|
|
|||||||||||||
|
Ostatnie 10 torrentów
Ostatnie 10 komentarzy
Discord
Wygląd torrentów:
Kategoria:
Muzyka
Gatunek:
Progressive Rock
Ilość torrentów:
72
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Zremasterowana i doskonale brzmiąca edycja wydanego w 1978 roku wyśmienitego, debiutanckiego albumu progresywnej supergrupy złożonej z byłych członków King Crimson (John Wetton, Bill Bruford), Roxy Music (Eddie Jobson), Zappy (Terry Bozzio) i Tempest (Allan Holdsworth). Brudford i Holdsworth grali tylko na debiutanckim albumie. Była to ostatnia formacja lat 70-tych z powodzeniem nawiązująca do najlepszych dokonań gatunku. Dodatkowo ponad 30 minut doskonałego, koncertowego grania w doskonałej jakości, w tym nie wydany na żadnej płycie 'Forever Until Sunday'. Doskonały, czysty, naturalny dźwięk - bijący na głowę wcześniejsze wersje! Po rozwiązaniu King Crimson w połowie lat 70., John Wetton i Bill Bruford przez dłuższy czas nie potrafili znaleźć dla siebie satysfakcjonującego zajęcia. Wetton przewinął się przez składy Roxy Music i Uriah Heep, Bruford wspomagał właśnie założony National Health i zasilił koncertowy skład Genesis - żadnej z tych posad nie utrzymali jednak przez dłużej niż parę miesięcy. Pod koniec 1976 roku obaj muzycy postanowili odnowić współpracę ze sobą. W planach było stworzenie tria z Rickiem Wakemanem, jednak klawiszowiec ostatecznie zdecydował się na powrót do Yes. Bruford tymczasem nagrał swój pierwszy solowy album ("Feels Good to Me"), by następnie podjąć kolejną próbę stworzenia zespołu z Wettonem. Basista zasugerował zaproszenie do składu grającego na skrzypcach i instrumentach klawiszowych Eddiego Jobsona, z którym występował już w Roxy Music (mającego na koncie także współpracę z Curved Air i Frankiem Zappą), natomiast perkusista zasugerował gitarzystę ze swojego solowego zespołu, Allana Holdswortha (znanego też z Nucleus, Soft Machine, The New Tony Williams' Lifetime i Gong). Supergrupa - bo nie sposób inaczej określić składu z takimi osiągnięciami - przybrała nazwę U.K. Często można spotkać się z opiniami, że to ostatni z wielkich zespołów progresywnych. Sporo w tym jednak przesady. U.K. zadebiutował w czasie, gdy wszystko w muzyce tego typu zostało już dawno wymyślone. Muzycy zresztą nie mieli ambicji, by poszerzać granice rocka. a jedynie grać muzykę będącą sumą ich dotychczasowych doświadczeń. Niektórzy traktują też U.K. jako bezpośrednią kontynuację King Crimson z okresu 1973-74. Jest w tym nawet pewna logika. Barwa głosu i sposób śpiewania Wettona jakoś drastycznie się od tamtego czasu nie zmieniły. Podobieństwo słychać też w grze jego i Bruforda, wykorzystującej zbliżone lub wręcz identyczne rozwiązania rytmiczne, choć tylko czasem brzmiącej równie masywnie. Ale już taki Holdsworth jest zupełnie innym gitarzystą, niż Robert Fripp - bardziej konwencjonalnym i zdecydowanie mocniej ukierunkowanym na jazz (w tej mocno skomercjalizowanej formie późnego fusion). Ponadto, w zespole jest postacią zdecydowanie drugoplanową, dopełniającą brzmienie, gdy tylko pozwolą na to pozostali członkowie. Jobson jest natomiast lepszym skrzypkiem i klawiszowcem od Davida Crossa. I o ile Cross grał głównie na skrzypcach lub altówce, czasem tylko siadając za melotronem lub elektrycznym pianinem, tak podstawowym instrumentem Jobsona są syntezatory. Twórczość U.K. należy raczej traktować jako pomost pomiędzy klasycznym progiem, a muzyką graną przez wielu przedstawicieli tego nurtu w latach 80. (mam tu na myśli przede wszystkim popową twórczość Genesis i Yes, czy grupę Asia, a w mniejszym stopniu neo-progowych epigonów). Słyszalny jest tu zwrot ku bardziej piosenkowej formie utworów, większy nacisk na przebojowe melodie. Nie można też zapomnieć o brzmieniu, które nierzadko zdominowane jest przez modne wtedy - a dziś tandetne - syntezatory. To już ten typowo ejtisowy plastik. Jednak muzycy starali się utrzymać pewien poziom artystyczny. Na debiutanckim albumie właściwie tylko "Time to Kill" bezwstydnie podąża w stronę radiowej chałtury, niejako zapowiadając późniejsze dokonania Wettona z Asią (broni się jednak instrumentalny fragment z solówką Jobsona na skrzypcach). Bo już w takich "In the Dead of Night", "By the Light of Day" i "Presto Vivace and Reprise" (tworzących coś na kształt rockowej suity) duża przebojowość idzie w parze z niebanalnym wykonaniem. Kwartet nie unika też bardziej złożonego grania. Z mniej przekonującym skutkiem w "Thirty Years", z nieco zbyt rzewną i monotonną częścią balladową oraz zbyt toporną grą Holdswortha w rozwinięciu. A ze znacznie ciekawszym efektem w pokotłowanej rytmicznie "Alasce" (brzmiącej trochę jak skrzyżowanie ELP z Mahavishnu Orchestra), oraz najbardziej jazzujących "Nevermore" i "Mental Medication", w których nieco bardziej wykazać mógł się gitarzysta. Eponimiczny debiut U.K. to naprawdę przyjemne wydawnictwo na pograniczu klasycznego proga i komercyjnego jazz rocka (z naciskiem na to pierwsze), niepozbawione pewnych wad (plastikowe brzmienie klawiszy, nie zawsze ciekawe kompozycje), nie przynoszące w sumie niczego nowatorskiego, ale dość unikalne i posiadające bardzo dobre wykonanie (szczególnie sekcji rytmicznej Wetton / Bruford i Jobsona na skrzypcach, choć Holdsworth też miewa przebłyski). Album wypada na pewno lepiej od większości ówczesnych dokonań czołowych przedstawicieli głównego nurtu rocka progresywnego, choć oczywiście daleko mu do arcydzieł w rodzaju "In the Court of the Crimson King", "Close to the Edge", "Dark Side of the Moon", "Octopuss" czy "Pawn Hearts". Paweł Pałasz ..::TRACK-LIST::.. 1. In The Dead Of Night 5:40 2. By The Light Of Day 4:34 3. Presto Vivace And Reprise 2:58 4. Thirty Years 8:06 5. Alaska 4:42 6. Time To Kill 4:57 7. Nevermore 8:10 8. Mental Medication 7:22 Recorded and mixed at Trident Studios, Soho, London, December 1977 and January 1978. Bonus Tracks: 9. Alaska (Live) 3:44 10. Time To Kill (Live) 5:00 11. Thirty Years (Live) 10:02 12. Presto Vivace (Live) 1:18 13. In The Dead Of Night (Live) 6:35 14. Forever Until Sunday (Live) 5:42 Tracks 9 to 13 recorded live at Paradise Theatre, Boston, MA on 11th September 1978. Track 14 recorded live at Agora Ballroom, Cleveland, OH on 18th September 1978. ..::OBSADA::.. Voice, Bass - John Wetton Guitar - Allan Holdsworth Drums [Kit Drums], Percussion - Bill Bruford Electric Violin, Keyboards, Electronics - Eddie Jobson https://www.youtube.com/watch?v=czj3_5VI7YE SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-05-12 16:58:13
