and also an interesting lyrics composer. There's a big difference between Lord Worm's and Mike's lyrics. While Worm's lyrics are pretty much gnarly and talking about insanity or murder, DiSalvo's are leading a different way. You need to have a big imagination and see the background of his lyrics, but we can definitely say he's talking about his rage towards something, his suffering, and (I think 1 or 2 songs are like this?) there are songs where he's talking about drugs behind context. Of course, it's drastically different from the previous albums, but I just don't know; I like the philosophical view of Mike. Well, it's on you to decide! What about some of the tracks to recommend? Personally, I would recommend the whole album, but I'll just mention 2-3 songs to go for. So, of course, "Cold Hate, Warm Blood" is one of my favorite Cryptopsy songs, and it is globally known why. If you're a fan of more melodic things, I think that this song is perfectly made for you. Then some of the less unknown and some underrated ones, we got "Flame to the Surface," which is, I think, the most wild and craziest song on this album. You got here some of the best Flo's drum performances, and of course, Jon's riffs and his musical intelligence aren't missing on this one. Imo, riffs from this song are by far my favorite ones. And the third go-to song would be "White Worms." Again, it is a pretty well-known song for its high popularity and, once again, for its majestic performances. So, I have one favor for you to do: listen to this album without thinking about those negative stupid reviews, have a clear mind, and listen to the full album as many times as your brain requires you to do so. "Whisper Supremacy" is a perfect example of a "never giving up" album that fights its demons and its obstacles getting in its way. This album has one of the best performances by its old lineup: Jon's majestic riffs, Flo's wild drumming, and Mike's hardcore-like vocals, which perfectly fit the genre itself. "Witness the final words I've spoken"... pacificgrim ..::TRACK-LIST::.. 1. Emaciate 05:00 2. Cold Hate, Warm Blood 03:53 3. Loathe 04:53 4. White Worms 03:41 5. Flame To The Surface 03:05 6. Depths You've Fallen 03:58 7. Faceless Unknown 03:19 8. Serpent's Coil 03:18 ..::OBSADA::.. Mike DiSalvo - vocals Jon Levasseur - guitars Miguel Roy - guitars Eric Langlois - bass guitar Flo Mounier - drums, backing vocals https://www.youtube.com/watch?v=ZNdjvMlCK-8 SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-19 21:04:06
Rozmiar: 72.74 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Istnieje pewna nisza, która to właśnie etap z Mike'iem DiSalvo za mikrofonem uznaje jako ten najbardziej true w wykonaniu Cryptopsy. Ja powiem za to, cytując klasyka, no tak średnio bym powiedział, tak średnio. "Blasphemy Made Flesh" i "None So Vile" absolutnie niczego nie brakowało, obie te płyty prezentowały zajebiście wysoki poziom, pod każdym względem były spójne i najlepiej ukazywały sedno stylu tych Kanadyjczyków. Wraz z odejściem charakterystycznego Lorda Worma, osierocona przez Flo Mouniera, Jona Levasseura, Érica Langloisa i - świeżutkich w składzie - Miguela Roya oraz Mike'a DiSalvo kapela obrała sobie dość wydziwaczony kierunek, głównie wprowadzając nieprzystające elementy do swojego stylu. Pierwszym tego przykładem właśnie "Whisper Supremacy". Cały ten krzyk roznosi się tu wobec wymiany na stanowisku wokalisty (jak jednak pokaże przyszłość - to ledwie przedsmak tego co będzie potem). No cóż, Mike DiSalvo nie ma kompletnie nic wspólnego ze szczekliwością Lorda Worma czy generalnie death metalem (!) - bliżej mu natomiast do core'owych krzykaczy. Co jednak najciekawsze (czy najdziwniejsze), pozostałe instrumentarium nie zmieniło się jakkolwiek względem "Blasphemy..." i "None...". Nadal jest ono kurewsko brutalne, zakręcone, niedające słuchaczowi wytchnienia, przy jednoczesnej sporej dawce wyszukanych melodii. Dominuje zmyślnie skomponowana rzeźnia, która poraża olbrzymią finezją i czytelnością tak wszechstronnej ilości użytych środków, tyle że brakuje jej porządnych i wykonanych bez żenady wokaliz. Kawałki pokroju "Loathe", "Cold Hate, Warm Blood", "Faceless Unknown" czy "Flame To The Surface" z normalnym growlem niszczyłyby w całej swojej rozciągłości, a tak, z wokalami DiSalvo (czasem w typie...ugabuga), bardziej męczą niż fascynują. Na "Whisper..." po prostu odnosi się wrażenie, że zderzyły się ze sobą dwa zupełnie nieprzystające do siebie oblicza metalowej muzyki. "Whisper Supremacy" to zatem jeden z cięższych do oceny krążków, jakie ukazały się pod szyldem Cryptopsy. Z jednej strony, kompozycyjnie całość została utrzymana w rejonach z poprzednich dwóch albumów, z drugiej zaś, drastycznie inne, o core'owej manierze wokale spowodowały, że materiał traci na mocy i irytuje wstrzelonymi od czapy histerycznymi wokalami. W przypadku Cryptopsy dużo lepiej, gdy przeważa deathowy ryk. Trochę Subiektywizmu Reinstating all hope that there is still life and creativity in the realm of death metal, the members of Montreal’s Cryptopsy aren’t out to fool anyone with their music or songwriting. The band strives to completely indulge themselves in and explore one musical characteristic, sheer Brutality. Possessing the technical aspects that most of the scene’s giants can only hope to achieve, Cryptopsy heave a mighty load of harsh grind that is overwhelming to fans of noise and crust as well as death metal. Garnering an incredible underground following in the last few years, especially in Europe, these guys relentlessly search their creative realms for expansion of their devastating music, and their first two albums have set standards in this overcrowded scene. As if Cryptopsy haven’t already done enough to separate themselves from the normal ranks, the band are set to unleash their third monstrous and most vital album, WHISPER SUPREMACY. Never has the time been more ideal for a record like WHISPER SUPREMACY to drive a dominating spike through the cold heart of Death Metal. Grab onto something stable, for you’ve now been warned! Cryptopsy is one of the most well-known technical death metal bands; they earned their respect many years ago, yet there are still some unsatisfied and miserable people who think that after their greatest release, "None So Vile," everything went to shit. Well, don’t be mistaken by these opinions because they don’t make sense, and you should consider them a waste of your time. So, why is Cryptopsy's "Whisper Supremacy" such a hated album? Personally, I think there are no reasons for that, but "objectively," the album is hated because ex-Cryptopsy vocalist Lord Worm left the band after "None So Vile," and the rest you can imagine yourself. Lord Worm's and DiSalvo's (singer on this album) vocals are certainly different, but that doesn’t make it a reason to not give a chance to the new singer. Hot take incoming: I do think that Mike is overall a better vocalist than Lord Worm. Worm's vocals feel dull, and I could compare them to zombie sounds, but on the other hand, Mike's vocals are to me, more natural and consistent, and they fit more into a genre like what Cryptopsy plays. While "None So Vile" was already pretty technical, this album is only more technical and more interesting to listen to, and it's so fucking fast that on the 1st listen you don't even know what's happening. Jon Levasseur is a beast of a guitarist, and he should be more appreciated for the work he has done. He always makes great combinations of the riffs, and this is why I personally think that Cryptopsy is the best technical dm band out there. At first, you got some grim-like and inhuman riffs, and he just casually combined it with some of the heaviest riffs that Cryptopsy has ever come to. A crazy example of Levasseur's work is definitely going to be the opening track for the album—"Emaciate."". And his wild guitar solos? Sometimes, I'm about to cry at how fricking beautiful certain guitar solos are! It's sad that he left the band; you can feel that albums without him are missing something, and that's him. I was always arguing about this, and I will forever defend my opinion, but Flo Mounier is the best metal drummer of all time. You can’t tell me that a random (and many popular ones) drummer can play a fast shit like this. Yes, Flo's a bit sloppy at certain times in the songs, but we forgive him because of the hard work he put into this album. Actually, I think that his sloppy playing makes the drumming more accessible to the listener and more natural; he just doesn’t sound like a drum machine but like a fucking monster behind the drum kit. I've never understood people who put this guy down; if you have a problem with his playing, then go for it and fucking play it as good as he can! One more thing: Mounier is not a repetitive drummer; he has a crazy drumming range in some songs and crazy combinations of drums and cymbals, but I will discuss that somewhere else. "Flame to the Surface" and "Cold Hate, Warm Blood" are indeed the best examples of Flo's inhuman drumming. Mike DiSalvo is a great vocalist and also an interesting lyrics composer. There's a big difference between Lord Worm's and Mike's lyrics. While Worm's lyrics are pretty much gnarly and talking about insanity or murder, DiSalvo's are leading a different way. You need to have a big imagination and see the background of his lyrics, but we can definitely say he's talking about his rage towards something, his suffering, and (I think 1 or 2 songs are like this?) there are songs where he's talking about drugs behind context. Of course, it's drastically different from the previous albums, but I just don't know; I like the philosophical view of Mike. Well, it's on you to decide! What about some of the tracks to recommend? Personally, I would recommend the whole album, but I'll just mention 2-3 songs to go for. So, of course, "Cold Hate, Warm Blood" is one of my favorite Cryptopsy songs, and it is globally known why. If you're a fan of more melodic things, I think that this song is perfectly made for you. Then some of the less unknown and some underrated ones, we got "Flame to the Surface," which is, I think, the most wild and craziest song on this album. You got here some of the best Flo's drum performances, and of course, Jon's riffs and his musical intelligence aren't missing on this one. Imo, riffs from this song are by far my favorite ones. And the third go-to song would be "White Worms." Again, it is a pretty well-known song for its high popularity and, once again, for its majestic performances. So, I have one favor for you to do: listen to this album without thinking about those negative stupid reviews, have a clear mind, and listen to the full album as many times as your brain requires you to do so. "Whisper Supremacy" is a perfect example of a "never giving up" album that fights its demons and its obstacles getting in its way. This album has one of the best performances by its old lineup: Jon's majestic riffs, Flo's wild drumming, and Mike's hardcore-like vocals, which perfectly fit the genre itself. "Witness the final words I've spoken"... pacificgrim ..::TRACK-LIST::.. 1. Emaciate 05:00 2. Cold Hate, Warm Blood 03:53 3. Loathe 04:53 4. White Worms 03:41 5. Flame To The Surface 03:05 6. Depths You've Fallen 03:58 7. Faceless Unknown 03:19 8. Serpent's Coil 03:18 ..::OBSADA::.. Mike DiSalvo - vocals Jon Levasseur - guitars Miguel Roy - guitars Eric Langlois - bass guitar Flo Mounier - drums, backing vocals https://www.youtube.com/watch?v=ZNdjvMlCK-8 SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-19 20:59:50