Rozmiar: 181.12 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Zremasterowana i doskonale brzmiąca edycja wydanego w 1978 roku wyśmienitego, debiutanckiego albumu progresywnej supergrupy złożonej z byłych członków King Crimson (John Wetton, Bill Bruford), Roxy Music (Eddie Jobson), Zappy (Terry Bozzio) i Tempest (Allan Holdsworth). Brudford i Holdsworth grali tylko na debiutanckim albumie. Była to ostatnia formacja lat 70-tych z powodzeniem nawiązująca do najlepszych dokonań gatunku. Dodatkowo ponad 30 minut doskonałego, koncertowego grania w doskonałej jakości, w tym nie wydany na żadnej płycie 'Forever Until Sunday'. Doskonały, czysty, naturalny dźwięk - bijący na głowę wcześniejsze wersje! Po rozwiązaniu King Crimson w połowie lat 70., John Wetton i Bill Bruford przez dłuższy czas nie potrafili znaleźć dla siebie satysfakcjonującego zajęcia. Wetton przewinął się przez składy Roxy Music i Uriah Heep, Bruford wspomagał właśnie założony National Health i zasilił koncertowy skład Genesis - żadnej z tych posad nie utrzymali jednak przez dłużej niż parę miesięcy. Pod koniec 1976 roku obaj muzycy postanowili odnowić współpracę ze sobą. W planach było stworzenie tria z Rickiem Wakemanem, jednak klawiszowiec ostatecznie zdecydował się na powrót do Yes. Bruford tymczasem nagrał swój pierwszy solowy album ("Feels Good to Me"), by następnie podjąć kolejną próbę stworzenia zespołu z Wettonem. Basista zasugerował zaproszenie do składu grającego na skrzypcach i instrumentach klawiszowych Eddiego Jobsona, z którym występował już w Roxy Music (mającego na koncie także współpracę z Curved Air i Frankiem Zappą), natomiast perkusista zasugerował gitarzystę ze swojego solowego zespołu, Allana Holdswortha (znanego też z Nucleus, Soft Machine, The New Tony Williams' Lifetime i Gong). Supergrupa - bo nie sposób inaczej określić składu z takimi osiągnięciami - przybrała nazwę U.K. Często można spotkać się z opiniami, że to ostatni z wielkich zespołów progresywnych. Sporo w tym jednak przesady. U.K. zadebiutował w czasie, gdy wszystko w muzyce tego typu zostało już dawno wymyślone. Muzycy zresztą nie mieli ambicji, by poszerzać granice rocka. a jedynie grać muzykę będącą sumą ich dotychczasowych doświadczeń. Niektórzy traktują też U.K. jako bezpośrednią kontynuację King Crimson z okresu 1973-74. Jest w tym nawet pewna logika. Barwa głosu i sposób śpiewania Wettona jakoś drastycznie się od tamtego czasu nie zmieniły. Podobieństwo słychać też w grze jego i Bruforda, wykorzystującej zbliżone lub wręcz identyczne rozwiązania rytmiczne, choć tylko czasem brzmiącej równie masywnie. Ale już taki Holdsworth jest zupełnie innym gitarzystą, niż Robert Fripp - bardziej konwencjonalnym i zdecydowanie mocniej ukierunkowanym na jazz (w tej mocno skomercjalizowanej formie późnego fusion). Ponadto, w zespole jest postacią zdecydowanie drugoplanową, dopełniającą brzmienie, gdy tylko pozwolą na to pozostali członkowie. Jobson jest natomiast lepszym skrzypkiem i klawiszowcem od Davida Crossa. I o ile Cross grał głównie na skrzypcach lub altówce, czasem tylko siadając za melotronem lub elektrycznym pianinem, tak podstawowym instrumentem Jobsona są syntezatory. Twórczość U.K. należy raczej traktować jako pomost pomiędzy klasycznym progiem, a muzyką graną przez wielu przedstawicieli tego nurtu w latach 80. (mam tu na myśli przede wszystkim popową twórczość Genesis i Yes, czy grupę Asia, a w mniejszym stopniu neo-progowych epigonów). Słyszalny jest tu zwrot ku bardziej piosenkowej formie utworów, większy nacisk na przebojowe melodie. Nie można też zapomnieć o brzmieniu, które nierzadko zdominowane jest przez modne wtedy - a dziś tandetne - syntezatory. To już ten typowo ejtisowy plastik. Jednak muzycy starali się utrzymać pewien poziom artystyczny. Na debiutanckim albumie właściwie tylko "Time to Kill" bezwstydnie podąża w stronę radiowej chałtury, niejako zapowiadając późniejsze dokonania Wettona z Asią (broni się jednak instrumentalny fragment z solówką Jobsona na skrzypcach). Bo już w takich "In the Dead of Night", "By the Light of Day" i "Presto Vivace and Reprise" (tworzących coś na kształt rockowej suity) duża przebojowość idzie w parze z niebanalnym wykonaniem. Kwartet nie unika też bardziej złożonego grania. Z mniej przekonującym skutkiem w "Thirty Years", z nieco zbyt rzewną i monotonną częścią balladową oraz zbyt toporną grą Holdswortha w rozwinięciu. A ze znacznie ciekawszym efektem w pokotłowanej rytmicznie "Alasce" (brzmiącej trochę jak skrzyżowanie ELP z Mahavishnu Orchestra), oraz najbardziej jazzujących "Nevermore" i "Mental Medication", w których nieco bardziej wykazać mógł się gitarzysta. Eponimiczny debiut U.K. to naprawdę przyjemne wydawnictwo na pograniczu klasycznego proga i komercyjnego jazz rocka (z naciskiem na to pierwsze), niepozbawione pewnych wad (plastikowe brzmienie klawiszy, nie zawsze ciekawe kompozycje), nie przynoszące w sumie niczego nowatorskiego, ale dość unikalne i posiadające bardzo dobre wykonanie (szczególnie sekcji rytmicznej Wetton / Bruford i Jobsona na skrzypcach, choć Holdsworth też miewa przebłyski). Album wypada na pewno lepiej od większości ówczesnych dokonań czołowych przedstawicieli głównego nurtu rocka progresywnego, choć oczywiście daleko mu do arcydzieł w rodzaju "In the Court of the Crimson King", "Close to the Edge", "Dark Side of the Moon", "Octopuss" czy "Pawn Hearts". Paweł Pałasz ..::TRACK-LIST::.. 1. In The Dead Of Night 5:40 2. By The Light Of Day 4:34 3. Presto Vivace And Reprise 2:58 4. Thirty Years 8:06 5. Alaska 4:42 6. Time To Kill 4:57 7. Nevermore 8:10 8. Mental Medication 7:22 Recorded and mixed at Trident Studios, Soho, London, December 1977 and January 1978. Bonus Tracks: 9. Alaska (Live) 3:44 10. Time To Kill (Live) 5:00 11. Thirty Years (Live) 10:02 12. Presto Vivace (Live) 1:18 13. In The Dead Of Night (Live) 6:35 14. Forever Until Sunday (Live) 5:42 Tracks 9 to 13 recorded live at Paradise Theatre, Boston, MA on 11th September 1978. Track 14 recorded live at Agora Ballroom, Cleveland, OH on 18th September 1978. ..::OBSADA::.. Voice, Bass - John Wetton Guitar - Allan Holdsworth Drums [Kit Drums], Percussion - Bill Bruford Electric Violin, Keyboards, Electronics - Eddie Jobson https://www.youtube.com/watch?v=czj3_5VI7YE SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-05-12 16:54:31