Rozmiar: 252.82 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Trzeci album zespołu Tuleje to wyraźny zwrot ku miejskiej surowości i nowej tożsamości brzmieniowej. Największą zmianą fundamentu muzycznego jest wysunięcie na pierwszy plan gitary basowej, która niemal całkowicie zastępuje znany z poprzednich płyt kontrabas (pojawiający się tu jedynie w formie subtelnych, nostalgicznych akcentów).Ta zmiana instrumentarium nadaje materiałowi bardziej sprężysty, "asfaltowy" charakter, idealnie korespondujący z warstwą liryczną. Teksty, tym razem pisane przede wszystkim w trzeciej osobie, rezygnują z osobistych wyznań na rzecz roli uważnego obserwatora. Każdy utwór to odrębna, zamknięta historia osadzona głęboko w miejskiej rzeczywistości – od dusznych klatek schodowych, stacji metra i nocnych autobusów, po anonimowe mikro-dramaty rozgrywające się w świetle neonów. Płyta tworzy dźwiękową mapę metropolii, gdzie puls basu staje się rytmem chodników, a dystans narratora pozwala słuchaczowi w pełni zanurzyć się w losach bohaterów tych miejskich opowieści. Wydawca Pieśń z Babiaka w nocnym autobusie W jednym z zeszytów zatytułowanych Folklor muzyczny z okolic Konina, które na przełomie XX i XXI wieku zebrał muzykolog Krzysztof Pydyński, zachowały się melodie z Babiaka, Kramska i Osieka Wielkiego – wsi, których nazwy niewiele znaczą dla kogokolwiek poza ich mieszkańcami i etnomuzykologami. Te publikacje, z dołączonymi kasetami i płytami CD, latami leżały na półkach u Gosi Zagajewskiej i Ksawerego Wójcińskiego, aż w pewnym momencie artyści postanowili po nie sięgnąć. Z tego impulsu narodziły się Tuleje – i jeden z najciekawszych projektów polskiej awangardy ludowej ostatnich lat. To trio tworzą: Gosia Zagajewska (głos, teksty), Ksawery Wójciński (kontrabas, gitara basowa) i Wojtek Kurek (perkusja). Każde z nich to nazwisko z trochę innego świata. Wójciński to wybitny kontrabasista mający na koncie udział w kilkudziesięciu albumach z najróżniejszymi formacjami improwizowanymi; Kurek to perkusista znany z radykalnych elektronicznych eksperymentów; Zagajewska – wokalistka i poetka, członkini m.in. Voice Act, Casting Lots i Figi, autorka świetnie przyjętego debiutu poetyckiego Wyrobiska (wydanego w 2023 roku przez łódzki oddział SPP). Ich pierwsze dwa albumy – Ciche miejsca (2022) i Puste ulice (2023) wydane przez Gusstaff Records ugruntowały pozycję Tulei tuż obok twórców, którzy polską tradycję przeciągają do współczesności bez taryfy ulgowej: choćby poszukującego Księżyca, projektów Remka Hanaja czy folk-punkowej Hańby!. Jednak to byt osobny, inny od każdej z tych formacji. Bo Tuleje od początku robiły coś specyficznego. Zamiast rekonstruować oryginalne pieśni z konińskich zeszytów, zespół brał archaiczne melodie i podkładał pod nie nowe teksty – autorskie wiersze Zagajewskiej. Pieśń ludowa zostaje, ale język przesuwa się o sto lat. To zabieg na pozór drobny, w praktyce jednak wywrotowy: pozwala uniknąć cepeliowskiego skansenu, nie zdradzając przy tym źródła. Wiersze Zagajewskiej, znane z publikacji w „biBLiotece”, „KONTENCIE”, „Drobiazgach” czy „Tlenie Literackim”, trudno wpisać w obowiązujące obecnie w polskiej poezji główne nurty. Jest w nich coś z somatycznego konkretu, dyscypliny obserwacji i eksperymentalnej lingwistyki – nigdy nie ma tu jednak efekciarstwa. Tytuł jej tomu, Wyrobiska, mówi sporo: to język wykopany, wybrany prosto ze złoża, pozbawiony zbędnego tłuszczu. Ma w sobie ciężar materiału i precyzję narzędzia. W Tulejach ta poetyka odnajduje swój dźwiękowy odpowiednik. Zagajewska nie śpiewa tak, jak przyzwyczaiły nas do tego wokalistki współczesnego folku – nie inscenizuje wiejskiej szorstkości na siłę, nie udaje muzyki dawnej, nie chowa się też za bezpiecznym, jazzowym kunsztem. Traktuje głos tak, jak traktuje słowo: jako medium, które trzeba precyzyjnie dobrać do zadania. Raz to chłodna recytacja, raz krzyk, kiedy indziej frazowanie tak bliskie tradycyjnemu, ludowemu lamentowi, że trudno uwierzyć w metrykę urodzenia artystki. Nagłe przejaśnienia – wydawane przez Gusstaff Records oraz Don’t Sit On My Vinyl, we współpracy z Polskim Radiem – przynoszą głęboką korektę brzmienia. Najważniejszą decyzją aranżacyjną jest tu przesunięcie akcentu na gitarę basową, która niemal całkowicie wypiera znany z poprzednich płyt kontrabas (ten ostatni wraca jedynie w formie efemerycznych, powidokowych mikro-wstawek). To nie jest niewinna roszada instrumentów. Kontrabas u Wójcińskiego zawsze miał w sobie coś z organicznej, głębokiej i rezonującej tkanki starej chałupy – naturalnie napowietrzał i zmiękczał sekcję. Bas elektryczny pracuje zgoła inaczej: jego dźwięk jest kanciasty, zmatowiony, uderza zwartym, mechanicznym, wręcz zimnofalowym atakiem. Wprowadza duszny, seryjny trans. Ta brzmieniowa transformacja buduje idealnie zurbanizowaną, klaustrofobiczną przestrzeń, która staje się naturalnym tłem dla nowej warstwy lirycznej. Teksty, tym razem pisane przede wszystkim w trzeciej osobie, rezygnują z intymnych, pamiętnikarskich wyznań na rzecz chłodnej roli miejskiego obserwatora. Z konińskiej prowincji Tuleje przenoszą nas do wnętrza współczesnego, banalnego mikrokosmosu: do dusznych klatek schodowych, podziemnych peronów stacji metra, nocnych autobusów i anonimowych dramatów rozgrywających się w surowym świetle jarzeniówek. Gdy Zagajewska melodeklamuje na tle jednostajnego, niemal industrialnego motywu basu natychmiast staje przed nami polskie miasto bez makijażu. To już nie jest opowieść o polnej drodze, ale o betonie, który nasiąkł dokładnie tym samym rodzajem tęsknoty i samotności. Mogłoby się wydawać, że to zerwanie z folkową tożsamością. W praktyce jest dokładnie odwrotnie. Pieśń ludowa nigdy nie była muzyką czystego pejzażu – była kroniką ludzi, którzy w tym krajobrazie próbowali przetrwać. Ballada o niewiernym kochanku, o zmęczeniu pracą, o dziewczynie, która szuka ucieczki w nurcie wiejskiego stawu – to przecież bezpośrednie strukturalne odpowiedniki miejskich opowieści Zagajewskiej. Tuleje nie odchodzą od ludowej narracji; przenoszą ją po prostu do świata, w którym wiejską sadzawkę zastąpiło torowisko tramwajowe, a swaty – algorytm Tindera. Surowy, elektryczny bas okazuje się najbardziej logicznym językiem tego transferu. W tym miejscu warto dotknąć kwestii, na której w pisaniu o muzyce najłatwiej się wyłożyć. Tuleje to zespół, który nieustannie operuje pojęciem prawdy – bez używania samego słowa, rzecz jasna, bo ono w recenzjach potrafi brzmieć pretensjonalnie. A jednak trudno o inny termin. Muzyka ludowa nosi w sobie prawdę, której nie da się sfałszować: prawdę powtarzalności. Pieśń, która przeszła przez setki gardeł, ma w sobie destylat doświadczenia, którego sterylny album studyjny rzadko dotyka. Prawda poezji Zagajewskiej jest podobna: to nie sucha zgodność z faktami, lecz idealna adekwatność słowa do tego, co naprawdę widzi autorka. Tuleje robią coś ryzykownego: nakładają jedną prawdę na drugą i sprawdzają, czy te światy nie zaczną zgrzytać. Nie zgrzytają. Obie te prawdy pochodzą bowiem z tego samego źródła – z uważnego patrzenia. Wiejska śpiewaczka i miejska poetka spoglądają na rzeczywistość z innych punktów, ale obie robią to bez filtra. Tak właśnie spoglądają na świat Tuleje – nie ma tu żadnego fałszu. Jest za to ogromna dyscyplina i pasja. Czyli dokładnie to, czego brakuje większości polskich folkowych projektów: głębokie przekonanie, że tradycji nie trzeba na siłę „ratować” ani rekonstruować w garniturach. Ona doskonale wie, co ze sobą zrobić, jeśli tylko da się jej do ręki współczesny instrument. Nagłe przejaśnienia to płyta dla każdego, kto szuka folku potrafiącego mówić językiem bezwzględnej teraźniejszości; dla każdego, kto czytając Zagajewską, pomyślał, że te wiersze aż proszą się o gęstą sekcję rytmiczną. To album dla tych, którzy jeżdżą nocnym autobusem linii 503 i podskórnie czują, że to też jest przestrzeń do snucia współczesnych pieśni o doli i niedoli. Dla każdego, kto przyjmuje do wiadomości, że polskie miasto i polska wieś nie są dwoma osobnymi bytami, ale tym samym światem – przesuniętym zaledwie o pokolenie lub dwa. I wreszcie dla każdego, kto ceni w muzyce fundamentalną zasadę, którą Tuleje respektują bezkompromisowo: że dźwięki, które nie mają nic istotnego do opowiedzenia, po prostu nie powinny powstawać. Karol Mazurek The band Tuleje consists of Gosia Zagajewska, Ksawery Wójciński and Wojtek Kurek. Their original arrangement of folk music from eastern Greater Poland is filled with deep respect for the original material, and at the same time expresses their subjective view of tradition. A bold look, full of references to jazz, blues, early music and free improvisation. But Tuleje's third album marks a distinct shift towards urban rawness and a new sonic identity. The greatest change to the musical foundation is the foregrounding of the bass guitar, which almost entirely replaces the double bass from previous albums (appearing here only as subtle, nostalgic accents). This shift in instrumentation gives the material a more resilient, "asphalt" character, perfectly complementing the lyrical layer. The lyrics, this time written primarily in the third person, forgo personal confessions in favor of a keen observer. Each track is a distinct, self-contained story embedded deep within the urban reality – from stuffy stairwells, metro stations, and night buses, to anonymous micro-dramas unfolding in neon light. The album creates a sonic map of the metropolis, where the bass pulse becomes the rhythm of the sidewalks, and the narrator's detachment allows the listener to fully immerse themselves in the fates of the characters in these urban tales ..::TRACK-LIST::.. 1. Płot 02:51 2. Włos 03:16 3. Grzbiet 04:34 4. Noc 04:42 5. Lot 03:14 6. Kiosk (feat. Maurycy Wójciński) 03:33 7. Drzwi 06:04 8. Len (only CD) 03:51 9. Miot 08:18 ..::OBSADA::.. Gosia Zagajewska - vocal Ksawery Wójciński – bass, double bass, vocal Wojtek Kurek – drums. vocal SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 1
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-19 20:26:18
Rozmiar: 95.79 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Trzeci album zespołu Tuleje to wyraźny zwrot ku miejskiej surowości i nowej tożsamości brzmieniowej. Największą zmianą fundamentu muzycznego jest wysunięcie na pierwszy plan gitary basowej, która niemal całkowicie zastępuje znany z poprzednich płyt kontrabas (pojawiający się tu jedynie w formie subtelnych, nostalgicznych akcentów).Ta zmiana instrumentarium nadaje materiałowi bardziej sprężysty, "asfaltowy" charakter, idealnie korespondujący z warstwą liryczną. Teksty, tym razem pisane przede wszystkim w trzeciej osobie, rezygnują z osobistych wyznań na rzecz roli uważnego obserwatora. Każdy utwór to odrębna, zamknięta historia osadzona głęboko w miejskiej rzeczywistości – od dusznych klatek schodowych, stacji metra i nocnych autobusów, po anonimowe mikro-dramaty rozgrywające się w świetle neonów. Płyta tworzy dźwiękową mapę metropolii, gdzie puls basu staje się rytmem chodników, a dystans narratora pozwala słuchaczowi w pełni zanurzyć się w losach bohaterów tych miejskich opowieści. Wydawca Pieśń z Babiaka w nocnym autobusie W jednym z zeszytów zatytułowanych Folklor muzyczny z okolic Konina, które na przełomie XX i XXI wieku zebrał muzykolog Krzysztof Pydyński, zachowały się melodie z Babiaka, Kramska i Osieka Wielkiego – wsi, których nazwy niewiele znaczą dla kogokolwiek poza ich mieszkańcami i etnomuzykologami. Te publikacje, z dołączonymi kasetami i płytami CD, latami leżały na półkach u Gosi Zagajewskiej i Ksawerego Wójcińskiego, aż w pewnym momencie artyści postanowili po nie sięgnąć. Z tego impulsu narodziły się Tuleje – i jeden z najciekawszych projektów polskiej awangardy ludowej ostatnich lat. To trio tworzą: Gosia Zagajewska (głos, teksty), Ksawery Wójciński (kontrabas, gitara basowa) i Wojtek Kurek (perkusja). Każde z nich to nazwisko z trochę innego świata. Wójciński to wybitny kontrabasista mający na koncie udział w kilkudziesięciu albumach z najróżniejszymi formacjami improwizowanymi; Kurek to perkusista znany z radykalnych elektronicznych eksperymentów; Zagajewska – wokalistka i poetka, członkini m.in. Voice Act, Casting Lots i Figi, autorka świetnie przyjętego debiutu poetyckiego Wyrobiska (wydanego w 2023 roku przez łódzki oddział SPP). Ich pierwsze dwa albumy – Ciche miejsca (2022) i Puste ulice (2023) wydane przez Gusstaff Records ugruntowały pozycję Tulei tuż obok twórców, którzy polską tradycję przeciągają do współczesności bez taryfy ulgowej: choćby poszukującego Księżyca, projektów Remka Hanaja czy folk-punkowej Hańby!. Jednak to byt osobny, inny od każdej z tych formacji. Bo Tuleje od początku robiły coś specyficznego. Zamiast rekonstruować oryginalne pieśni z konińskich zeszytów, zespół brał archaiczne melodie i podkładał pod nie nowe teksty – autorskie wiersze Zagajewskiej. Pieśń ludowa zostaje, ale język przesuwa się o sto lat. To zabieg na pozór drobny, w praktyce jednak wywrotowy: pozwala uniknąć cepeliowskiego skansenu, nie zdradzając przy tym źródła. Wiersze Zagajewskiej, znane z publikacji w „biBLiotece”, „KONTENCIE”, „Drobiazgach” czy „Tlenie Literackim”, trudno wpisać w obowiązujące obecnie w polskiej poezji główne nurty. Jest w nich coś z somatycznego konkretu, dyscypliny obserwacji i eksperymentalnej lingwistyki – nigdy nie ma tu jednak efekciarstwa. Tytuł jej tomu, Wyrobiska, mówi sporo: to język wykopany, wybrany prosto ze złoża, pozbawiony zbędnego tłuszczu. Ma w sobie ciężar materiału i precyzję narzędzia. W Tulejach ta poetyka odnajduje swój dźwiękowy odpowiednik. Zagajewska nie śpiewa tak, jak przyzwyczaiły nas do tego wokalistki współczesnego folku – nie inscenizuje wiejskiej szorstkości na siłę, nie udaje muzyki dawnej, nie chowa się też za bezpiecznym, jazzowym kunsztem. Traktuje głos tak, jak traktuje słowo: jako medium, które trzeba precyzyjnie dobrać do zadania. Raz to chłodna recytacja, raz krzyk, kiedy indziej frazowanie tak bliskie tradycyjnemu, ludowemu lamentowi, że trudno uwierzyć w metrykę urodzenia artystki. Nagłe przejaśnienia – wydawane przez Gusstaff Records oraz Don’t Sit On My Vinyl, we współpracy z Polskim Radiem – przynoszą głęboką korektę brzmienia. Najważniejszą decyzją aranżacyjną jest tu przesunięcie akcentu na gitarę basową, która niemal całkowicie wypiera znany z poprzednich płyt kontrabas (ten ostatni wraca jedynie w formie efemerycznych, powidokowych mikro-wstawek). To nie jest niewinna roszada instrumentów. Kontrabas u Wójcińskiego zawsze miał w sobie coś z organicznej, głębokiej i rezonującej tkanki starej chałupy – naturalnie napowietrzał i zmiękczał sekcję. Bas elektryczny pracuje zgoła inaczej: jego dźwięk jest kanciasty, zmatowiony, uderza zwartym, mechanicznym, wręcz zimnofalowym atakiem. Wprowadza duszny, seryjny trans. Ta brzmieniowa transformacja buduje idealnie zurbanizowaną, klaustrofobiczną przestrzeń, która staje się naturalnym tłem dla nowej warstwy lirycznej. Teksty, tym razem pisane przede wszystkim w trzeciej osobie, rezygnują z intymnych, pamiętnikarskich wyznań na rzecz chłodnej roli miejskiego obserwatora. Z konińskiej prowincji Tuleje przenoszą nas do wnętrza współczesnego, banalnego mikrokosmosu: do dusznych klatek schodowych, podziemnych peronów stacji metra, nocnych autobusów i anonimowych dramatów rozgrywających się w surowym świetle jarzeniówek. Gdy Zagajewska melodeklamuje na tle