Rozmiar: 540.98 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. This double CD captures the original line-up of Andrew Latimer (guitars, flute, vocals), Peter Bardens (organ, piano, Minimoog, Mellotron, vocals), Doug Ferguson (bass) and Andy Ward (drums & percussion) at The Marquee on October 30th, 1974. They were touring in support of their second album, 'Mirage', and the set was recorded on 16-track by Decca to promote their forthcoming American tour as well as getting more publicity for the album in Europe. Stephen W Tayler has mixed this from the original tapes, and for any fan of the band, this is absolutely essential. The guys are incredibly tight, having been working through the rigour which was the early Seventies rock scene of recording quickly and then spending most of the time on the road, and they had been hard at it since the album release in March 1974. Not only that, but they were already looking forward to their third album, the classic 'Music Inspired by the Snow Goose' and we get some of that material here in its earliest forms. This release contains three songs from the debut album, the whole of 'Mirage', plus two tracks written by Peter Bardens but not recorded by Camel in the studio, including a heavily extended version of "Homage to the God of Light" which appeared on his debut solo album, 'The Answer' and here is nearly 19 minutes long. This is a gem of a release and certainly does not sound as if Tayler was working from tapes which were more than 50 years old. I know this has previously been available as part of the 'The Live Recordings 1974-1977' digital only release, and the 'Air Born' 32-disc set, but don't know if this is a new mix or the same, and given I have neither of those I cannot compare, but what I do know is that this is just mastery from beginning to end. The combination of these four musicians was the true Camel, and everything they touched turned to gold, with a rhythm section who could be dramatic or stable, a keyboard player who sadly has never really received the acclaim he deserved, and a guitarist (and flautist it should not be forgotten) who still sounds like no-one else around. This release is an absolute delight, and if you do not have the digital set nor cannot afford the massive, boxed set then this is simply essential. One of the finest prog bands ever to set foot on the stage, at the height of their powers and imagination. kev rowland ..::TRACK-LIST::.. CD 1: 1. Introduction 2. Earthrise 3. Nimrodel / The Procession / The White Rider 4. Six Ate 5. Supertwister 6. Mystic Queen 7. Arubaluba 8. Ligging at Louis’ CD 2: 1. Rhayader Goes to Town 2. Sanctuary 3. The Snow Goose 4. Freefall 5. Lady Fantasy 6. Homage to the God of Light ..::OBSADA::.. Andrew Latimer - guitars, flute, vocals Peter Bardens - organ, piano, Minimoog, Mellotron, vocals Doug Ferguson - bass Andy Ward - drums & percussion SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-05-11 16:36:09
Rozmiar: 229.17 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. This double CD captures the original line-up of Andrew Latimer (guitars, flute, vocals), Peter Bardens (organ, piano, Minimoog, Mellotron, vocals), Doug Ferguson (bass) and Andy Ward (drums & percussion) at The Marquee on October 30th, 1974. They were touring in support of their second album, 'Mirage', and the set was recorded on 16-track by Decca to promote their forthcoming American tour as well as getting more publicity for the album in Europe. Stephen W Tayler has mixed this from the original tapes, and for any fan of the band, this is absolutely essential. The guys are incredibly tight, having been working through the rigour which was the early Seventies rock scene of recording quickly and then spending most of the time on the road, and they had been hard at it since the album release in March 1974. Not only that, but they were already looking forward to their third album, the classic 'Music Inspired by the Snow Goose' and we get some of that material here in its earliest forms. This release contains three songs from the debut album, the whole of 'Mirage', plus two tracks written by Peter Bardens but not recorded by Camel in the studio, including a heavily extended version of "Homage to the God of Light" which appeared on his debut solo album, 'The Answer' and here is nearly 19 minutes long. This is a gem of a release and certainly does not sound as if Tayler was working from tapes which were more than 50 years old. I know this has previously been available as part of the 'The Live Recordings 1974-1977' digital only release, and the 'Air Born' 32-disc set, but don't know if this is a new mix or the same, and given I have neither of those I cannot compare, but what I do know is that this is just mastery from beginning to end. The combination of these four musicians was the true Camel, and everything they touched turned to gold, with a rhythm section who could be dramatic or stable, a keyboard player who sadly has never really received the acclaim he deserved, and a guitarist (and flautist it should not be forgotten) who still sounds like no-one else around. This release is an absolute delight, and if you do not have the digital set nor cannot afford the massive, boxed set then this is simply essential. One of the finest prog bands ever to set foot on the stage, at the height of their powers and imagination. kev rowland ..::TRACK-LIST::.. CD 1: 1. Introduction 2. Earthrise 3. Nimrodel / The Procession / The White Rider 4. Six Ate 5. Supertwister 6. Mystic Queen 7. Arubaluba 8. Ligging at Louis’ CD 2: 1. Rhayader Goes to Town 2. Sanctuary 3. The Snow Goose 4. Freefall 5. Lady Fantasy 6. Homage to the God of Light ..::OBSADA::.. Andrew Latimer - guitars, flute, vocals Peter Bardens - organ, piano, Minimoog, Mellotron, vocals Doug Ferguson - bass Andy Ward - drums & percussion SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-05-11 16:32:12
Rozmiar: 676.88 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Uwielbiam zamykający krążek, 17-to minutowy DENSE, z ruchomymi sygnaturami metrycznymi i złowieszczym, niskim brzmieniem, które tworzy angażujący finał. FA In 2009, the Triton venue (near Paris, France) was sold out to celebrate the 35th anniversary of Univers Zero, an iconic band of the Rock In Opposition movement. These two exceptional concerts highlighted a radical and unique style of music, at the crossroads of new music and chamber rock, skilfully blending acoustic and electric instruments, as heard on the cult album 'Ceux du Dehors'. Around Daniel Denis (drums, composition), Michel Berckmans (oboe, bassoon), and Andy Kirk (keyboards and guitar), three historical figures of the group, complemented by four other talented musicians, offered an intense multimedia show, intertwining a condensed version of key pieces from the repertoire with more recent compositions. These concerts were part of a key phase in which the band offered one of its most accomplished line-ups, taking the opportunity to establish its sound and image. The line-up had undergone a few changes since its reformation in 2004, with Pierre Chevalier (from the band Présent) and a new bassist joining the ensemble. This highlight has now resulted in the release of a live CD, a precious testimony to the band's artistic resurgence and stage energy. Univers Zero represents one of the longest-living bands in Belgium. It was established in 1974. Drummer Daniel Denis had the brilliant idea to gather together a team of professionals sharing the same taste for music. The band has adopted an instrumental progressive style. Over the last couple of decades, the band has also implemented a series of influences from chamber music - most commonly, chamber music from the 20th century. Even if the line-up changes a lot over the years, the overall sound of UZ remained fairly consistent. ..::TRACK-LIST::.. 1. Présage 11:22 2. Xenantaya 14:26 3. Civic Circus 07:12 4. Toujours Plus à l'Est 07:59 5. Warrior 12:20 6. Dense 17:27 ..::OBSADA::.. Bass - Dimitri Evers Bassoon, Oboe, English Horn, Melodica, Handclaps [Clap Hands] - Michel Berkmans Clarinet, Bass Clarinet, Handclaps [Clap Hands] - Kurt Budé Drums, Percussion - Daniel Denis Electric Guitar, Percussion - Andy Kirk (tracks: 2, 5) Keyboards - Pierre Chevalier Keyboards [2nd Keyboards] - Andy Kirk (tracks: 1, 4, 6) Violin - Martin Lauwers https://www.youtube.com/watch?v=yreHxoMKYmg SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-03-24 17:09:03
Rozmiar: 163.75 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Uwielbiam zamykający krążek, 17-to minutowy DENSE, z ruchomymi sygnaturami metrycznymi i złowieszczym, niskim brzmieniem, które tworzy angażujący finał. FA In 2009, the Triton venue (near Paris, France) was sold out to celebrate the 35th anniversary of Univers Zero, an iconic band of the Rock In Opposition movement. These two exceptional concerts highlighted a radical and unique style of music, at the crossroads of new music and chamber rock, skilfully blending acoustic and electric instruments, as heard on the cult album 'Ceux du Dehors'. Around Daniel Denis (drums, composition), Michel Berckmans (oboe, bassoon), and Andy Kirk (keyboards and guitar), three historical figures of the group, complemented by four other talented musicians, offered an intense multimedia show, intertwining a condensed version of key pieces from the repertoire with more recent compositions. These concerts were part of a key phase in which the band offered one of its most accomplished line-ups, taking the opportunity to establish its sound and image. The line-up had undergone a few changes since its reformation in 2004, with Pierre Chevalier (from the band Présent) and a new bassist joining the ensemble. This highlight has now resulted in the release of a live CD, a precious testimony to the band's artistic resurgence and stage energy. Univers Zero represents one of the longest-living bands in Belgium. It was established in 1974. Drummer Daniel Denis had the brilliant idea to gather together a team of professionals sharing the same taste for music. The band has adopted an instrumental progressive style. Over the last couple of decades, the band has also implemented a series of influences from chamber music - most commonly, chamber music from the 20th century. Even if the line-up changes a lot over the years, the overall sound of UZ remained fairly consistent. ..::TRACK-LIST::.. 1. Présage 11:22 2. Xenantaya 14:26 3. Civic Circus 07:12 4. Toujours Plus à l'Est 07:59 5. Warrior 12:20 6. Dense 17:27 ..::OBSADA::.. Bass - Dimitri Evers Bassoon, Oboe, English Horn, Melodica, Handclaps [Clap Hands] - Michel Berkmans Clarinet, Bass Clarinet, Handclaps [Clap Hands] - Kurt Budé Drums, Percussion - Daniel Denis Electric Guitar, Percussion - Andy Kirk (tracks: 2, 5) Keyboards - Pierre Chevalier Keyboards [2nd Keyboards] - Andy Kirk (tracks: 1, 4, 6) Violin - Martin Lauwers https://www.youtube.com/watch?v=yreHxoMKYmg SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-03-24 17:02:04
Rozmiar: 396.46 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Debiutancki album klasycznej progresywnej formacji, grającej tutaj ciężkiego prog-rocka w stylu wczesnych lat 70-tych. Pierwszą część wypełnia 20-minutowa suita. Moim zdaniem jest to najlepszy album tej grupy! Włoska edycja z 2003 roku. Been away for a bit, but have a backlog of Italian vinyl accumulated in lockdown to get through. First up is Nuova Idea, their debut lp from 1971, In the Beginning. I must admit--acquiring a very hard to find original Ariston 1971 copy unexpectedly was like a bolt of lightning. I'd always heard of the side long song, Come Come Come being something that resonated with the kids and pushed some change in the Italian live scene (most important being them introducing the phenomenon of the side long song), but many reviews pushed the whole lp into the 'post psych-proto prog' bin, and advised going for Clowns for the full effect. I sensed something different in this crackly album, an object that had spent the last 49 years of its life in Italy and suddenly found itself it North America and spun some magic from past eras into an American living room. What has it seen? What parties was it at? Decades of weird hippie vibes are in the well worn grooves here. I digress... (It's odd that the band supposedly didn't even know it was released until they'd seen it in a store (!) Ok, maybe I am turning in to an Italian proto prog guy. Because my thoughts published previously for example on Delirium posit the idea that the original band really got it right-and when drastic changes happened, the spirit of the band somehow dissipated-- however prog the band vectored. Jesahel? Part of Italian culture revolved around this tune for a while in '72 as the 1971 early prog wave (Le Orme-Collage and New Trolls-Concerto Grosso per i New Trolls being the best examples) plowed psych and beat bands into the furrows like last years harvest. The early stuff by these bands got it right, the mission that many of these early Italian bands had been on-to reinvent popular music in a sea change for the pop world was concentrated very intensely in many bands debut work. (for convenience sake, Concerto Grosso and Collage get lumped into 'debut album' group). Many groups grew more complex and intricate as they developed but somehow shed a layer of their specialness as a consequence. This album contains the essential essence of Nuova Idea, and in a way, is perhaps their definitive release. Part of this is due to their guitarist, Marco Zoccheddu. I'd initially discovered this guy in his next