jednostajnego, niemal industrialnego motywu basu natychmiast staje przed nami polskie miasto bez makijażu. To już nie jest opowieść o polnej drodze, ale o betonie, który nasiąkł dokładnie tym samym rodzajem tęsknoty i samotności. Mogłoby się wydawać, że to zerwanie z folkową tożsamością. W praktyce jest dokładnie odwrotnie. Pieśń ludowa nigdy nie była muzyką czystego pejzażu – była kroniką ludzi, którzy w tym krajobrazie próbowali przetrwać. Ballada o niewiernym kochanku, o zmęczeniu pracą, o dziewczynie, która szuka ucieczki w nurcie wiejskiego stawu – to przecież bezpośrednie strukturalne odpowiedniki miejskich opowieści Zagajewskiej. Tuleje nie odchodzą od ludowej narracji; przenoszą ją po prostu do świata, w którym wiejską sadzawkę zastąpiło torowisko tramwajowe, a swaty – algorytm Tindera. Surowy, elektryczny bas okazuje się najbardziej logicznym językiem tego transferu. W tym miejscu warto dotknąć kwestii, na której w pisaniu o muzyce najłatwiej się wyłożyć. Tuleje to zespół, który nieustannie operuje pojęciem prawdy – bez używania samego słowa, rzecz jasna, bo ono w recenzjach potrafi brzmieć pretensjonalnie. A jednak trudno o inny termin. Muzyka ludowa nosi w sobie prawdę, której nie da się sfałszować: prawdę powtarzalności. Pieśń, która przeszła przez setki gardeł, ma w sobie destylat doświadczenia, którego sterylny album studyjny rzadko dotyka. Prawda poezji Zagajewskiej jest podobna: to nie sucha zgodność z faktami, lecz idealna adekwatność słowa do tego, co naprawdę widzi autorka. Tuleje robią coś ryzykownego: nakładają jedną prawdę na drugą i sprawdzają, czy te światy nie zaczną zgrzytać. Nie zgrzytają. Obie te prawdy pochodzą bowiem z tego samego źródła – z uważnego patrzenia. Wiejska śpiewaczka i miejska poetka spoglądają na rzeczywistość z innych punktów, ale obie robią to bez filtra. Tak właśnie spoglądają na świat Tuleje – nie ma tu żadnego fałszu. Jest za to ogromna dyscyplina i pasja. Czyli dokładnie to, czego brakuje większości polskich folkowych projektów: głębokie przekonanie, że tradycji nie trzeba na siłę „ratować” ani rekonstruować w garniturach. Ona doskonale wie, co ze sobą zrobić, jeśli tylko da się jej do ręki współczesny instrument. Nagłe przejaśnienia to płyta dla każdego, kto szuka folku potrafiącego mówić językiem bezwzględnej teraźniejszości; dla każdego, kto czytając Zagajewską, pomyślał, że te wiersze aż proszą się o gęstą sekcję rytmiczną. To album dla tych, którzy jeżdżą nocnym autobusem linii 503 i podskórnie czują, że to też jest przestrzeń do snucia współczesnych pieśni o doli i niedoli. Dla każdego, kto przyjmuje do wiadomości, że polskie miasto i polska wieś nie są dwoma osobnymi bytami, ale tym samym światem – przesuniętym zaledwie o pokolenie lub dwa. I wreszcie dla każdego, kto ceni w muzyce fundamentalną zasadę, którą Tuleje respektują bezkompromisowo: że dźwięki, które nie mają nic istotnego do opowiedzenia, po prostu nie powinny powstawać. Karol Mazurek The band Tuleje consists of Gosia Zagajewska, Ksawery Wójciński and Wojtek Kurek. Their original arrangement of folk music from eastern Greater Poland is filled with deep respect for the original material, and at the same time expresses their subjective view of tradition. A bold look, full of references to jazz, blues, early music and free improvisation. But Tuleje's third album marks a distinct shift towards urban rawness and a new sonic identity. The greatest change to the musical foundation is the foregrounding of the bass guitar, which almost entirely replaces the double bass from previous albums (appearing here only as subtle, nostalgic accents). This shift in instrumentation gives the material a more resilient, "asphalt" character, perfectly complementing the lyrical layer. The lyrics, this time written primarily in the third person, forgo personal confessions in favor of a keen observer. Each track is a distinct, self-contained story embedded deep within the urban reality – from stuffy stairwells, metro stations, and night buses, to anonymous micro-dramas unfolding in neon light. The album creates a sonic map of the metropolis, where the bass pulse becomes the rhythm of the sidewalks, and the narrator's detachment allows the listener to fully immerse themselves in the fates of the characters in these urban tales ..::TRACK-LIST::.. 1. Płot 02:51 2. Włos 03:16 3. Grzbiet 04:34 4. Noc 04:42 5. Lot 03:14 6. Kiosk (feat. Maurycy Wójciński) 03:33 7. Drzwi 06:04 8. Len (only CD) 03:51 9. Miot 08:18 ..::OBSADA::.. Gosia Zagajewska - vocal Ksawery Wójciński – bass, double bass, vocal Wojtek Kurek – drums. vocal SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-19 20:21:22
Rozmiar: 254.34 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Nowa, limitowana i świetnie brzmiąca edycja wydanego oryginalnie przez Sonet w 1970 roku świetnego, debiutanckiego album szwedzkiej formacji grającej ciężkiego, gitarowego rocka zainspirowanego Cream, Free i Jethro Tull z wyraźnymi, progresywnymi wpływami (m.in. okazjonalne partie fletu). Płyta zachowała surowy charakter; poszczególne utwory sprawiają wrażenie nagranych niemal 'na żywo', bez nadmiernych studyjnych ozdobników. Całość zaśpiewana została w naturalny, przystępny sposób po szwedzku i brzmi bardzo świeżo. Świetne i jednocześnie bardzo chwytliwe granie! Dodatkowo dołączono aż 33 minuty (8 nagrań) materiału dodatkowego: 3 nagrania z rzadkich singli, 1 utwór z sesji nagraniowej oraz 4 kawałki koncertowe z 1970 roku wydane po latach na CD/LP 'November Live'! Zwyczajowo wytwórnia Once Again niemal wiernie zreprodukowała grafiki z oryginalnego longplaya a także dodała reprodukcje kilku wczesnych singli zespołu. JL 1 listopada 1969 roku szwedzcy fani blues rocka zebrani w Que-Club w Göteborgu z niecierpliwością czekało na pojawienie się gwiazdy wieczoru, brytyjskiego zespołu Fleetwood Mac. Wielu przyszło też posłuchać sztokholmskiego tria z rewelacyjnym, zaledwie 16-letnim gitarzystą Richardem Rolfem w składzie. Blues rockowe trio, które tego wieczoru otwierało koncert szacownych gości z Londynu występowało tu nie raz – za każdym razem pod inną nazwą. Kiedy menadżer klubu zapytał lidera zespołu, wokalistę i basistę Christera Stålbrandta jak ma ich zapowiedzieć, ten, patrząc na wiszący kalendarz na ścianie, rzucił krótko: „November. Tak nas zaanonsuj.” Legenda o pierwszym hard rockowym zespole ze Szwecji i o tym, że grali tak szybko jak tylko to było możliwe (choć kompletnie nie mieli nic wspólnego z tzw. speed metalem) dotarła do mnie pocztą pantoflową prędzej niż jakiekolwiek ich nagranie, czy płyty. Kiedy w końcu odkryłem ich muzykę z dwóch pierwszych płyt pierwsze na co zwróciłem uwagę to to, że śpiewali w swoim ojczystym języku. O dziwo, w ogóle mi to nie przeszkadzało. Nie znając ani jednego słowa po szwedzku moja wyobraźnia uruchomiła się do tego stopnia, że patrząc na track listę dwóch pierwszych płyt wyobrażałem sobie, że być może chodzi o sagę Wikingów, legendarnego bohatera Ragnara Lodbroka i jego synów. I chociaż NOVEMBER był postępowym i politycznie pacyfistycznym zespołem wierzyłem, że tak jak Led Zeppelin w „Immigrant Song” śpiewają „We come from the land of the ice and snow/From the midnight sun where the hot springs flow/The Hammer of the gods/ Will drive our ships to new lands/To fight the hordes, and sing and cry/Valhalla, I am coming”. To by do nich pasowało. Zresztą ich styl, który w zasadzie daleko nie odbiegał od Zeppelina, Cream, Free, czy Budgie był nieco mylący, gdyż poza tonami (1000 kg.) bluesa, zabójczymi, hard rockowymi riffami trio miało także skłonności do progresji i psychodelii. Grupa działała krótko, niespełna trzy lata, wydając w tym czasie trzy znakomite albumy: „En ny tid är här…”(1970), „2 : a” (1971) i „6 : e” (1972). Początki zespołu sięgają 1968 roku i kwartetu The Imps, który regularnie występował w młodzieżowym klubie Tegelhögen w Vällingby na przedmieściach Sztokholmu. Rosnąca popularność kwartetu nie przeszkodziła, by Christer Stålbrandt i Björn Inge (dr) opuścili zespół tworząc nową grupę o nazwie Train, w której znalazł się doskonale nam znany gitarzysta Snowy White. Gdy wczesną jesienią 1969 roku z powodów rodzinnych Snowy White opuścił Skandynawię jego miejsce zajął młodziutki, wielce utalentowany Richard Rolf. A skoro w składzie nie było już rodowitego Anglika Stålbrandt zdecydował, że wszystkie teksty będzie śpiewał w ojczystym języku. Większość z nich, które powstały pod wpływem ruchu flower power, napisał sam. Było to dość ryzykowne posunięcie mogące ograniczyć komercyjny sukces tria. W rzeczywistości wyszło im to na plus. Pomimo szwedzkich tekstów November zyskał dość sporą popularność na Wyspach Brytyjskich. Podczas trasy po Albionie teksty były tłumaczone na angielski jednak publiczność na koncertach domagała się, by śpiewali w ojczystym języku. Podpisany na początku 1970 roku kontrakt z firmą Sonet zaowocował singlem „Mount Everest”/”Cinderella”, który przez trzy tygodnie utrzymywał się na drugim miejscu listy przebojów tuż za piosenką „Bridge Over Troubled Water” duetu Simon & Garfunkel. Mała płytka była forpocztą albumu „En ny tid är här…” wydanego w tym samym roku. Tytuł albumu można przetłumaczyć jako „Nadeszły nowe czasy”. I faktycznie, ich płytowy debiut był czymś bardzo świeżym, nowym i oryginalnym. Wcześniej niewielu lokalnych artystów decydowało się śpiewać w swoim ojczystym języku lub grać taką muzykę. Co prawda w odniesieniu do muzyki anglosaskiej może wydać się wtórny, co nie znaczy, że jest gorszy. Wręcz przeciwnie. Sposób, w jaki użyli basu jako szkieletu dla większości kompozycji jest imponujący i wraz z ogólną atmosferą muzyki nie tylko zadziwia, ale przykuwa uwagę. Unoszące się nad zwartą, ale dyskretną sekcją rytmiczną, hard rockowo bluesowe próby („Mount Everest”, „Lek Att Du Ęr Barn Igen”) są doskonale uzupełniane subtelnym prowadzeniem gitary Rolfa z fantastycznym użyciem fletu. Ten ostatni nabiera łagodnego, progresywnego charakteru, niezbyt odległego od twórczości ikonicznych muzyków choćby takich jak Ian Anderson. Strategicznie rozrzucone po całym albumie utwory bluesowe wraz z ich skłonnościami do ciężkiego brzmienia składają się z fantastycznych wstępów do czystego hard rocka („Ta Ett Steg I sagans land” , „En annan värld”) lub hipisowskiego boogie („Sekunder”, „Åttonde”). Sekcja rytmiczna Stålbrandta/Inge wychodzi z bluesowej gry wstępnej poprzez szaleńcze, ale przemyślane bębnienie i orgazmiczne linie basu („Åttonde”), podczas gdy gitary prowadzące i rytmiczne Rolfa krążą sobie w swobodnym stylu. Muzycy potrafili też zabrzmieć naprawdę mocno, o czym świadczy niemożliwie zatytułowany „Varje gång jag cheese dig känns det lika skönt”. Wystarczy jedno przesłuchania płyty i naraz zdajemy sobie sprawę, że November jest na tym samym poziomie doskonałości co Led Zeppelin, Jethro Tull, Grand Funk Railroad, żeby wymienić tylko te. Oczywiście zawsze ktoś porówna ich do innych trzyosobowych kapel z tej samej epoki (Cream, Mountain, Jimi Hendrix Experience, Budgie, West Bruce & Laing, etc), ale moim skromnym zdaniem November był czymś więcej niż tylko inspiracją owych grup. W tej chwili nie przypominam sobie lepszego nieanglojęzycznego hard rockowego albumu. „En ny tid är här…” to ich najsłynniejsza płyta. I nic dziwnego, bo to piekielny album którym można się albo naćpać, albo dobrze przy nim odpocząć. Zibi Redaktor Kapała raczył wspominać ciepło o November w tylu tekstach, że aż dziw, iż dotychczas żadna recenzja którejś z trzech płyt tej wielce zasłużonej dla skandynawskiego rocka grupy nie zawitała na łamy Artrocka. Akurat mamy listopad*, a zatem miesiąc idealnie nadający się do schwycenia pióra w dłoń i skrobnięcia paru akapitów na temat owej formacji. Pomijając już miesięczną nazwę zespołu, okres szarugi to dobry czas dla takiej muzyki – wszak fan rocka musi czymś rozgrzać zziębnięte gnaty w ciemne, długie i zimne wieczory, a niekoniecznie ma ochotę co dzień wprowadzać do organizmu bajkowy nastrój, jak to ongi ujął niezapomniany Jan Himilsbach. Wówczas En ny tid är här sprawdza się znakomicie – rozgrzewa i przywołuje uśmiech na twarz, nie wzmagając przy tym chęci do gromkiego śpiewania Sokołów, bądź do pogrążenia się w kontemplacji dotyczącej natury bytu blatu kuchennego. Przeciętny Polak, zapytany o muzykę szwedzkiej proweniencji, nie odpowie pewnie nic. Raz, że społeczeństwo idiocieje i gros ludzi, usłyszawszy proweniencja, co najwyżej otworzy szeroko oczęta ze zdumienia i spyta podejrzliwie: Czy Pan mnie aby nie obraża?; dwa, że w naszym kraju płyt kupuje się jeszcze mniej niż książek i nawet ABBA wielu osobom nie jest znana - abstrahując już od tego, że można znać muzykę jakiejś kapeli, nie zdając sobie sprawy z jej pochodzenia. Wskazanie zaś zespołu, zarazem wywodzącego się z tego skandynawskiego królestwa i posługującego się w swej twórczości ojczystą mową, stanowić może nie lada trudność nawet dla zupełnie dobrze obeznanych w rocku waszmościów. Fakt faktem, iż zbyt wiele takich klasycznych, rockowych, a przy tym wartych uwagi grup z lat 70. nie znajdziemy, niemniej niewiele to dużo więcej niż żadne – parę ich jednak będzie. A na czele owej czeredki, niczym Wolność z obrazu Delacroix, dumnie stoi właśnie November. Korzenie grupy sięgają roku 1968, kiedy to w klubie Tegelhögen położonym w Vällingby, na przedmieściach Sztokholmu, uformował się kwartet The Imps (szkoda, że nie The Amps). Jeszcze w tym samym roku jego sekcja rytmiczna (Christem Stålbtrandt i Björn Inge) weszli w skład nowo powołanego do życia zespołu Train. Warto wspomnieć, że gitarzystą tego głośnego i szybko zdobywającego popularność tria był niejaki Snowy White. Ten sam, który za kilka lat zostanie piątym Floydem. Dwaj Szwedzi nie pograli jednak ze Śnieżkiem zbyt długo, opuścił on bowiem Train jesienią roku 1969. Wkrótce później, po jednej, najwyraźniej owocnej, próbie gitarzystą grupy został Richard Rolf. Tym samym jej skład stał się, że tak powiem, jednolity narodowościowo, co było powodem podjęcia decyzji o posługiwaniu się wyłącznie językiem szwedzkim. Z kolei tuż przed koncertem u boku Fleetwood Mac zmianie uległa nazwa formacji. Nietrudno się domyślić, że w poszukiwaniu inspiracji muzycy zajrzeli do kalendarza, albowiem ów występ miał miejsce 1 listopada 1969 roku. Na początku roku następnego zarejestrowali kilka utworów (tym samych, które znalazły się potem na debiutanckim albumie) w studiu Sveriges Radio. Audycja z ich udziałem spotkała się z rewelacyjnym przyjęciem, co niewątpliwie ułatwiło im nagranie (w tym samym miejscu), a następnie wydanie pierwszego longplaya. Singiel promujący całość - Mount Everest – zdobył w Szwecji znaczną popularność, duża płyta również odniosła sukces i w zasadzie do dziś stanowi jedno z najprzedniejszych dzieł skandynawskiego rocka. Tak to już jest, że każde power-trio powołuje się na inspirację Cream, a nawet jeśli się do niej nie przyznaje, to i tak – w sensie muzycznym – sporo zawdzięcza panom Bakerowi, Bruce’owi i Claptonowi. November nie jest bynajmniej wyjątkiem, wszak trudno grać taką muzykę bez znajomości prekursorów gatunku, próżno jednak doszukiwać się w ich twórczości nachalnego kopiowania rozwiązań stosowanych przez starszych kolegów po fachu. Podobieństw dopatrywałbym się natomiast w – skądinąd chwalebnej – tendencji do wplatania w swoją grę drobnych a pomysłowych innowacji. Pamiętamy przesunięcie akcentu metrycznego w Sunshine of Your Love? Właśnie tego pokroju koncepty mam na myśli. Wystarczy posłuchać Varje gång jag ser dej känns det lika skönt (o raju, ależ tytuł!) – kapitalnego, urockowionego i śpiewanego po szwedzku - a przez to cokolwiek dla nas egzotycznego – bluesa. Wsłuchawszy się weń nieco uważniej można zauważyć pewne nieregularności w pracy perkusji. Niby drobiazg, a jednak owo stukanie po werblu czyni utwór ciekawszym. W wielu innych miejscach na płycie nader zmyślne zestawienie motywów, niekiedy wręcz pojedynczych dźwięków, też budzi uznanie, dowodząc kunsztu i pomysłowości członków zespołu. Wyraźnie słychać to już na samym początku płyty – wstęp do Mount Everest jest doprawdy ładnie skonstruowany, dzięki czemu aż tchnie werwą młodych naówczas muzyków. Tego typu odstępstwa od sztampy, elementy sensownie i logicznie urozmaicające materiał nadają wydawnictwu progresywny sznyt. Acz pamiętajmy, że to przede wszystkim porcja porywającego hard-rocka. Prócz wieńczącego całość, na poły żartobliwego Balett Blues utwory pomieszczone na krążku mają wyraźnie heavyrockowy charakter. Wprawdzie niektóre z nich zagrane są bardziej na modłę bluesową (Lek att du är barn igen lub Varje gång…), inne zaś zaskakują melodyką (En annan värld mające w sobie coś ze skocznych tańców ludowych; trudne do sklasyfikowania, aczkolwiek zapadające w pamięć melodie Gröna blad i Åttonde), niemniej łączy je brzmienie, świeże i urozmaicone jak na tak skromne instrumentarium. Pełno w nich ostrej, wyrazistej gitary i mocnej, a przy tym wcale nie banalnej pracy sekcji rytmicznej. Warto zauważyć, że jak na płytę zarejestrowaną w 1970 roku, w ciągu ledwie trzech dni, i to bynajmniej nie w centrum rockowego światka, produkcja En ny tid är här stoi na zaskakująco wysokim poziomie, album brzmi soczyście i przejrzyście zarazem. Wydane w analogicznym okresie Deep Purple in Rock pod tym względem wypada dużo gorzej. Ogromnie mi się ta płyta podoba. Dynamicznego heavy-rocka z progresywnymi inklinacjami nigdy za wiele - zwłaszcza późną jesienią, gdy za oknami szaro i buro, a w domu tak przejmująco chłodno, że zaczyna się pałać namiętnym afektem do kaloryfera, taka porcja mocnego grania potrafi uczynić żywot ludzki znacznie przyjemniejszym. Nie zapominajmy też, że zawsze można się ociupinkę pocieszyć myślą, że w Szwecji jest tak samo zimno, jak i w kraju mym ojczystym. *Zdaję sobie sprawę, że jest grudzień, jednakowoż niemal cały powyższy tekst powstał kilka tygodni temu i czekał tylko na uzupełnienie danymi biograficznymi, zaczerpniętymi z książeczki dołączonej do kompaktowego wznowienia trzeciej płyty tria, do których to danych nie miałem przez jakiś czas dostępu, albowiem wspomniana książeczka, jak to się mówi, rozpłynęła się w niebycie. Mea maxima culpa. Tyrystor Trio November powstało pod koniec lat 60. w Sztokholmie. Nazwa upamiętnia pewien listopadowy wieczór 1969 roku, gdy muzycy, jeszcze pod szyldem Train, zagrali jako support przed grupą Fleetwood Mac. Muzykę graną przez zespół można nazwać zarówno ciężkim blues rockiem, jak i bluesowo zabarwionym hard rockiem. Inspiracje są dość oczywiste: Cream, The Jimi Hendrix Experience, Free, Ten Years After czy wspomniany Fleetwood Mac. Za to brzmienie - zaskakująco dobre - kojarzy się już raczej z Led Zeppelin lub nawet Black Sabbath. Tym, co odróżniało szwedzkie trio od anglosaskich grup, były teksty w ojczystym językiem. Trochę się tego obawiałem po doświadczeniach z niedawno recenzowanym Trettioåriga Kriget, jednak tutaj wokal brzmi lepiej, bardziej naturalnie. I nie da się ukryć, że właśnie ten egzotyczny element wyróżnia November spośród podobnie grających kapel. Kiedy grupa występowała w Wielkiej Brytanii i postanowiła zaprezentować swoje utwory w anglojęzycznych wersjach, publiczność domagała się oryginałów. Wyraźnie to pokazuje, co było największym atutem tria. "En ny tid är här...", debiutancki album November, to zbiór krótkich, prostych utworów, opartych na zadziornych gitarowych riffach i solówkach, które nie dominują jednak brzmienia całości, pozwalając wykazać się sekcji rytmicznej. Muzycy nie są wirtuozami, ale grają przyzwoicie. Dominują w repertuarze kawałki łączące rockowy czad z dość zgrabnymi melodiami, czego przykładem "En annan värld", "En enkel sång om dej" i najlepszy z nich "Mount Everest", w którym całkiem charakterystyczne riffowanie przyjemnie uzupełniają partie fletu. Instrument ten pojawia się jeszcze tylko w łagodniejszych, psychodeliczno-folkowych fragmentach "Lek att du är barn igen". Muzycy potrafili zabrzmieć też naprawdę ciężko, czego dowodem niemal sabbathowy "Varje gång jag ser dig känns det lika skönt". Jako żart można natomiast traktować finałową miniaturkę "Balett blues", wzbogaconą archaiczną partią pianina. Nie ma większego sensu, by bardziej rozpisywać się na temat zawartych tu utworów, ponieważ trudno usłyszeć tu coś, co nie byłoby kliszą anglosaskiego rocka. Tytuł albumu "En ny tid är här..." można przetłumaczyć jako "Nadeszły nowe czasy", ale jakoś nie bardzo to słychać w zawartej tu muzyce, chyba że świadectwem nowych czasów miałyby być teksty w innym języku niż angielski, co wcześniej w tego typu muzyce nie było popularne. Ogólnie jest to dość fajne granie i mogę polecić debiut November miłośnikom klasycznego rocka. Nie da się jednak ukryć, że to muzyka odtwórcza, a w dodatku spóźniona pod względem kompozycji i aranżacji o jakieś 2-3 lata, choć z brzmieniem wpisującym się już we standardy lat 70. Paweł Pałasz ..::TRACK-LIST::.. 1. Mount Everest 3:38 2. En Annan Värld 3:45 3. Lek Att Du Är Barn Igen 5:55 4. Sekunder (Förvandlas Till År) 5:07 5. En Enkel Sång Om Dej 2:40 6. Varje Gång Jag Ser Dej Känns Det Lika Skönt 4:03 7. Gröna Blad 2:59 8. Åttonde 3:09 9. Ta Ett Steg In I Sagans Land 4:00 10. Balett Blues 1:18 ..::OBSADA::.. Bass, Vocals - Christer Stålbrandt Drums, Vocals - Björn Inge Guitar - Richard Rolf Vocals - Caroline Williams (tracks: 3, 9) Flute - Jan Kling (tracks: 1, 3) https://www.youtube.com/watch?v=1UF000HZEVA SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-19 16:35:36
Rozmiar: 164.92 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Nowa, limitowana i świetnie brzmiąca edycja wydanego oryginalnie przez Sonet w 1970 roku świetnego, debiutanckiego album szwedzkiej formacji grającej ciężkiego, gitarowego rocka zainspirowanego Cream, Free i Jethro Tull z wyraźnymi, progresywnymi wpływami (m.in. okazjonalne partie fletu). Płyta zachowała surowy charakter; poszczególne utwory sprawiają wrażenie nagranych niemal 'na żywo', bez nadmiernych studyjnych ozdobników. Całość zaśpiewana została w naturalny, przystępny sposób po szwedzku i brzmi bardzo świeżo. Świetne i jednocześnie bardzo chwytliwe granie! Dodatkowo dołączono aż 33 minuty (8 nagrań) materiału dodatkowego: 3 nagrania z rzadkich singli, 1 utwór z sesji nagraniowej oraz 4 kawałki koncertowe z 1970 roku wydane po latach na CD/LP 'November Live'! Zwyczajowo wytwórnia Once Again niemal wiernie zreprodukowała grafiki z oryginalnego longplaya a także dodała reprodukcje kilku wczesnych singli zespołu. JL 1 listopada 1969 roku szwedzcy fani blues rocka zebrani w Que-Club w Göteborgu z niecierpliwością czekało na pojawienie się gwiazdy wieczoru, brytyjskiego zespołu Fleetwood Mac. Wielu przyszło też posłuchać sztokholmskiego tria z rewelacyjnym, zaledwie 16-letnim gitarzystą Richardem Rolfem w składzie. Blues rockowe trio, które tego wieczoru otwierało koncert szacownych gości z Londynu występowało tu nie raz – za każdym razem pod inną nazwą. Kiedy menadżer klubu zapytał lidera zespołu, wokalistę i basistę Christera Stålbrandta jak ma ich zapowiedzieć, ten, patrząc na wiszący kalendarz na ścianie, rzucił krótko: „November. Tak nas zaanonsuj.” Legenda o pierwszym hard rockowym zespole ze Szwecji i o tym, że grali tak szybko jak tylko to było możliwe (choć kompletnie nie mieli nic wspólnego z tzw. speed metalem) dotarła do mnie pocztą pantoflową prędzej niż jakiekolwiek ich nagranie, czy płyty. Kiedy w końcu odkryłem ich muzykę z dwóch pierwszych płyt pierwsze na co zwróciłem uwagę to to, że śpiewali w swoim ojczystym języku. O dziwo, w ogóle mi to nie przeszkadzało. Nie znając ani jednego słowa po szwedzku moja wyobraźnia uruchomiła się do tego stopnia, że patrząc na track listę dwóch pierwszych płyt wyobrażałem sobie, że być może chodzi o sagę Wikingów, legendarnego bohatera Ragnara Lodbroka i jego synów. I chociaż NOVEMBER był postępowym i politycznie pacyfistycznym zespołem wierzyłem, że tak jak Led Zeppelin w „Immigrant Song” śpiewają „We come from the land of the ice and snow/From the midnight sun where the hot springs flow/The Hammer of the gods/ Will drive our ships to new lands/To fight the hordes, and sing and cry/Valhalla, I am coming”. To by do nich pasowało. Zresztą ich styl, który w zasadzie daleko nie odbiegał od Zeppelina, Cream, Free, czy Budgie był nieco mylący, gdyż poza tonami (1000 kg.) bluesa, zabójczymi, hard rockowymi riffami trio miało także skłonności do progresji i psychodelii. Grupa działała krótko, niespełna trzy lata, wydając w tym czasie trzy znakomite albumy: „En ny tid är här…”(1970), „2 : a” (1971) i „6 : e” (1972). Początki zespołu sięgają 1968 roku i kwartetu The Imps, który regularnie występował w młodzieżowym klubie Tegelhögen w Vällingby na przedmieściach Sztokholmu. Rosnąca popularność kwartetu nie przeszkodziła, by Christer Stålbrandt i Björn Inge (dr) opuścili zespół tworząc nową grupę o nazwie Train, w której znalazł się doskonale nam znany gitarzysta Snowy White. Gdy wczesną jesienią 1969 roku z powodów rodzinnych Snowy White opuścił Skandynawię jego miejsce zajął młodziutki, wielce utalentowany Richard Rolf. A skoro w składzie nie było już rodowitego Anglika Stålbrandt zdecydował, że wszystkie teksty będzie śpiewał w ojczystym języku. Większość z nich, które powstały pod wpływem ruchu flower power, napisał sam. Było to dość ryzykowne posunięcie mogące ograniczyć komercyjny sukces tria. W rzeczywistości wyszło im to na plus. Pomimo szwedzkich tekstów November zyskał dość sporą popularność na Wyspach Brytyjskich. Podczas trasy po Albionie teksty były tłumaczone na angielski jednak publiczność na koncertach domagała się, by śpiewali w ojczystym języku. Podpisany na początku 1970 roku kontrakt z firmą Sonet zaowocował singlem „Mount Everest”/”Cinderella”, który przez trzy tygodnie utrzymywał się na drugim miejscu listy przebojów tuż za piosenką „Bridge Over Troubled Water” duetu Simon & Garfunkel. Mała płytka była forpocztą albumu „En ny tid är här…” wydanego w tym samym roku. Tytuł albumu można przetłumaczyć jako „Nadeszły nowe czasy”. I faktycznie, ich płytowy debiut był czymś bardzo świeżym, nowym i oryginalnym. Wcześniej niewielu lokalnych artystów decydowało się śpiewać w swoim ojczystym języku lub grać taką muzykę. Co prawda w odniesieniu do muzyki anglosaskiej może wydać się wtórny, co nie znaczy, że jest gorszy. Wręcz przeciwnie. Sposób, w jaki użyli basu jako szkieletu dla większości kompozycji jest imponujący i wraz z ogólną atmosferą muzyki nie tylko zadziwia, ale przykuwa uwagę. Unoszące się nad zwartą, ale dyskretną sekcją rytmiczną, hard rockowo bluesowe próby („Mount Everest”, „Lek Att Du Ęr Barn Igen”) są doskonale uzupełniane subtelnym prowadzeniem gitary Rolfa z fantastycznym użyciem fletu. Ten ostatni nabiera łagodnego, progresywnego charakteru, niezbyt odległego od twórczości ikonicznych muzyków choćby takich jak Ian Anderson. Strategicznie rozrzucone po całym albumie utwory bluesowe wraz z ich skłonnościami do ciężkiego brzmienia składają się z fantastycznych wstępów do czystego hard rocka („Ta Ett Steg I sagans land” , „En annan värld”) lub hipisowskiego boogie („Sekunder”, „Åttonde”). Sekcja