project, Osage Tribe, and was seriously impressed with his wild abandon attack on his guitar. Kind of Hendrix (not as overt as the Garybaldi guy), kind of early Clapton, definitely original, Marco created a masterpiece in the Osage album. I suspected that he would be a bit more subdued in his original big label prog band, and it is true, less pure guitar meltdown is on display. But something more interesting is going on here, a full band approach. (note I followed him further into his next band Duello Madre, a jazz rock affair, and they don't create, well...a masterpiece. Highly disappointing denouement for one of my favorite Italian guitarists.) Come, Come, Come is an amazing song. Some friends said 'it has the spirit of Delirium's Jesahel, kind of spontaneous melodies and planned harmonics that create some magic' It is definitely catchy, memorable magic. Several sections cleave and heal rifts in reality/song arrangement to fuse wide ranging Deep Purple circa their best prog 1970-71 arrangements with some Uriah Heep's better moments with an Italian twist. (Some might notice that the drum and vocal improv near the end of the side long song are similar in arrangement to the epic drum solo on the 1976 Yes live album Yesshows during the song Ritual. Likely that Moraz in Switzerland had his finger on the pulse of some obscure Italian rock than his Brit bandmates glomming this, and 'put it in the library' til it was needed). In final retrospect, it is clear this is one of the more important early Italian prog songs-this is somewhat akin to their Space Truckin (even though it predates that opus), in a more commercial clothing. ELP also dips into the mix near the end-remember, this is 1971: ELP had Tarkus out, Crimson had their first two statements, Yes had the Yes Album, Aqualung was just out....Nuova Idea were on top of their international game early. One reason might be their two side projects, Underground Set and Psycheground Group-three albums from 1970 and 1971 that were instrumental albums with no information on members that were released in the UK and most of Europe in the post psych wave. Both lps are extremely rare in original release, and many do not know that both of these bands are Nuova Idea acting under contractual obligation. (many Italian bands would dep into other fake 'created by the label' ghost group bands designed to generate album sales as a different band.) This is a phenomenon not unknown in the UK, but really was pushed to the hilt in Italia. This also probably explains why they were surprised when their album under their own name came out. (an Ariston promo lp with Nuova Idea, i Top Four and Stormy Six was the first release of Come Come Come, so they had some confusing irons in the fire) Side two is a mix of their original singles with one new song, and although a bit poppier, they are infused with the spirit of early Italian prog: like a slug of aqua vitae, will bring you out of cerebral clouds that sometimes...do...not...rock... into a range of bands that can pull your skullcap off and rewire you. To be fair, this album will only rewire you lightly, but it will be important to the next steps. This album is essential to any early RPI collection, especially if one seeks any 1970-1971 early Italian bands that ended up defining a genre. Some Colosseum and Deep Purple pre 1971 are good reference points. four stars for RPI fans, 2.75 for prog fans. zeuhl1 ..::TRACK-LIST::.. 1. Come, Come, Come... (Vieni, Vieni, Vieni...) 20:00 2. Realtà 4:05 3. La Mia Scelta 3:37 4. Non Dire Niente... (Ho Già Capito) 4:20 5. Dolce Amore 3:59 ..::OBSADA::.. Marco Zoccheddu - guitar, vocals Claudio Ghiglino - guitar, vocals Giorgio Usai - keyboards, vocals Enrico Casagni - bass, flute, vocals Paolo Siani - drums, vocals https://www.youtube.com/watch?v=I0362HLoSdw SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-03-16 16:29:11
Rozmiar: 83.71 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Debiutancki album klasycznej progresywnej formacji, grającej tutaj ciężkiego prog-rocka w stylu wczesnych lat 70-tych. Pierwszą część wypełnia 20-minutowa suita. Moim zdaniem jest to najlepszy album tej grupy! Włoska edycja z 2003 roku. Been away for a bit, but have a backlog of Italian vinyl accumulated in lockdown to get through. First up is Nuova Idea, their debut lp from 1971, In the Beginning. I must admit--acquiring a very hard to find original Ariston 1971 copy unexpectedly was like a bolt of lightning. I'd always heard of the side long song, Come Come Come being something that resonated with the kids and pushed some change in the Italian live scene (most important being them introducing the phenomenon of the side long song), but many reviews pushed the whole lp into the 'post psych-proto prog' bin, and advised going for Clowns for the full effect. I sensed something different in this crackly album, an object that had spent the last 49 years of its life in Italy and suddenly found itself it North America and spun some magic from past eras into an American living room. What has it seen? What parties was it at? Decades of weird hippie vibes are in the well worn grooves here. I digress... (It's odd that the band supposedly didn't even know it was released until they'd seen it in a store (!) Ok, maybe I am turning in to an Italian proto prog guy. Because my thoughts published previously for example on Delirium posit the idea that the original band really got it right-and when drastic changes happened, the spirit of the band somehow dissipated-- however prog the band vectored. Jesahel? Part of Italian culture revolved around this tune for a while in '72 as the 1971 early prog wave (Le Orme-Collage and New Trolls-Concerto Grosso per i New Trolls being the best examples) plowed psych and beat bands into the furrows like last years harvest. The early stuff by these bands got it right, the mission that many of these early Italian bands had been on-to reinvent popular music in a sea change for the pop world was concentrated very intensely in many bands debut work. (for convenience sake, Concerto Grosso and Collage get lumped into 'debut album' group). Many groups grew more complex and intricate as they developed but somehow shed a layer of their specialness as a consequence. This album contains the essential essence of Nuova Idea, and in a way, is perhaps their definitive release. Part of this is due to their guitarist, Marco Zoccheddu. I'd initially discovered this guy in his next project, Osage Tribe, and was seriously impressed with his wild abandon attack on his guitar. Kind of Hendrix (not as overt as the