rytmiczna Stålbrandta/Inge wychodzi z bluesowej gry wstępnej poprzez szaleńcze, ale przemyślane bębnienie i orgazmiczne linie basu („Åttonde”), podczas gdy gitary prowadzące i rytmiczne Rolfa krążą sobie w swobodnym stylu. Muzycy potrafili też zabrzmieć naprawdę mocno, o czym świadczy niemożliwie zatytułowany „Varje gång jag cheese dig känns det lika skönt”. Wystarczy jedno przesłuchania płyty i naraz zdajemy sobie sprawę, że November jest na tym samym poziomie doskonałości co Led Zeppelin, Jethro Tull, Grand Funk Railroad, żeby wymienić tylko te. Oczywiście zawsze ktoś porówna ich do innych trzyosobowych kapel z tej samej epoki (Cream, Mountain, Jimi Hendrix Experience, Budgie, West Bruce & Laing, etc), ale moim skromnym zdaniem November był czymś więcej niż tylko inspiracją owych grup. W tej chwili nie przypominam sobie lepszego nieanglojęzycznego hard rockowego albumu. „En ny tid är här…” to ich najsłynniejsza płyta. I nic dziwnego, bo to piekielny album którym można się albo naćpać, albo dobrze przy nim odpocząć. Zibi Redaktor Kapała raczył wspominać ciepło o November w tylu tekstach, że aż dziw, iż dotychczas żadna recenzja którejś z trzech płyt tej wielce zasłużonej dla skandynawskiego rocka grupy nie zawitała na łamy Artrocka. Akurat mamy listopad*, a zatem miesiąc idealnie nadający się do schwycenia pióra w dłoń i skrobnięcia paru akapitów na temat owej formacji. Pomijając już miesięczną nazwę zespołu, okres szarugi to dobry czas dla takiej muzyki – wszak fan rocka musi czymś rozgrzać zziębnięte gnaty w ciemne, długie i zimne wieczory, a niekoniecznie ma ochotę co dzień wprowadzać do organizmu bajkowy nastrój, jak to ongi ujął niezapomniany Jan Himilsbach. Wówczas En ny tid är här sprawdza się znakomicie – rozgrzewa i przywołuje uśmiech na twarz, nie wzmagając przy tym chęci do gromkiego śpiewania Sokołów, bądź do pogrążenia się w kontemplacji dotyczącej natury bytu blatu kuchennego. Przeciętny Polak, zapytany o muzykę szwedzkiej proweniencji, nie odpowie pewnie nic. Raz, że społeczeństwo idiocieje i gros ludzi, usłyszawszy proweniencja, co najwyżej otworzy szeroko oczęta ze zdumienia i spyta podejrzliwie: Czy Pan mnie aby nie obraża?; dwa, że w naszym kraju płyt kupuje się jeszcze mniej niż książek i nawet ABBA wielu osobom nie jest znana - abstrahując już od tego, że można znać muzykę jakiejś kapeli, nie zdając sobie sprawy z jej pochodzenia. Wskazanie zaś zespołu, zarazem wywodzącego się z tego skandynawskiego królestwa i posługującego się w swej twórczości ojczystą mową, stanowić może nie lada trudność nawet dla zupełnie dobrze obeznanych w rocku waszmościów. Fakt faktem, iż zbyt wiele takich klasycznych, rockowych, a przy tym wartych uwagi grup z lat 70. nie znajdziemy, niemniej niewiele to dużo więcej niż żadne – parę ich jednak będzie. A na czele owej czeredki, niczym Wolność z obrazu Delacroix, dumnie stoi właśnie November. Korzenie grupy sięgają roku 1968, kiedy to w klubie Tegelhögen położonym w Vällingby, na przedmieściach Sztokholmu, uformował się kwartet The Imps (szkoda, że nie The Amps). Jeszcze w tym samym roku jego sekcja rytmiczna (Christem Stålbtrandt i Björn Inge) weszli w skład nowo powołanego do życia zespołu Train. Warto wspomnieć, że gitarzystą tego głośnego i szybko zdobywającego popularność tria był niejaki Snowy White. Ten sam, który za kilka lat zostanie piątym Floydem. Dwaj Szwedzi nie pograli jednak ze Śnieżkiem zbyt długo, opuścił on bowiem Train jesienią roku 1969. Wkrótce później, po jednej, najwyraźniej owocnej, próbie gitarzystą grupy został Richard Rolf. Tym samym jej skład stał się, że tak powiem, jednolity narodowościowo, co było powodem podjęcia decyzji o posługiwaniu się wyłącznie językiem szwedzkim. Z kolei tuż przed koncertem u boku Fleetwood Mac zmianie uległa nazwa formacji. Nietrudno się domyślić, że w poszukiwaniu inspiracji muzycy zajrzeli do kalendarza, albowiem ów występ miał miejsce 1 listopada 1969 roku. Na początku roku następnego zarejestrowali kilka utworów (tym samych, które znalazły się potem na debiutanckim albumie) w studiu Sveriges Radio. Audycja z ich udziałem spotkała się z rewelacyjnym przyjęciem, co niewątpliwie ułatwiło im nagranie (w tym samym miejscu), a następnie wydanie pierwszego longplaya. Singiel promujący całość - Mount Everest – zdobył w Szwecji znaczną popularność, duża płyta również odniosła sukces i w zasadzie do dziś stanowi jedno z najprzedniejszych dzieł skandynawskiego rocka. Tak to już jest, że każde power-trio powołuje się na inspirację Cream, a nawet jeśli się do niej nie przyznaje, to i tak – w sensie muzycznym – sporo zawdzięcza panom Bakerowi, Bruce’owi i Claptonowi. November nie jest bynajmniej wyjątkiem, wszak trudno grać taką muzykę bez znajomości prekursorów gatunku, próżno jednak doszukiwać się w ich twórczości nachalnego kopiowania rozwiązań stosowanych przez starszych kolegów po fachu. Podobieństw dopatrywałbym się natomiast w – skądinąd chwalebnej – tendencji do wplatania w swoją grę drobnych a pomysłowych innowacji. Pamiętamy przesunięcie akcentu metrycznego w Sunshine of Your Love? Właśnie tego pokroju koncepty mam na myśli. Wystarczy posłuchać Varje gång jag ser dej känns det lika skönt (o raju, ależ tytuł!) – kapitalnego, urockowionego i śpiewanego po szwedzku - a przez to cokolwiek dla nas egzotycznego – bluesa. Wsłuchawszy się weń nieco uważniej można zauważyć pewne nieregularności w pracy perkusji. Niby drobiazg, a jednak owo stukanie po werblu czyni utwór ciekawszym. W wielu innych miejscach na płycie nader zmyślne zestawienie motywów, niekiedy wręcz pojedynczych dźwięków, też budzi uznanie, dowodząc kunsztu i pomysłowości członków zespołu. Wyraźnie słychać to już na samym początku płyty – wstęp do Mount Everest jest doprawdy ładnie skonstruowany, dzięki czemu aż tchnie werwą młodych naówczas muzyków. Tego typu odstępstwa od sztampy, elementy sensownie i logicznie urozmaicające materiał nadają wydawnictwu progresywny sznyt. Acz pamiętajmy, że to przede wszystkim porcja porywającego hard-rocka. Prócz wieńczącego całość, na poły żartobliwego Balett Blues utwory pomieszczone na krążku mają wyraźnie heavyrockowy charakter. Wprawdzie niektóre z nich zagrane są bardziej na modłę bluesową (Lek att du är barn igen lub Varje gång…), inne zaś zaskakują melodyką (En annan värld mające w sobie coś ze skocznych tańców ludowych; trudne do sklasyfikowania, aczkolwiek zapadające w pamięć melodie Gröna blad i Åttonde), niemniej łączy je brzmienie, świeże i urozmaicone jak na tak skromne instrumentarium. Pełno w nich ostrej, wyrazistej gitary i mocnej, a przy tym wcale nie banalnej pracy sekcji rytmicznej. Warto zauważyć, że jak na płytę zarejestrowaną w 1970 roku, w ciągu ledwie trzech dni, i to bynajmniej nie w centrum rockowego światka, produkcja En ny tid är här stoi na zaskakująco wysokim poziomie, album brzmi soczyście i przejrzyście zarazem. Wydane w analogicznym okresie Deep Purple in Rock pod tym względem wypada dużo gorzej. Ogromnie mi się ta płyta podoba. Dynamicznego heavy-rocka z progresywnymi inklinacjami nigdy za wiele - zwłaszcza późną jesienią, gdy za oknami szaro i buro, a w domu tak przejmująco chłodno, że zaczyna się pałać namiętnym afektem do kaloryfera, taka porcja mocnego grania potrafi uczynić żywot ludzki znacznie przyjemniejszym. Nie zapominajmy też, że zawsze można się ociupinkę pocieszyć myślą, że w Szwecji jest tak samo zimno, jak i w kraju mym ojczystym. *Zdaję sobie sprawę, że jest grudzień, jednakowoż niemal cały powyższy tekst powstał kilka tygodni temu i czekał tylko na uzupełnienie danymi biograficznymi, zaczerpniętymi z książeczki dołączonej do kompaktowego wznowienia trzeciej płyty tria, do których to danych nie miałem przez jakiś czas dostępu, albowiem wspomniana książeczka, jak to się mówi, rozpłynęła się w niebycie. Mea maxima culpa. Tyrystor Trio November powstało pod koniec lat 60. w Sztokholmie. Nazwa upamiętnia pewien listopadowy wieczór 1969 roku, gdy muzycy, jeszcze pod szyldem Train, zagrali jako support przed grupą Fleetwood Mac. Muzykę graną przez zespół można nazwać zarówno ciężkim blues rockiem, jak i bluesowo zabarwionym hard rockiem. Inspiracje są dość oczywiste: Cream, The Jimi Hendrix Experience, Free, Ten Years After czy wspomniany Fleetwood Mac. Za to brzmienie - zaskakująco dobre - kojarzy się już raczej z Led Zeppelin lub nawet Black Sabbath. Tym, co odróżniało szwedzkie trio od anglosaskich grup, były teksty w ojczystym językiem. Trochę się tego obawiałem po doświadczeniach z niedawno recenzowanym Trettioåriga Kriget, jednak tutaj wokal brzmi lepiej, bardziej naturalnie. I nie da się ukryć, że właśnie ten egzotyczny element wyróżnia November spośród podobnie grających kapel. Kiedy grupa występowała w Wielkiej Brytanii i postanowiła zaprezentować swoje utwory w anglojęzycznych wersjach, publiczność domagała się oryginałów. Wyraźnie to pokazuje, co było największym atutem tria. "En ny tid är här...", debiutancki album November, to zbiór krótkich, prostych utworów, opartych na zadziornych gitarowych riffach i solówkach, które nie dominują jednak brzmienia całości, pozwalając wykazać się sekcji rytmicznej. Muzycy nie są wirtuozami, ale grają przyzwoicie. Dominują w repertuarze kawałki łączące rockowy czad z dość zgrabnymi melodiami, czego przykładem "En annan värld", "En enkel sång om dej" i najlepszy z nich "Mount Everest", w którym całkiem charakterystyczne riffowanie przyjemnie uzupełniają partie fletu. Instrument ten pojawia się jeszcze tylko w łagodniejszych, psychodeliczno-folkowych fragmentach "Lek att du är barn igen". Muzycy potrafili zabrzmieć też naprawdę ciężko, czego dowodem niemal sabbathowy "Varje gång jag ser dig känns det lika skönt". Jako żart można natomiast traktować finałową miniaturkę "Balett blues", wzbogaconą archaiczną partią pianina. Nie ma większego sensu, by bardziej rozpisywać się na temat zawartych tu utworów, ponieważ trudno usłyszeć tu coś, co nie byłoby kliszą anglosaskiego rocka. Tytuł albumu "En ny tid är här..." można przetłumaczyć jako "Nadeszły nowe czasy", ale jakoś nie bardzo to słychać w zawartej tu muzyce, chyba że świadectwem nowych czasów miałyby być teksty w innym języku niż angielski, co wcześniej w tego typu muzyce nie było popularne. Ogólnie jest to dość fajne granie i mogę polecić debiut November miłośnikom klasycznego rocka. Nie da się jednak ukryć, że to muzyka odtwórcza, a w dodatku spóźniona pod względem kompozycji i aranżacji o jakieś 2-3 lata, choć z brzmieniem wpisującym się już we standardy lat 70. Paweł Pałasz ..::TRACK-LIST::.. 1. Mount Everest 3:38 2. En Annan Värld 3:45 3. Lek Att Du Är Barn Igen 5:55 4. Sekunder (Förvandlas Till År) 5:07 5. En Enkel Sång Om Dej 2:40 6. Varje Gång Jag Ser Dej Känns Det Lika Skönt 4:03 7. Gröna Blad 2:59 8. Åttonde 3:09 9. Ta Ett Steg In I Sagans Land 4:00 10. Balett Blues 1:18 ..::OBSADA::.. Bass, Vocals - Christer Stålbrandt Drums, Vocals - Björn Inge Guitar - Richard Rolf Vocals - Caroline Williams (tracks: 3, 9) Flute - Jan Kling (tracks: 1, 3) https://www.youtube.com/watch?v=1UF000HZEVA SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-19 16:30:53
Rozmiar: 485.72 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
..::INFO::..
--------------------------------------------------------------------- Elton John With The Melbourne Symphony Orchestra - Live in Australia --------------------------------------------------------------------- Artist...............: Elton John With The Melbourne Symphony Orchestra Album................: Live in Australia Genre................: Pop Source...............: CD Year.................: 1987 Ripper...............: EAC (Secure mode) & Lite-On iHAS124 Codec................: Free Lossless Audio Codec (FLAC) Version..............: reference libFLAC 1.5.0 20250211 Quality..............: Lossless, (avg. compression: 59 %) Channels.............: Stereo / 44100 HZ / 16 Bit Tags.................: VorbisComment Information..........: MCA Records Included.............: NFO, M3U, CUE Covers...............: Front Back CD --------------------------------------------------------------------- Tracklisting --------------------------------------------------------------------- 1. Elton John With The Melbourne Symphony Orchestra - Sixty Years On[05:41] 2. Elton John With The Melbourne Symphony Orchestra - I Need You To Turn To[02:48] 3. Elton John With The Melbourne Symphony Orchestra - The Greatest Discovery[04:27] 4. Elton John With The Melbourne Symphony Orchestra - Tonight[08:04] 5. Elton John With The Melbourne Symphony Orchestra - Sorry Seems To Be The Hardest Word[03:50] 6. Elton John With The Melbourne Symphony Orchestra - The King Must Die[05:30] 7. Elton John With The Melbourne Symphony Orchestra - Take Me To The Pilot[04:19] 8. Elton John With The Melbourne Symphony Orchestra - Tiny Dancer[06:26] 9. Elton John With The Melbourne Symphony Orchestra - Have Mercy On The Criminal[06:09] 10. Elton John With The Melbourne Symphony Orchestra - Madman Across The Water[06:38] 11. Elton John With The Melbourne Symphony Orchestra - Candle In The Wind[04:00] 12. Elton John With The Melbourne Symphony Orchestra - Burn Down The Mission[05:49] 13. Elton John With The Melbourne Symphony Orchestra - Your Song[04:04] 14. Elton John With The Melbourne Symphony Orchestra - Don't Let The Sun Go Down On Me[06:04] Playing Time.........: 01:13:56 Total Size...........: 442,85 MB
Seedów: 57
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-19 13:07:43
Rozmiar: 458.43 MB
Peerów: 25
Dodał: rajkad
Opis
..::INFO::..