Garybaldi guy), kind of early Clapton, definitely original, Marco created a masterpiece in the Osage album. I suspected that he would be a bit more subdued in his original big label prog band, and it is true, less pure guitar meltdown is on display. But something more interesting is going on here, a full band approach. (note I followed him further into his next band Duello Madre, a jazz rock affair, and they don't create, well...a masterpiece. Highly disappointing denouement for one of my favorite Italian guitarists.) Come, Come, Come is an amazing song. Some friends said 'it has the spirit of Delirium's Jesahel, kind of spontaneous melodies and planned harmonics that create some magic' It is definitely catchy, memorable magic. Several sections cleave and heal rifts in reality/song arrangement to fuse wide ranging Deep Purple circa their best prog 1970-71 arrangements with some Uriah Heep's better moments with an Italian twist. (Some might notice that the drum and vocal improv near the end of the side long song are similar in arrangement to the epic drum solo on the 1976 Yes live album Yesshows during the song Ritual. Likely that Moraz in Switzerland had his finger on the pulse of some obscure Italian rock than his Brit bandmates glomming this, and 'put it in the library' til it was needed). In final retrospect, it is clear this is one of the more important early Italian prog songs-this is somewhat akin to their Space Truckin (even though it predates that opus), in a more commercial clothing. ELP also dips into the mix near the end-remember, this is 1971: ELP had Tarkus out, Crimson had their first two statements, Yes had the Yes Album, Aqualung was just out....Nuova Idea were on top of their international game early. One reason might be their two side projects, Underground Set and Psycheground Group-three albums from 1970 and 1971 that were instrumental albums with no information on members that were released in the UK and most of Europe in the post psych wave. Both lps are extremely rare in original release, and many do not know that both of these bands are Nuova Idea acting under contractual obligation. (many Italian bands would dep into other fake 'created by the label' ghost group bands designed to generate album sales as a different band.) This is a phenomenon not unknown in the UK, but really was pushed to the hilt in Italia. This also probably explains why they were surprised when their album under their own name came out. (an Ariston promo lp with Nuova Idea, i Top Four and Stormy Six was the first release of Come Come Come, so they had some confusing irons in the fire) Side two is a mix of their original singles with one new song, and although a bit poppier, they are infused with the spirit of early Italian prog: like a slug of aqua vitae, will bring you out of cerebral clouds that sometimes...do...not...rock... into a range of bands that can pull your skullcap off and rewire you. To be fair, this album will only rewire you lightly, but it will be important to the next steps. This album is essential to any early RPI collection, especially if one seeks any 1970-1971 early Italian bands that ended up defining a genre. Some Colosseum and Deep Purple pre 1971 are good reference points. four stars for RPI fans, 2.75 for prog fans. zeuhl1 ..::TRACK-LIST::.. 1. Come, Come, Come... (Vieni, Vieni, Vieni...) 20:00 2. Realtà 4:05 3. La Mia Scelta 3:37 4. Non Dire Niente... (Ho Già Capito) 4:20 5. Dolce Amore 3:59 ..::OBSADA::.. Marco Zoccheddu - guitar, vocals Claudio Ghiglino - guitar, vocals Giorgio Usai - keyboards, vocals Enrico Casagni - bass, flute, vocals Paolo Siani - drums, vocals https://www.youtube.com/watch?v=I0362HLoSdw SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-03-16 16:25:57
Rozmiar: 230.73 MB
Peerów: 1
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Doskonały, debiutancki album grupy to jedno z najlepszych dokonań włoskiego progresywnego rocka. Klimaty Jethro Tull i starego Genesis - z licznymi, nagłymi zmianami nastrojów, mnogością instrumentalnych partii i czytelnymi aranżacjami. Zremasterowana włoska reedycja z 2024 roku. The first release from QUELLA VECCHIA LOCANDA and in my opinion one of the all time Italian prog greats. This excellent debut album has a strong PFM-like attitude with loads of violin and classical themes. Songs are delicate and exceptionally well performed with warm precision. Imagine great 70's sounding keyboard work layered with flute, violin and great guitar work and you have got QVL. As you listen to this album four toes will be tapping and you hands will be moving as this music captivates your motor reflexes. QVL draw on some pretty heavy classical interludes to build their music on. Along the way we are treated to many thematic mood swings and tempo changes. This album has many standout tracks which combine the classical underground 70's Italian sound with a solid blend of tranquility and beauty. Vocals are very expressive and are full of harmonic textures. loserboy What can I say, this album is beautiful. It's a must have. The melodies are so beautiful, the flute and violin work is exceptional, its full of energy...as a composer myself this is an album I can really appreciate. I think the last piece on here is especially gorgeous. And the whole album feels like such a beautiful story...I'm not the kind of person who can explain music with words too well, since I see music as its own language, its own world, and within that world this album tells quite a tale. But really, just stop reading this review and listen to the album if you haven't already. ..::TRACK-LIST::.. 1. Prologo 2. Un Villaggio, Un'illusione 3. Realtà 4. Immagini Sfocate 5. Il Cieco 6. Dialogo 7. Verso la Locanda 8. Sogno, Risveglio E... ..::OBSADA::.. Violin [Classical], Electric Violin - Donald Lax Lead Vocals, Flute, Piccolo Flute [Ottavino] - Giorgio Giorgi Piano, Organ, Mellotron, Synthesizer [Moog], Cittern [Electronic], Spinet, Vocals - Massimo Roselli Bass, Audio Generator [Generatori Di Frequenza] - Romualdo Coletta Drums, Percussion - Patrick Traina Electric Guitar, Acoustic Guitar, Vocals, 12-String Acoustic Guitar - Raimondo Maria Cocco https://www.youtube.com/watch?v=qEc1KS9LnRA SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-02-26 19:34:46
Rozmiar: 81.22 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Doskonały, debiutancki album grupy to jedno z najlepszych dokonań włoskiego progresywnego rocka. Klimaty Jethro Tull i starego Genesis - z licznymi, nagłymi zmianami nastrojów, mnogością instrumentalnych partii i czytelnymi aranżacjami. Zremasterowana włoska reedycja z 2024 roku. The first release from QUELLA VECCHIA LOCANDA and in my opinion one of the all time Italian prog greats. This excellent debut album has a strong PFM-like attitude with loads of violin and classical themes. Songs are delicate and exceptionally well performed with warm precision. Imagine great 70's sounding keyboard work layered with flute, violin and great guitar work and you have got QVL. As you listen to this album four toes will be tapping and you hands will be moving as this music captivates your motor reflexes. QVL draw on some pretty heavy classical interludes to build their music on. Along the way we are treated to many thematic mood swings and tempo changes. This album has many standout tracks which combine the classical underground 70's Italian sound with a solid blend of tranquility and beauty. Vocals are very expressive and are full of harmonic textures. loserboy What can I say, this album is beautiful. It's a must have. The melodies are so beautiful, the flute and violin work is exceptional, its full of energy...as a composer myself this is an album I can really appreciate. I think the last piece on here is especially gorgeous. And the whole album feels like such a beautiful story...I'm not the kind of person who can explain music with words too well, since I see music as its own language, its own world, and within that world this album tells quite a tale. But really, just stop reading this review and listen to the album if you haven't already. ..::TRACK-LIST::.. 1. Prologo 2. Un Villaggio, Un'illusione 3. Realtà 4. Immagini Sfocate 5. Il Cieco 6. Dialogo 7. Verso la Locanda 8. Sogno, Risveglio E... ..::OBSADA::.. Violin [Classical], Electric Violin - Donald Lax Lead Vocals, Flute, Piccolo Flute [Ottavino] - Giorgio Giorgi Piano, Organ, Mellotron, Synthesizer [Moog], Cittern [Electronic], Spinet, Vocals - Massimo Roselli Bass, Audio Generator [Generatori Di Frequenza] - Romualdo Coletta Drums, Percussion - Patrick Traina Electric Guitar, Acoustic Guitar, Vocals, 12-String Acoustic Guitar - Raimondo Maria Cocco https://www.youtube.com/watch?v=qEc1KS9LnRA SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-02-26 19:30:34
Rozmiar: 215.39 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Przeglądając czasem różne ankiety i rankingi dotyczące rocka progresywnego z lat 70-tych odnoszę wrażenie, że niemiecki zespół ORANGE PEEL jest dziś nieco zapomnianą formacją. Zazwyczaj nie ma go tam wcale, a jeśli się pojawia się to rzadko. A przecież ich rewelacyjny album był jednym z pierwszych progresywnych tytułów z Niemiec! Być może fakt, że wydali tylko tę jedną płytę, istnieli zaledwie dwa lata, trudno nazwać ich lokomotywą krautrocka. W tej lokomotywie byli bardziej kotłem parowym napędzającym pociąg, czy raczej długi skład towarowy załadowany fantastycznymi niemieckimi grupami progresywnymi. Powstali w 1968 roku w Hanau, miasteczku położonym na terenie Hestii gdzie urodzili się bracia Grimm; stąd też pochodził znany piłkarz a później trener narodowej reprezentacji Niemiec Rudi Voller. Dużo wcześniej Napoleon Bonaparte stoczył tutaj zwycięską dwudniową bitwę z siłami bawarskimi i austriackimi (październik 1813 roku) torując sobie drogę odwrotu w kierunku Frankfurtu nad Menem i na Moguncję… Grupę tworzyli gitarzysta Leslie Link, wokalista Michael Winzowski, basista Heinrich Mohn i najmłodszy z nich, niespełna 17-letni perkusista Curt Cress. W tym składzie nagrali dwie piosenki „I Got No Time” i „Searching For A Place To Hide”, które na singlu wydała wytwórnia Admiral Records. Mała płytka ukazała się także na Wyspach, we Włoszech i Francji. Francuskie wydanie miało zmienioną okładkę. Nie muszę dodawać, że dziś są one łakomym kąskiem dla płytowych kolekcjonerów. Tym bardziej, że nagrania te nie znalazły się później na dużej płycie. Z tej dwójki świetnie prezentuje się „I Got No Time” (strona „A” singla). Absolutny zabójca, którego mogę słuchać bez końca oparty jest na mocnym brzmieniu sekcji rytmicznej, bardzo fajnej gitarze i szorstkim wokalu. Całość w stylu Grand Funk Railroad. Strona „B” już tak nie elektryzuje. Jest odrobinę inna, co nie znaczy że gorsza. Zaczyna się od quasi folkowej ballady z fletem; dopiero w drugiej połowie wszystko nabiera mocy i energii… Jak na początek wyszło całkiem nieźle. Innego zdania był jednak Winzowski, który nie krył swego rozczarowania niską sprzedażą singla i zasilił konkurencyjny Epsilon. Z perspektywy czasu można powiedzieć, że mu się powiodło – z nową formacją nagrał trzy płyty: psychodeliczny „Epsilon” (1971), hard rockowy, doskonały „Move On” (1972) i nieco rozczarowujący, choć trzymający poziom „Epsilon Off” (1974)… Na miejsce Winzowskiego przyszła dwójka nowych artystów: wokalista Peter Bischof, oraz grający na klawiszach Ralph Wiltheis. Ten ostatni potężnym brzmieniem swych organów dość diametralnie zmienił oblicze zespołu, który w tym właśnie składzie nagrał debiutancki i jak się okazało jedyny album zatytułowany po prostu „Orange Peel”. Krążek wydała wytwórnia Bellaphone mająca swą siedzibę we Frankfurcie nad Menem w połowie 1970 roku. Nagrań dokonano w studiach Dietera Dierksa pod Kolonią. Sam Dierks był tu inżynierem dźwięku, a nad całością czuwał jego przyjaciel i zarazem producent Gerhard Rieger, Płyta zawiera tylko cztery nagrania, z czego pierwsze „You Can’t Change Them All” trwające osiemnaście minut zajmuje całą pierwszą stronę oryginalnego winyla. Zabójcza suita ze świetną, hipnotycznie bijącą perkusją, niesamowitą psychodeliczną gitarą prowadzącą i potężnymi hard rockowymi solówkami organowymi przeplatane bongosami (na których gra Bischof) ani przez chwilę nie nudzi. Zaczyna się od gładkiego, pięknego brzmienia symfonicznego, które stopniowo zwiększa swą intensywność. Wiele tu zmian tempa i dźwiękowych eksperymentów. Wokalista pojawia się na początku i na końcu nagrania – większa część to jednak jamowe, doskonałe granie zapowiadające nadejście krautrocka... „Faces That I Used To Know” otwierający drugą stronę longplaya jest najkrótszą kompozycją na płycie. Mimo to w ciągu trzech minut sporo się dzieje. Dużo tu klawiszy, ostrych zagrywek gitarowych i „gęstej” jazz rockowej perkusji. Główny nacisk położono na wokal, który kojarzy mi się z soulowo psychodelicznymi kawałkami grupy Rare Earth… „Tobacco Road”, w oryginale piosenka amerykańskiego piosenkarza country Johna D. Loudermilka nagrana w 1960 roku była (i jest) wielokrotnie coverowana. Wykonywali ją m.in. Jefferson Airplane, Eric Bardon, The Animals, Spooky Tooth, Blues Creation, Status Quo, Love Affair, Shocking Blue, Edgar Winter’s White Trash… Jimi