--------------------------------------------------------------------- Elton John - To Be Continued... - (4 CD) CD 1 (1965 - 1972) CD 2 (1972 - 1974) CD 3 (1974 - 1982) CD 4 (1982 - 1990) --------------------------------------------------------------------- Artist...............: Elton John Album................: To Be Continued... Genre................: Pop Source...............: CD Year.................: 1990 Ripper...............: EAC (Secure mode) & Lite-On iHAS124 Codec................: Free Lossless Audio Codec (FLAC) Version..............: reference libFLAC 1.5.0 20250211 Quality..............: Lossless, (avg. compression: 56-63 %) Channels.............: Stereo / 44100 HZ / 16 Bit Tags.................: VorbisComment Information..........: MCA Records Included.............: NFO, M3U, CUE Covers...............: Front Back CD --------------------------------------------------------------------- Tracklisting - CD 1 (1965 - 1972) --------------------------------------------------------------------- 1. Elton John - Come Back Baby [Bluesology] [02:45] 2. Elton John - Lady Samantha [03:03] 3. Elton John - It's Me That You Need [04:01] 4. Elton John - Your Song [Demo] [03:33] 5. Elton John - Rock And Roll Madonna [04:17] 6. Elton John - Bad Side Of The Moon [03:12] 7. Elton John - Your Song [04:00] 8. Elton John - Take Me To The Pilot [03:46] 9. Elton John - Border Song [03:20] 10. Elton John - Sixty Years On [04:56] 11. Elton John - Country Comfort [05:07] 12. Elton John - Grey Seal [03:35] 13. Elton John - Friends [02:24] 14. Elton John - Levon [05:22] 15. Elton John - Tiny Dancer [06:15] 16. Elton John - Madman Across The Water [05:57] 17. Elton John - Honky Cat [05:13] 18. Elton John - Mona Lisas And Mad Hatters [04:58] Playing Time.........: 01:15:52 Total Size...........: 430,55 MB --------------------------------------------------------------------- Tracklisting - CD 2 (1972 - 1974) --------------------------------------------------------------------- 1. Elton John - Rocket Man (I Think It's Going To Be A Long Long Time)[04:42] 2. Elton John - Daniel [03:53] 3. Elton John - Crocodile Rock [03:55] 4. Elton John - Bennie And The Jets [05:20] 5. Elton John - Goodbye Yellow Brick Road [03:14] 6. Elton John - All The Girls Love Alice [05:09] 7. Elton John - Funeral For A Friend / Love Lies Bleeding [11:07] 8. Elton John - Whenever You're Ready (We'll Go Steady Again)[02:53] 9. Elton John - Saturday Night's Alright For Fighting [04:54] 10. Elton John - Jack Rabbit [01:51] 11. Elton John - Harmony [02:45] 12. Elton John - Young Man's Blues [04:42] 13. Elton John - Step Into Christmas [04:30] 14. Elton John - The Bitch Is Back [03:44] 15. Elton John - Pinball Wizard [05:14] 16. Elton John - Someone Saved My Life Tonight [06:44] Playing Time.........: 01:14:45 Total Size...........: 474,02 MB --------------------------------------------------------------------- Tracklisting - CD 3 (1974 - 1982) --------------------------------------------------------------------- 1. Elton John - Philadelphia Freedom [05:38] 2. Elton John - One Day At A Time [with John Lennon] [03:47] 3. Elton John - Lucy In The Sky With Diamonds [06:15] 4. Elton John - I Saw Her Standing There [with John Lennon][03:42] 5. Elton John - Island Girl [03:45] 6. Elton John - Sorry Seems To Be The Hardest Word [03:47] 7. Elton John - Don't Go Breaking My Heart [with Kiki Dee] [04:31] 8. Elton John - I Feel Like A Bullet (In The Gun Of Robert Ford) [Live][03:34] 9. Elton John - Ego [03:58] 10. Elton John - Song For Guy [06:39] 11. Elton John - Mama Can't Buy You Love [04:03] 12. Elton John - Cartier [00:54] 13. Elton John - Little Jeannie [05:11] 14. Elton John - Donner Pour Donner [with France Gall] [04:25] 15. Elton John - Fanfare / Chloe [06:20] 16. Elton John - The Retreat [04:45] 17. Elton John - Blue Eyes [03:26] Playing Time.........: 01:14:47 Total Size...........: 441,41 MB --------------------------------------------------------------------- Tracklisting - CD 4 (1982 - 1990) --------------------------------------------------------------------- 1. Elton John - Empty Garden (Hey Hey Johnny) [05:10] 2. Elton John - I Guess That's Why They Call It The Blues [04:42] 3. Elton John - I'm Still Standing [03:02] 4. Elton John - Sad Songs (Say So Much) [04:09] 5. Elton John - Act Of War (with Millie Jackson) [04:43] 6. Elton John - Nikita [05:43] 7. Elton John - Candle In The Wind (live) [03:57] 8. Elton John - Carla Etude (live) [04:46] 9. Elton John - Don't Let The Sun Go Down On Me (live) [05:38] 10. Elton John - I Don't Wanna Go On With You Like That (12 inch mix)[07:21] 11. Elton John - Give Peace A Chance [03:47] 12. Elton John - Sacrifice [05:08] 13. Elton John - Made For Me [04:22] 14. Elton John - You Gotta Love Someone [04:58] 15. Elton John - I Swear I Heard The Night Talkin' [04:30] 16. Elton John - Easier To Walk Away [04:23] Playing Time.........: 01:16:26 Total Size...........: 487,80 MB
Seedów: 79
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-18 23:37:17
Rozmiar: 1.89 GB
Peerów: 36
Dodał: rajkad
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Żadnych konkretnych informacji na temat tego zespołu nie znalazłem. Wiadomo tylko, że Pale Spektre to nowa kapela, w skład której wchodzą trzy osoby niemieckiego pochodzenia. Amor Fati wraz z Nuclear War szykują się do wydania ich debiutu, a nastąpi to 31 października tego roku. Znajdzie się na nim siedem kawałków, składających się na 46 minut muzyki, która utrzymana jest w ramach obskurnego black / death metalu delikatnie posypanego gruzem. Pierwsze trzy utwory niosą ze sobą brutalną ścianę dźwięku, złożoną z jednostajnych i mechanicznych zarazem riffów. Atakują one nasze narządy słuchu w dość szybkim tempie. Jest gęsto i duszno. Gdyby nie śladowe zwolnienia i wyłaniające się niekiedy chorobliwe solówki, umarłbym z braku powietrza. To nienawistna i brutalna muzyka, która nie wszystkim się spodoba. Od czwartego numeru sprawa się trochę zmienia. Kompozycje są wyraźnie wydłużone, a do nacierających szorstkich akordów twórcy dołożyli trochę pomysłów znanych z tradycyjnego death metalu. Nie brakuję tutaj również doomowych zwolnień, pozwalających trochę złapać tchu, aby po chwili znów zostać zalanym gorącym podmuchem. „Bereft Of Xerotic Layers” stanowi barbarzyński i pozbawiony kompromisów zamach na ustalony porządek. To mieszanka różnorakich patentów, począwszy od tych już utartych i kończąc na współczesnych, połamanych i nie do końca oczywistych koncepcjach. Do jednego kotła muzycy wrzucili blackowe tremolo, deathowe riffy, doomowe gniotące prędkości z nowoczesnym i brudnym sposobem na metal. Wszystko to ubrane w prymitywne brzmienie, które nie powoduje jednak, że materiał ten traci selektywność. Poszczególne sekcje są dobrze słyszalne co pozwala, ten złudny chaos, poskładać w całość. Niesamowicie sataniczną atmosferę podkręcają wokale, będące niczym innym jak tylko opętańczymi wrzaskami, wydobywającymi się z samego piekła, a także ambientowe wtrącenia, dzięki którym niesamowitość tejże płyty staje się jeszcze większa. shub niggurath PALE SPEKTRE is here! This German Black/Death band, a brand-new creation among three entities, was first formed in 2018, and just four years later, they ended up releasing their full-length debut release, "Bereft of Xerotic Layers", released in the fall of 2022 via "Nuclear War Now! Productions". The first track I want to discuss is the song "Helcoid Sanguine Maculation Shrouded". The opening song on the record, which opens with an instrumental use of a Theremin and Organ, following suit with slow distortion dissonant-blackened-doom-like riffs which are shrouded in an unsettling atmosphere, hitting that three-minute mark the doom-like drums kick in -following suit with a surge of fast shredding, drumming and (inhuman) screams which sounds like something from the hellish pits itself—finishing with a short bell toll, pushed in the background. While discussing significant tracks was challenging, tracks like (the second track) "Of Gaping Hollow's Grate", or even the sixth track, "Bereft of Xerotic Layers". At the same time, in its forty-six-minute duration, "BEREFT OF XEROTIC LAYERS" is not just black/death but plays one significant role, which is creating a black/death metal that's pure dark, chaotic, obscure, and utterly without borders—music that does whatever it wants whenever it wants. Simultaneously, "Bereft of Xerotic Layers" plays black metal with an injection of primitive and barbaric death doom with a touch of war/bestial black metal and experimental metal, with its dark/untamed energy and tempo/speed gives the listener an unexpected journey and doing what it wants, not knowing when the tempo is going to change; the unsettling/atmosphere created by the use of the Organ and Theremin (the use of a Theremin is new to me, but it works), the inhuman screams, instrumental work consists of slow/fast crushing drum strikes and blast-beats, guitars utilises primitive/dissonant sinner-like riffs and fret-board shredding, with moments of the drums and guitar adding a sprinkle of sabbath-like doom to the instrumental score. "Bereft of Xerotic Layers", in my opinion, this full-length is indeed a hellish beast of its own, full of hunger, hideous, raw, chaotic, obscure, and dark. A band that feels like it arose from the most feral depths of the unknown, a musical spectrum, like a vortex opening to another dimension or the inferno pits of hell. "PALE SPEKTRE" reminds me (somewhat) of the American Dissonant Technical Death act, "ACAUSAL INTRUSION", and their recent second full-length release, "Seeping Evocation", and the horror soundscape/atmosphere of Australian act "Portal." Kris Marsden Pale Spektre's debut mixes fast, chaotic, savage black metal with some doomy elements that completely change the landscape to crushing atmospheric passages that will give you the chills and make you keep looking over your shoulder. One of the most remarkable things is the vocal style, a cavernous, shouted hybrid of rasps and screeches that adds a whole new layer of insanity and hellish darkness to the songs – I often found myself almost hypnotized. Some of the slow and doomy passages have a bit of that '70s occult heavy rock and a hint of early Sabbath going for them. They're few and far between and pretty much over before you know it, quickly changing shape into more chaotic hellish speedfests. That makes for some rollercoaster-ish songs that take you in all kinds of directions. Bereft of Xerotic Layers goes by quickly, even though while listening to it, it feels like you're stuck in hell eternal. A strong debut that will be hard to top. Michel Renaud ..::TRACK-LIST::.. 1. Helcoid Sanguine Maculation Shrouded 05:57 2. Of Gaping Hollow's Grate 03:24 3. Raising Cinder in Morne Bethel 04:16 4. Tacent over Obsidian Bastille 09:02 5. In Anguine Redivivus Virulence 07:41 6. Bereft of Xerotic Layers 05:03 7. Riven Spirits Shall Abide 09:46 ..::OBSADA::.. Hekla - Guitars, bass, vocals & lyrics G.P. - Drums & additional guitar S.G. - Organ & theremin https://www.youtube.com/watch?v=lDWacNdPO0k SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-18 20:48:01
Rozmiar: 105.36 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Żadnych konkretnych informacji na temat tego zespołu nie znalazłem. Wiadomo tylko, że Pale Spektre to nowa kapela, w skład której wchodzą trzy osoby niemieckiego pochodzenia. Amor Fati wraz z Nuclear War szykują się do wydania ich debiutu, a nastąpi to 31 października tego roku. Znajdzie się na nim siedem kawałków, składających się na 46 minut muzyki, która utrzymana jest w ramach obskurnego black / death metalu delikatnie posypanego gruzem. Pierwsze trzy utwory niosą ze sobą brutalną ścianę dźwięku, złożoną z jednostajnych i mechanicznych zarazem riffów. Atakują one nasze narządy słuchu w dość szybkim tempie. Jest gęsto i duszno. Gdyby nie śladowe zwolnienia i wyłaniające się niekiedy chorobliwe solówki, umarłbym z braku powietrza. To nienawistna i brutalna muzyka, która nie wszystkim się spodoba. Od czwartego numeru sprawa się trochę zmienia. Kompozycje są wyraźnie wydłużone, a do nacierających szorstkich akordów twórcy dołożyli trochę pomysłów znanych z tradycyjnego death metalu. Nie brakuję tutaj również doomowych zwolnień, pozwalających trochę złapać tchu, aby po chwili znów zostać zalanym gorącym podmuchem. „Bereft Of Xerotic Layers” stanowi barbarzyński i pozbawiony kompromisów zamach na ustalony porządek. To mieszanka różnorakich patentów, począwszy od tych już utartych i kończąc na współczesnych, połamanych i nie do końca oczywistych koncepcjach. Do jednego kotła muzycy wrzucili blackowe tremolo, deathowe riffy, doomowe gniotące prędkości z nowoczesnym i brudnym sposobem na metal. Wszystko to ubrane w prymitywne brzmienie, które nie powoduje jednak, że materiał ten traci selektywność. Poszczególne sekcje są dobrze słyszalne co pozwala, ten złudny chaos, poskładać w całość. Niesamowicie sataniczną atmosferę podkręcają wokale, będące niczym innym jak tylko opętańczymi wrzaskami, wydobywającymi się z samego piekła, a także ambientowe wtrącenia, dzięki którym niesamowitość tejże płyty staje się jeszcze większa. shub niggurath PALE SPEKTRE is here! This German Black/Death band, a brand-new creation among three entities, was first formed in 2018, and just four years later, they ended up releasing their full-length debut release, "Bereft of Xerotic Layers", released in the fall of 2022 via "Nuclear War Now! Productions". The first track I want to discuss is the song "Helcoid Sanguine Maculation Shrouded". The opening song on the record, which opens with an instrumental use of a Theremin and Organ, following suit with slow distortion dissonant-blackened-doom-like riffs which are shrouded in an unsettling atmosphere, hitting that three-minute mark the doom-like drums kick in -following suit with a surge of fast shredding, drumming and (inhuman) screams which sounds like something from the hellish pits itself—finishing with a short bell toll, pushed in the background. While discussing significant tracks was challenging, tracks like (the second track) "Of Gaping Hollow's Grate", or even the sixth track, "Bereft of Xerotic Layers". At the same time, in its forty-six-minute duration, "BEREFT OF XEROTIC LAYERS" is not just black/death but plays one significant role, which is creating a black/death metal that's pure dark, chaotic, obscure, and utterly without borders—music that does whatever it wants whenever it wants. Simultaneously, "Bereft of Xerotic Layers" plays black metal with an injection of primitive and barbaric death doom with a touch of war/bestial black metal and experimental metal, with its dark/untamed energy and tempo/speed gives the listener an unexpected journey and doing what it wants, not knowing when the tempo is going to change; the unsettling/atmosphere created by the use of the Organ and Theremin (the use of a Theremin is new to me, but it works), the inhuman screams, instrumental work consists of slow/fast crushing drum strikes and blast-beats, guitars utilises primitive/dissonant sinner-like riffs and fret-board shredding, with moments of the drums and guitar adding a sprinkle of sabbath-like doom to the instrumental score. "Bereft of Xerotic Layers", in my opinion, this full-length is indeed a hellish beast of its own, full of hunger, hideous, raw, chaotic, obscure, and dark. A band that feels like it arose from the most feral depths of the unknown, a musical spectrum, like a vortex opening to another dimension or the inferno pits of hell. "PALE SPEKTRE" reminds me (somewhat) of the American Dissonant Technical Death act, "ACAUSAL INTRUSION", and their recent second full-length release, "Seeping Evocation", and the horror soundscape/atmosphere of Australian act "Portal." Kris Marsden Pale Spektre's debut mixes fast, chaotic, savage black metal with some doomy elements that completely change the landscape to crushing atmospheric passages that will give you the chills and make you keep looking over your shoulder. One of the most remarkable things is the vocal style, a cavernous, shouted hybrid of rasps and screeches that adds a whole new layer of insanity and hellish darkness to the songs – I often found myself almost hypnotized. Some of the slow and doomy passages have a bit of that '70s occult heavy rock and a hint of early Sabbath going for them. They're few and far between and pretty much over before you know it, quickly changing shape into more chaotic hellish speedfests. That makes for some rollercoaster-ish songs that take you in all kinds of directions. Bereft of Xerotic Layers goes by quickly, even though while listening to it, it feels like you're stuck in hell eternal. A strong debut that will be hard to top. Michel Renaud ..::TRACK-LIST::.. 1. Helcoid Sanguine Maculation Shrouded 05:57 2. Of Gaping Hollow's Grate 03:24 3. Raising Cinder in Morne Bethel 04:16 4. Tacent over Obsidian Bastille 09:02 5. In Anguine Redivivus Virulence 07:41 6. Bereft of Xerotic Layers 05:03 7. Riven Spirits Shall Abide 09:46 ..::OBSADA::.. Hekla - Guitars, bass, vocals & lyrics G.P. - Drums & additional guitar S.G. - Organ & theremin https://www.youtube.com/watch?v=lDWacNdPO0k SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-18 20:43:00
Rozmiar: 282.27 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Nowa, zremasterowana, limitowana, europejska edycja nagranego latem 1969 a wydanego przez Philips w lutym 1970 roku, rewelacyjnego debiutu progresywnej, duńskiej formacji nawiązującej do stylistyki ówczesnych, najbardziej rockowych (z dominującą, elektryczną gitarą i organami Hammonda) dokonań Procol Harum, Rare Bird, The Nice oraz późnych The Beatles. Ta pełna dynamiki, chwytliwej melodyki i autentycznie wyśmienita płyta zawiera jedynie dwie rozbudowane suity (skomponowane do baletu) i trzeba przyznać, że poza Wielką Brytanią tak profesjonalnie tego rodzaju muzyki na przełomie 1969-1970 nie grał wówczas nikt! To jest jedna z moich najbardziej ulubionych, progresywnych plyt 'ever'! Wydany w 1971 roku album 'Green Man' również był doskonały, ale debiut cenię sobie troszkę bardziej... Dodatkowo do płytki dołączono 2 nagrania z singla z 1970 roku - w tym niewydany nigdy na CD, chyba najcięższy w karierze grupy 'Over The Fields'! Dźwięk jest nieco lepszy niż na wcześniejszych edycjach i po prostu bije na głowę przymulone i pozbawione życia wersje z youtube! Poza tym CD zawiera kilka rzadkich zdjęć zespołu. JL Album otrzymał dobre, wręcz entuzjastyczne, recenzje. Dziennikarze byli pełni uznania zarówno dla doskonałego opanowania instrumentów jak i talentów kompozytorskich bardzo jeszcze wtedy młodych (najstarszy a nich - Peter Mellin - w momencie wydania płyty miał lat 23, namłodszy - Finn Olafsson - zaledwie 17) muzyków. Po 42 latach magazyn muzyczny Gaffa określił muzykę zawartą na płycie jako 'zdumiewającą i pełną wyobraźni" i "rock progresywny najwyższych lotów'. The first Ache album is a weird one as the music was written for a BALLET if you can believe it. There was rock-opera and now rock ballet. Actually only the first side epic was written for the ballet , borrowing lots from the Classics masters (much like The Nice did) with heavy instrumentation (sometimes a bit exagerated but never in the terms of ELP either). When I speak of The Nice's interpretation of classic music , I want to make clear I speak of Bernstein's America and Gerschwin's Blue Rondo Ala Turc superb (and Nice) arrangements and not at all like the pointless Brandenburger Concerto or Five Bridges Suite. Outside of that comparison , the guitar is also very present (as it was in the Nice's Thoughts albums) and very full of energy but the album is not flawless. Some riffs can even approach Zeppelin's power.The second track (also approaching 20 min) is less classically orientated but full of the typical (and great) instrumental excesses of that era. One of the best album to come out of Denmark, at the time. The follow-up is also fine but more restrained and both albums have been released together as Eric pointed out out on that page , this is a master buy. Sean Trane A week ago, while walking through the CD store, saw an old vinyl copy of "De Homine Urbano" by the Danish band ACHE, the album was in very good condition and very cheap, so more with curiosity than with real conviction got it, at the end. I wasn't expecting real Symphonic rather than a late Psyche/Melodic hybrid. While listening it, started to wonder how many things had to pass so an old record sold 38 years ago in a Danish store ended in my hands here in Perú, when I saw the signature of a friend inside the cover, it was quite funny, his father gave it to him when he came from a trip, he treasured it, but his cleaning obsessed wife sold all those dirt covered albums in a format "nobody sane" uses any more. But back to the album, my prejudice was not accurate, the album is a gem, combines in the most delicate possible way echoes from the Psychedelic 60's with strong elements of the recently born Symphonic sub-genre, the massive use of Hammond is simply delightful, I could talk about some FOCUS influenced, but due to the date of release, this is not likely. "De Homini Urbano" consists of two epics, the first one the self titled ballet (Yes it's true) which starts with a clear Emerson (THE NICE era) influenced performance, it's evident Peter Mellin likes pomp and brightness, the guy exploits all his skills and plays as loud as he can, combining instruments in a perfect way, hitting synths and piano with the same fury, but the star is always the organ, like suspended between the 60's and 70's in some sort of limbo, well covered by Finn Olafsson's distorted guitar. There's nothing static in the track, everything is in perpetual motion, the radical changes come one after the other without rest, the band seems to have horror of silent spaces, covering every instant with music, when not the piano or guitar, you can clearly listen the bass or drums playing restless, like a sonic wall that hits you from start to end, simply wonderful expression of musicality. But the closing section is exceptional, totally experimental for a band in the 70's an uncontrolled cacophony with a Baroque background, this guys were years ahead most musicians from the era, something strange for 1970 Prog of Scandinavia. "Little Things" is a 18 minutes sort of Opera with THE BEATLES classic "Every Little Thing She Does" (also performed by YES) as main ingredient, but as anybody can imagine, they have 18:31 minutes to explore every possible variation and experimentation available on those years. The vocals are not outstanding even when better than the average band...............From this point we get complexity, experimentation, pomp, excesses, everything that makes Prog so special, but is better to listen it than to read whatever I can say, because it's unique, so this is as far as I will go to avoid spoiling the experience. Four solid stars for a very ambitious album that deserves more attention. Ivan_Melgar_M ..::TRACK-LIST::.. 1. De Homine Urbano (19:00): - Overture - Soldier theme - Ballerina theme - Pas de deux - Ogre theme - Awakening - The dance of the demons - Pas de trois - The last attempt - Finale 2. Little Things (18:32) Bonus Tracks: 3. Over The Fields (Single B-side, August 1970) 3:54 4. Shadow Of A Gipsy (Single A-side, August 197) 4:32 ..::OBSADA::.. Finn Olafsson - guitar Peter Mellin - Hammond organ, piano Torsten Olafsson - bass, vocals Glenn Fischer - drums, percussion https://www.youtube.com/watch?v=W3fYakBr6lM SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-18 17:26:27
Rozmiar: 106.07 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Nowa, zremasterowana, limitowana, europejska edycja nagranego latem 1969 a wydanego przez Philips w lutym 1970 roku, rewelacyjnego debiutu progresywnej, duńskiej formacji nawiązującej do stylistyki ówczesnych, najbardziej rockowych (z dominującą, elektryczną gitarą i organami Hammonda) dokonań Procol Harum, Rare Bird, The Nice oraz późnych The Beatles. Ta pełna dynamiki, chwytliwej melodyki i autentycznie wyśmienita płyta zawiera jedynie dwie rozbudowane suity (skomponowane do baletu) i trzeba przyznać, że poza Wielką Brytanią tak profesjonalnie tego rodzaju muzyki na przełomie 1969-1970 nie grał wówczas nikt! To jest jedna z moich najbardziej ulubionych, progresywnych plyt 'ever'! Wydany w 1971 roku album 'Green Man' również był doskonały, ale debiut cenię sobie troszkę bardziej... Dodatkowo do płytki dołączono 2 nagrania z singla z 1970 roku - w tym niewydany nigdy na CD, chyba najcięższy w karierze grupy 'Over The Fields'! Dźwięk jest nieco lepszy niż na wcześniejszych edycjach i po prostu bije na głowę przymulone i pozbawione życia wersje z youtube! Poza tym CD zawiera kilka rzadkich zdjęć zespołu. JL Album otrzymał dobre, wręcz entuzjastyczne, recenzje. Dziennikarze byli pełni uznania zarówno dla doskonałego opanowania instrumentów jak i talentów kompozytorskich bardzo jeszcze wtedy młodych (najstarszy a nich - Peter Mellin - w momencie wydania płyty miał lat 23, namłodszy - Finn Olafsson - zaledwie 17) muzyków. Po 42 latach magazyn muzyczny Gaffa określił muzykę zawartą na płycie jako 'zdumiewającą i pełną wyobraźni" i "rock progresywny najwyższych lotów'. The first Ache album is a weird one as the music was written for a BALLET if you can believe it. There was rock-opera and now rock ballet. Actually only the first side epic was written for the ballet , borrowing lots from the Classics masters (much like The Nice did) with heavy instrumentation (sometimes a bit exagerated but never in the terms of ELP either). When I speak of The Nice's interpretation of classic music , I want to make clear I speak of Bernstein's America and Gerschwin's Blue Rondo Ala Turc superb (and Nice) arrangements and not at all like the pointless Brandenburger Concerto or Five Bridges Suite. Outside of that comparison , the guitar is also very present (as it was in the Nice's Thoughts albums) and very full of energy but the album is not flawless. Some riffs can even approach Zeppelin's power.The second track (also approaching 20 min) is less classically orientated but full of the typical (and great) instrumental excesses of that era. One of the best album to come out of Denmark, at the time. The follow-up is also fine but more restrained and both albums have been released together as Eric pointed out out on that page , this is a master buy. Sean Trane A week ago, while walking through the CD store, saw an old vinyl copy of "De Homine Urbano" by the Danish band ACHE, the album was in very good condition and very cheap, so more with curiosity than with real conviction got it, at the end. I wasn't expecting real Symphonic rather than a late Psyche/Melodic hybrid. While listening it, started to wonder how many things had to pass so an old record sold 38 years ago in a Danish store ended in my hands here in Perú, when I saw the signature of a friend inside the cover, it was quite funny, his father gave it to him when he came from a trip, he treasured it, but his cleaning obsessed wife sold all those dirt covered albums in a format "nobody sane" uses any more. But back to the album, my prejudice was not accurate, the album is a gem, combines in the most delicate possible way echoes from the Psychedelic 60's with strong elements of the recently born Symphonic sub-genre, the massive use of Hammond is simply delightful, I could talk about some FOCUS influenced, but due to the date of release, this is not likely. "De Homini Urbano" consists of two epics, the first one the self titled ballet (Yes it's true) which starts with a clear Emerson (THE NICE era) influenced performance, it's evident Peter Mellin likes pomp and brightness, the guy exploits all his skills and plays as loud as he can, combining instruments in a perfect way, hitting synths and piano with the same fury, but the star is always the organ, like suspended between the 60's and 70's in some sort of limbo, well covered by Finn Olafsson's distorted guitar. There's nothing static in the track, everything is in perpetual motion, the radical changes come one after the other without rest, the band seems to have horror of silent spaces, covering every instant with music, when not the piano or guitar, you can clearly listen the bass or drums playing restless, like a sonic wall that hits you from start to end, simply wonderful expression of musicality. But the closing section is exceptional, totally experimental for a band in the 70's an uncontrolled cacophony with a Baroque background, this guys were years ahead most musicians from the era, something strange for 1970 Prog of Scandinavia. "Little Things" is a 18 minutes sort of Opera with THE BEATLES classic "Every Little Thing She Does" (also performed by YES) as main ingredient, but as anybody can imagine, they have 18:31 minutes to explore every possible variation and experimentation available on those years. The vocals are not outstanding even when better than the average band...............From this point we get complexity, experimentation, pomp, excesses, everything that makes Prog so special, but is better to listen it than to read whatever I can say, because it's unique, so this is as far as I will go to avoid spoiling the experience. Four solid stars for a very ambitious album that deserves more attention. Ivan_Melgar_M ..::TRACK-LIST::.. 1. De Homine Urbano (19:00): - Overture - Soldier theme - Ballerina theme - Pas de deux - Ogre theme - Awakening - The dance of the demons - Pas de trois - The last attempt - Finale 2. Little Things (18:32) Bonus Tracks: 3. Over The Fields (Single B-side, August 1970) 3:54 4. Shadow Of A Gipsy (Single A-side, August 197) 4:32 ..::OBSADA::.. Finn Olafsson - guitar Peter Mellin - Hammond organ, piano Torsten Olafsson - bass, vocals Glenn Fischer - drums, percussion https://www.youtube.com/watch?v=W3fYakBr6lM SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-18 17:21:12
Rozmiar: 301.75 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Czas. Nieśmiertelność. Życie bez końca. Śmierć bez końca. '[...] coś jednocześnie martwego i nigdy nie umierającego, coś całkowicie bez przeznaczenia, a zatem niezniszczalnego, posiadającego tę nieobecność umysłu, tę nieskończoną pustkę, która jest esencją wszystkiego, co nieśmiertelne'. The Portuguese black metal entity Gaerea crafts a haunting sonic journey with their self-titled mini-album. Known for their atmospheric and intense compositions, the band delves deep into themes of despair and existential dread. The album's opening track "Santificato" sets an ominous tone with its relentless riffs and haunting vocals. Each subsequent song is a testament to the band's ability to weave intricate melodies with an underlying ferocity that captures listeners in its dark embrace. Throughout the album's progression, tracks like "Pray To Your False God" and "Void Of Numbness" showcase Gaerea's signature blend of raw aggression and ethereal soundscapes. The inclusion of the bonus track "Endless Lapse", exclusive to this reissue, offers fans a glimpse into previously unexplored depths of the band's artistry. This mini-album stands as a powerful testament to their evolving sound within the black metal genre. This morning when I woke up, I received a message from my buddy Tito of Everlasting Spew Records. The message contained an introduction to the Portuguese black metal act Gaerea. I never heard about the band before, and I was very interested to listen to their materials since Tito always recommended me with great bands even in the past. After a couple of listens to their materials, I totally got what I expected before even checking out the band. Again, Tito had given me a band that is worth locking on my radar for times to come. Gaerea's self-titled EP is a pretty satisfactory modern black metal offering which expands its elements on death metal and even funeral doom. Imagine the style of Mgła melded well with a little Behemoth and topped with some ponderous funeral vibe of bands like Mournful Congregation, Skepticism, and Thergothon; that is the music that this black metal group puts on the table. The EP carries 27 minutes of arctic and oppressively dark guitar riifs with desolating tremolo pickings, nefariously wicked harsh vocal conveyance, crushing drum work which adds up on the total brutality of the already barbaric pitch-black aura of the EP, and a blustery bass sound that will literally open the gates of the unworldly domain with its robust uniform pitch. This EP will pull you to an endless void of darkness and misanthropy. And that is a good thing when it comes to BM releases. I always have a lot of trouble with most modern age BM albums being all super symphonic and mediocre, but Gaerea is not one of those snowflakes acts. This horde of masked individuals are one of the best in the modern age. Their songs has that pulverizing and cloudy vibe which will give the listeners that feeling of making the hairs on the back of their necks stand up. Kinda like the feeling you get when you see something that entertains you very well that it'll make you wanna go ape-shit and bash somebody's face with a rock. You all get the point. Now don't be fooled by the simplistic and mid-paced delivery of the band, because as you go deeper into listening to their record you will find out that the facile and not so complex haulage of the group actually has enough power to throw you into a dimension of anguish and iniquity. I've heard and seen a lot of black metal bands that suffered when picking a more slow and unembellished approached than their more blistering and pummeling peers in the genre, but Gaerea did just fine with this debut EP. To end this review, Gaerea's self-titled EP is a memorable and appealing album though it may not be as neck breaking or thrashing as other great black metal contemporaries. Its debuts like these that makes me want to keep my ears and eyes on an interesting group. This horde of faceless mortals just earned a spot on my list, and I will certainly be thrilled to hear about a full-length release from them in the near future. felix headbanger ..::TRACK-LIST::.. 1. Santificato 3:32 2. Final Call 6:25 3. Pray To Your False God 5:50 4. Through Time 6:31 5. Void Of Numbness 5:09 Bonus Track: 6. Endless Lapse 5:29 ..::OBSADA::.. Ruben Freitas - Vocals Guilherme Henriques - Guitars (lead) Jorge Marinho - Bass Pedro Soares - Drums https://www.youtube.com/watch?v=c7QAHHZkqAA SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-18 16:42:10
Rozmiar: 76.39 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Czas. Nieśmiertelność. Życie bez końca. Śmierć bez końca. '[...] coś jednocześnie martwego i nigdy nie umierającego, coś całkowicie bez przeznaczenia, a zatem niezniszczalnego, posiadającego tę nieobecność umysłu, tę nieskończoną pustkę, która jest esencją wszystkiego, co nieśmiertelne'. The Portuguese black metal entity Gaerea crafts a haunting sonic journey with their self-titled mini-album. Known for their atmospheric and intense compositions, the band delves deep into themes of despair and existential dread. The album's opening track "Santificato" sets an ominous tone with its relentless riffs and haunting vocals. Each subsequent song is a testament to the band's ability to weave intricate melodies with an underlying ferocity that captures listeners in its dark embrace. Throughout the album's progression, tracks like "Pray To Your False God" and "Void Of Numbness" showcase Gaerea's signature blend of raw aggression and ethereal soundscapes. The inclusion of the bonus track "Endless Lapse", exclusive to this reissue, offers fans a glimpse into previously unexplored depths of the band's artistry. This mini-album stands as a powerful testament to their evolving sound within the black metal genre. This morning when I woke up, I received a message from my buddy Tito of Everlasting Spew Records. The message contained an introduction to the Portuguese black metal act Gaerea. I never heard about the band before, and I was very interested to listen to their materials since Tito always recommended me with great bands even in the past. After a couple of listens to their materials, I totally got what I expected before even checking out the band. Again, Tito had given me a band that is worth locking on my radar for times to come. Gaerea's self-titled EP is a pretty satisfactory modern black metal offering which expands its elements on death metal and even funeral doom. Imagine the style of Mgła melded well with a little Behemoth and topped with some ponderous funeral vibe of bands like Mournful Congregation, Skepticism, and Thergothon; that is the music that this black metal group puts on the table. The EP carries 27 minutes of arctic and oppressively dark guitar riifs with desolating tremolo pickings, nefariously wicked harsh vocal conveyance, crushing drum work which adds up on the total brutality of the already barbaric pitch-black aura of the EP, and a blustery bass sound that will literally open the gates of the unworldly domain with its robust uniform pitch. This EP will pull you to an endless void of darkness and misanthropy. And that is a good thing when it comes to BM releases. I always have a lot of trouble with most modern age BM albums being all super symphonic and mediocre, but Gaerea is not one of those snowflakes acts. This horde of masked individuals are one of the best in the modern age. Their songs has that pulverizing and cloudy vibe which will give the listeners that feeling of making the hairs on the back of their necks stand up. Kinda like the feeling you get when you see something that entertains you very well that it'll make you wanna go ape-shit and bash somebody's face with a rock. You all get the point. Now don't be fooled by the simplistic and mid-paced delivery of the band, because as you go deeper into listening to their record you will find out that the facile and not so complex haulage of the group actually has enough power to throw you into a dimension of anguish and iniquity. I've heard and seen a lot of black metal bands that suffered when picking a more slow and unembellished approached than their more blistering and pummeling peers in the genre, but Gaerea did just fine with this debut EP. To end this review, Gaerea's self-titled EP is a memorable and appealing album though it may not be as neck breaking or thrashing as other great black metal contemporaries. Its debuts like these that makes me want to keep my ears and eyes on an interesting group. This horde of faceless mortals just earned a spot on my list, and I will certainly be thrilled to hear about a full-length release from them in the near future. felix headbanger ..::TRACK-LIST::.. 1. Santificato 3:32 2. Final Call 6:25 3. Pray To Your False God 5:50 4. Through Time 6:31 5. Void Of Numbness 5:09 Bonus Track: 6. Endless Lapse 5:29 ..::OBSADA::.. Ruben Freitas - Vocals Guilherme Henriques - Guitars (lead) Jorge Marinho - Bass Pedro Soares - Drums https://www.youtube.com/watch?v=c7QAHHZkqAA SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-18 16:37:31
Rozmiar: 251.33 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
..::INFO::..
--------------------------------------------------------------------- Alanis Morissette - Acoustic Albums (Japan Promo) (2 CD) CD 1 - Alanis Morissette - MTV Unplugged (1999) CD 2 - Alanis Morissette - Jagged Little Pill Acoustic (2005) --------------------------------------------------------------------- --------------------------------------------------------------------- CD 1 - Alanis Morissette - MTV Unplugged --------------------------------------------------------------------- Artist...............: Alanis Morissette Album................: MTV Unplugged Genre................: Rock, Pop Source...............: CD Year.................: 1999 Ripper...............: EAC (Secure mode) & Lite-On iHAS124 Codec................: Free Lossless Audio Codec (FLAC) Version..............: reference libFLAC 1.5.0 20250211 Quality..............: Lossless, (avg. compression: 68 %) Channels.............: Stereo / 44100 HZ / 16 Bit Tags.................: VorbisComment Information..........: Maverick - Japan Included.............: NFO, M3U, CUE Covers...............: Front Back CD --------------------------------------------------------------------- Tracklisting - MTV Unplugged --------------------------------------------------------------------- 1. Alanis Morissette - You Learn [04:22] 2. Alanis Morissette - Joining You [05:09] 3. Alanis Morissette - No Pressure Over Cappuccino [04:41] 4. Alanis Morissette - That I Would Be Good [04:14] 5. Alanis Morissette - Head Over Feet [04:22] 6. Alanis Morissette - Princes Familiar [04:37] 7. Alanis Morissette - I Was Hoping [04:53] 8. Alanis Morissette - Ironic [04:13] 9. Alanis Morissette - These R The Thoughts [03:25] 10. Alanis Morissette - King Of Pain [04:05] 11. Alanis Morissette - You Oughta Know [05:01] 12. Alanis Morissette - Uninvited [04:37] Playing Time.........: 53:43 Total Size...........: 369,22 MB --------------------------------------------------------------------- CD 2 - Alanis Morissette - Jagged Little Pill Acoustic --------------------------------------------------------------------- Artist...............: Alanis Morissette Album................: Jagged Little Pill Acoustic Genre................: Rock, Pop Source...............: CD Year.................: 2005 Ripper...............: EAC (Secure mode) & Lite-On iHAS124 Codec................: Free Lossless Audio Codec (FLAC) Version..............: reference libFLAC 1.5.0 20250211 Quality..............: Lossless, (avg. compression: 68 %) Channels.............: Stereo / 44100 HZ / 16 Bit Tags.................: VorbisComment Information..........: Maverick - Japan Included.............: NFO, M3U, CUE Covers...............: Front Back CD --------------------------------------------------------------------- Tracklisting - Jagged Little Pill Acoustic --------------------------------------------------------------------- 1. Alanis Morissette - All I Really Want [05:24] 2. Alanis Morissette - You Oughta Know [04:58] 3. Alanis Morissette - Perfect [03:26] 4. Alanis Morissette - Hand In My Pocket [04:32] 5. Alanis Morissette - Right Through You [03:40] 6. Alanis Morissette - Forgiven [04:43] 7. Alanis Morissette - You Learn [04:10] 8. Alanis Morissette - Head Over Feet [04:17] 9. Alanis Morissette - Mary Jane [05:08] 10. Alanis Morissette - Ironic [03:57] 11. Alanis Morissette - Not The Doctor [04:26] 12. Alanis Morissette - Wake Up [09:56] Playing Time.........: 58:43 Total Size...........: 400,88 MB
Seedów: 125
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-18 12:49:51
Rozmiar: 861.36 MB
Peerów: 53
Dodał: rajkad
Opis
..::INFO::..
--------------------------------------------------------------------- U2 - Songs of Innocence (deluxe edition) --------------------------------------------------------------------- Artist...............: U2 Album................: Songs of Innocence (deluxe edition) Genre................: Rock Source...............: WEB Year.................: 2014 Codec................: Free Lossless Audio Codec (FLAC) Version..............: reference libFLAC 1.5.0 20250211 Quality..............: Lossless, (avg. compression: 63 %) Channels.............: Stereo / 44100 HZ / 16 Bit Tags.................: VorbisComment Information..........: Island Records Included.............: NFO, M3U Covers...............: Front --------------------------------------------------------------------- Tracklisting --------------------------------------------------------------------- 1. U2 - The Miracle (Of Joey Ramone) [04:15] 2. U2 - Every Breaking Wave [04:12] 3. U2 - California (There Is No End To Love) [03:59] 4. U2 - Song For Someone [03:46] 5. U2 - Iris (Hold Me Close) [05:19] 6. U2 - Volcano [03:14] 7. U2 - Raised By Wolves [04:05] 8. U2 - Cedarwood Road [04:25] 9. U2 - Sleep Like A Baby Tonight [05:01] 10. U2 - This Is Where You Can Reach Me Now [05:05] 11. U2 - The Troubles [04:45] 12. U2 - Lucifer's Hands [03:55] 13. U2 - The Crystal Ballroom [04:40] 14. U2 - Every Breaking Wave (From Acoustic Sessions) [04:28] 15. U2 - California (There Is No End To Love) (From Acoustic Sessions)[03:19] 16. U2 - Raised By Wolves (From Acoustic Sessions) [03:57] 17. U2 - Cedarwood Road (From Acoustic Sessions) [03:18] 18. U2 - Song For Someone (From Acoustic Sessions) [03:36] 19. U2 - The Miracle (Of Joey Ramone) (Busker Version) [04:07] 20. U2 - The Troubles (Alternative Version) [04:32] 21. U2 - Sleep Like A Baby Tonight (Alternative Perspective Mix)[10:28] Playing Time.........: 01:34:36 Total Size...........: 599,80 MB
Seedów: 1558
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-18 00:35:46
Rozmiar: 601.68 MB
Peerów: 104
Dodał: rajkad
Opis
..::INFO::..
--------------------------------------------------------------------- The Beach Boys - Beach Boys Concert & Live In London --------------------------------------------------------------------- Artist...............: The Beach Boys Album................: Beach Boys Concert & Live In London Genre................: Surf, Pop Rock Source...............: CD Year.................: 2001 Ripper...............: EAC (Secure mode) & Lite-On iHAS124 Codec................: Free Lossless Audio Codec (FLAC) Version..............: reference libFLAC 1.5.0 20250211 Quality..............: Lossless, (avg. compression: 73 %) Channels.............: Stereo / 44100 HZ / 16 Bit Tags.................: VorbisComment Information..........: Capitol Records Included.............: NFO, M3U, CUE Covers...............: Front Back CD --------------------------------------------------------------------- Tracklisting --------------------------------------------------------------------- Beach Boys Concert (1964) 1. The Beach Boys - Fun, Fun, Fun [02:26] 2. The Beach Boys - The Litlle Old Lady From Pasadena [03:00] 3. The Beach Boys - Little Deuce Coupe [02:27] 4. The Beach Boys - Long Tall Texan [02:31] 5. The Beach Boys - In My Room [02:25] 6. The Beach Boys - Monster Mash [02:27] 7. The Beach Boys - Let's Go Trippin [02:34] 8. The Beach Boys - Papa-Oom-Mow-Mow [02:17] 9. The Beach Boys - The Wanderer [01:59] 10. The Beach Boys - Hawaii [01:51] 11. The Beach Boys - Graduation Day [03:28] 12. The Beach Boys - I Get Around [02:42] 13. The Beach Boys - Johnny B. Goode [01:59] Live In London (1970) 14. The Beach Boys - Darlin' [02:41] 15. The Beach Boys - Wouldn't It Be Nice [01:52] 16. The Beach Boys - Sloop John B. [02:30] 17. The Beach Boys - California Girls [02:19] 18. The Beach Boys - Do It Again [02:46] 19. The Beach Boys - Wake The World [02:25] 20. The Beach Boys - Aren't You Glad [03:09] 21. The Beach Boys - Bluebirds Over The Mountains [02:53] 22. The Beach Boys - Their Hearts Were Full Of Spring [02:49] 23. The Beach Boys - Good Vibrations [04:36] 24. The Beach Boys - God Only Knows [03:27] 25. The Beach Boys - Barbara Ann [02:34] Bonus Tracks 26. The Beach Boys - Don't Worry Baby [02:57] 27. The Beach Boys - Heroes & Villains [03:47] Playing Time.........: 01:13:02 Total Size...........: 535,16 MB
Seedów: 55
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-17 09:43:50
Rozmiar: 567.11 MB
Peerów: 3
Dodał: rajkad
Opis
..::INFO::..
--------------------------------------------------------------------- Elton John - The Lockdown Sessions (SHM-CD) --------------------------------------------------------------------- Artist...............: Elton John Album................: The Lockdown Sessions Genre................: Pop Source...............: CD Year.................: 2021 Ripper...............: EAC (Secure mode) & Lite-On iHAS124 Codec................: Free Lossless Audio Codec (FLAC) Version..............: reference libFLAC 1.5.0 20250211 Quality..............: Lossless, (avg. compression: 70 %) Channels.............: Stereo / 44100 HZ / 16 Bit Tags.................: VorbisComment Information..........: EMI – UICY - Japan Included.............: NFO, M3U, CUE Covers...............: Front Back CD --------------------------------------------------------------------- Tracklisting --------------------------------------------------------------------- 1. Elton John & Dua Lipa - Cold Heart (PNAU Remix) [03:39] 2. Elton John, Young Thug & Nicki Minaj - Always Love You [04:17] 3. Surfaces feat. Elton John - Learn to Fly [03:31] 4. Elton John & Charlie Puth - After All [03:28] 5. Rina Sawayama & Elton John - Chosen Family [04:40] 6. Gorillaz feat. Elton John & 6LACK - The Pink Phantom [04:13] 7. Elton John & Years & Years - It's a Sin [04:44] 8. Miley Cyrus feat. WATT, Elton John, Yo-Yo Ma, Robert Trujillo & Chad Smith - Nothing Else Matters[06:35] 9. Elton John & SG Lewis - Orbit [03:28] 10. Elton John & Brandi Carlile - Simple Things [04:11] 11. Jimmie Allen & Elton John - Beauty in the Bones [03:50] 12. Lil Nas X feat. Elton John - One of Me [02:44] 13. Elton John & Eddie Vedder - E-Ticket [03:18] 14. Elton John & Stevie Wonder - Finish Line [04:24] 15. Elton John & Stevie Nicks - Stolen Car [05:37] 16. Glen Campbell & Elton John - I'm Not Going to Miss You [02:57] 17. Elton John & Dua Lipa - Cold Heart (PS1 Remix) (Bonus Track for Japan)[02:47] Playing Time.........: 01:08:32 Total Size...........: 481,06 MB
Seedów: 872
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-16 23:36:31
Rozmiar: 864.22 MB
Peerów: 64
Dodał: rajkad
Opis
..::INFO::..
--------------------------------------------------------------------- Sting & Shaggy - 44-876 - (2 CD) (Super Deluxe Edition) --------------------------------------------------------------------- Artist...............: Sting & Shaggy Album................: 44-876 Genre................: Pop, Reggae Source...............: CD Year.................: 2018 Ripper...............: EAC (Secure mode) & Lite-On iHAS124 Codec................: Free Lossless Audio Codec (FLAC) Version..............: reference libFLAC 1.5.0 20250211 Quality..............: Lossless, (avg. compression: 63-65 %) Channels.............: Stereo / 44100 HZ / 16 Bit Tags.................: VorbisComment Information..........: A&M Records Included.............: NFO, M3U, CUE Covers...............: Front Back CD --------------------------------------------------------------------- Tracklisting - CD 1 --------------------------------------------------------------------- 1. Sting & Shaggy - 44-876 (feat. Morgan Heritage & Aidonia)[02:59] 2. Sting & Shaggy - Morning Is Coming [03:11] 3. Sting & Shaggy - Waiting For The Break of Day [03:18] 4. Sting & Shaggy - Gotta Get Back My Baby [02:56] 5. Sting & Shaggy - Don't Make Me Wait [03:35] 6. Sting & Shaggy - Just One Lifetime [03:30] 7. Sting & Shaggy - 22nd Street [04:00] 8. Sting & Shaggy - Dreaming In The U.S.A. [03:08] 9. Sting & Shaggy - Crooked Tree [03:37] 10. Sting & Shaggy - To Love And Be Loved [03:29] 11. Sting & Shaggy - Sad Trombone [05:43] 12. Sting & Shaggy - Night Shift [03:26] Playing Time.........: 42:57 Total Size...........: 281,21 MB --------------------------------------------------------------------- Tracklisting - CD 2 Bonus - Live At Shaggy & Friends, Kingston, Jamaica --------------------------------------------------------------------- 1. Sting & Shaggy - Englishman In New York (Live At Shaggy & Friends, Kigston, Jamaica)[04:49] 2. Sting & Shaggy - Fields Of Gold (Live At Shaggy & Friends, Kigston, Jamaica)[03:39] 3. Sting & Shaggy - Message In A Bottle (Live At Shaggy & Friends, Kigston, Jamaica)[06:34] 4. Sting & Shaggy - Don't Make Me Wait (Live At Shaggy & Friends, Kigston, Jamaica)[04:37] 5. Sting & Shaggy - Roxanne (Live At Shaggy & Friends, Kigston, Jamaica)[06:08] 6. Sting & Shaggy - Cherrytree Radio Interview [27:48] Playing Time.........: 53:37 Total Size...........: 312,54 MB
Seedów: 95
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-16 12:00:40
Rozmiar: 728.39 MB
Peerów: 23
Dodał: rajkad
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
Blues rock najwyższej klasy! ..::TRACK-LIST::.. 1. Still Rainin' 2. Good Morning Little Schoolgirl 3. A Quitter Never Wins 4. Right Back 5. There's Gotta Be A Change 6. The Levee 7. Breakin' Me 8. Lie To Me 9. Rack `Em Up ..::OBSADA::.. Jonny Lang - guitar Paul Diethelm - guitar Bruce McCabe - keyboards Doug Nelson - bass Billy Thommes - drums https://www.youtube.com/watch?v=xcx-uGDR6Sw SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-15 20:37:30
Rozmiar: 4.41 GB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::TRACK-LIST::.. In A Dream Clouds Smell Of Incense A Caress Of Stars The Sleeping Beauty Forever Burning Flames The Scapegoat Undressed Whatever That Hurts The AR Do You Dream Of Me ? Visionaire 25th Floor Interview ..::OBSADA::.. Johan Edlund - vocals Roger Öjersson - guitar Magnus Henriksson - guitar Gustaf Hielm - bass Per Wiberg - keyboards Lars Sköld – drums https://www.youtube.com/watch?v=Xt01luVc6ZA SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-06-15 20:20:00
Rozmiar: 4.43 GB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
1 - 30 | 31 - 60 | 61 - 90 | ... | 631 - 660 | 661 - 690 | 691 - 720 | 721 - 750 | 751 - 780 | ... | 26251 - 26280 | 26281 - 26310 | 26311 - 26315 |
|||||||||||||