Hendrix wykonał ją na żywo wspólnie z grupą War w słynnym klubie u Ronnie’ego Scotta 16 września 1970 roku – dwa dni przed swą tragiczną śmiercią… W interpretacji ORANGE PEEL „Tobacco…” brzmi jak psychodeliczno bluesowy wymiatacz zawierający sporą dawkę hendrixowskiej gitary, pełną gamę impowizowanej gry na organach Hammonda i niespodziewanego zakończenia w postaci śpiewu Bischofa a capella. Jedna z ciekawszych wersji z jaką się zetknąłem! Album kończy kolejny kiler – dziesięciominutowy „We Still Try To Change” będący swego rodzaju fenomenalnym dialogiem gitarzysty z klawiszowcem, do których dołącza się kapitalnie rozgrywająca swą partię sekcja rytmiczna. Śmiało mogę powiedzieć, że to już drugie arcydzieło tej płyty, które od pierwszych sekund kojarzy się z najlepszymi ówczesnymi produkcjami hard rockowymi, na dodatek z niezwykłym psychodelicznym finałem Lesliego Linka! Tuż po wydaniu albumu grupa uległa rozwiązaniu. Do dziś nie bardzo wiadomo skąd ta nagła decyzja. W każdym bądź razie Ralph Wiltheis porzucił swe organy na dobre. Lesli Link uważany wówczas za jednego z najlepszych niemieckich gitarzystów odłożył na bok swój instrument. Dziś jest właścicielem sklepu gitarowego w Hanau. Heinrich Mohn został ściągnięty do grupy Epsilon przez dawnego kolegę z zespołu Michaela Winzowskiego i wziął udział w nagraniu płyty „Epsilon Off” po czym wycofał się z muzycznej branży. Nieco dłużej utrzymał się w niej Peter Bischof, który z różnymi formacjami popowymi śpiewał do połowy lat 80-tych ubiegłego wieku. Największą karierę zrobił perkusista Curt Cress, który wkrótce po rozpadzie zespołu trafił do grupy Emergency a następnie do Atlantis. Z obiema nagrał po jednej płycie. Najdłużej zakotwiczył w jazz rockowej formacji Passport kierowanej przez saksofonistę Klausa Doldingera. W latach 80-tych brał udział w licznych projektach jazzowych; w połowie lat 90-tych przyjął zaproszenie od Klausa Meinego i bębnił na płycie „Pure Instinct” (1996) grupy Scorpions. W sumie dyskografia perkusisty to ponad 30 albumów nie licząc pojedynczych nagrań z jego gościnnym udziałem na płytach innych wykonawców. Po dzień dzisiejszy Cress jest jednym z najbardziej cenionych i rozchwytywanych muzyków sesyjnych w Niemczech… Z całą pewnością „Orange Peel” to wyjątkowy album porównywalny z największymi progresywnymi dziełami lat 70-tych. I tak jak w cukierni nie może zabraknąć zapachu skórki pomarańczy, tak żadna szanująca się płytowa kolekcja krautrocka nie może obyć się bez tego albumu! Zibi Orange Peel was one of the first Krautrock albums, standing at the edge between late 60s' psychedelia with saturated guitars, raw vocals and long organ solos, and space rock pieces in the style of the first albums by Amon Düül II, ELoy, Faust and Grobschnitt. The music played here was quite innovative for its time and could be described as "heavy organ psychedelic rock". The record contains two long epic tracks and two shorter songs, more blues-rock oriented. The overture track, You Can't Change Them All, starts with a smooth beautiful sounding very symphonic to increase progressively on intensity and psychedelism. The song contains just a few minutes of vocals at the beginning and at the end, but the rest is instrumental. It goes faster and faster with powerful guitar and organ solos alternating accompanied by bongos. Some parts remind me a little of Santana's III. The tune has many changes and is very experimental by moments. Mindblowing ! The longest and best track of the album ! The next tracks, Faces That I Used To Know and Tobacco Road are less spacey but however pretty enjoyable with sometimes a Jimi Hendrix's feel. The disc ends with We Still Try to Change, the other masterpiece of Orange Peel. With its implacable bass introduction and its powerful ogan riff, you are immediately transported to another planet. As for the first long piece, the tune features mainly instrumental passages very spacey and experimental. Such moments announces future Krautrock sounds. Formed during a transitionnal period, the short-lived band Orange Peel released an astonishing unique album, in par with great german progressive acts of their time. Highly recommended to krautrock and early space rock fans ! Modrigue ..::TRACK-LIST::.. 1. You Can't Change Them All 18:16 2. Faces That I Used To Know 3:13 3. Tobacco Road 7:17 4. We Still Try To Change 10:05 Bonus Tracks from Single, 1970: 5. I Got No Time 3:49 6. Searching For A Place To Hide 2:55 ..::OBSADA::.. Vocals, Percussion - H. Peter Bischof Guitar, Effects - H. Leslie Link Organ - Ralph Wiltheiß Bass - Heini Mohn Drums, Percussion - Curt Cress https://www.youtube.com/watch?v=awuObwvaESA SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 29
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-25 19:02:40
Rozmiar: 102.76 MB
Peerów: 3
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Przeglądając czasem różne ankiety i rankingi dotyczące rocka progresywnego z lat 70-tych odnoszę wrażenie, że niemiecki zespół ORANGE PEEL jest dziś nieco zapomnianą formacją. Zazwyczaj nie ma go tam wcale, a jeśli się pojawia się to rzadko. A przecież ich rewelacyjny album był jednym z pierwszych progresywnych tytułów z Niemiec! Być może fakt, że wydali tylko tę jedną płytę, istnieli zaledwie dwa lata, trudno nazwać ich lokomotywą krautrocka. W tej lokomotywie byli bardziej kotłem parowym napędzającym pociąg, czy raczej długi skład towarowy załadowany fantastycznymi niemieckimi grupami progresywnymi. Powstali w 1968 roku w Hanau, miasteczku położonym na terenie Hestii gdzie urodzili się bracia Grimm; stąd też pochodził znany piłkarz a później trener narodowej reprezentacji Niemiec Rudi Voller. Dużo wcześniej Napoleon Bonaparte stoczył tutaj zwycięską dwudniową bitwę z siłami bawarskimi i austriackimi (październik 1813 roku) torując sobie drogę odwrotu w kierunku Frankfurtu nad Menem i na Moguncję… Grupę tworzyli gitarzysta Leslie Link, wokalista Michael Winzowski, basista Heinrich Mohn i najmłodszy z nich, niespełna 17-letni perkusista Curt Cress. W tym składzie nagrali dwie piosenki „I Got No Time” i „Searching For A Place To Hide”, które na singlu wydała wytwórnia Admiral Records. Mała płytka ukazała się także na Wyspach, we Włoszech i Francji. Francuskie wydanie miało zmienioną okładkę. Nie muszę dodawać, że dziś są one łakomym kąskiem dla płytowych kolekcjonerów. Tym bardziej, że nagrania te nie znalazły się później na dużej płycie. Z tej dwójki świetnie prezentuje się „I Got No Time” (strona „A” singla). Absolutny zabójca, którego mogę słuchać bez końca oparty jest na mocnym brzmieniu sekcji rytmicznej, bardzo fajnej gitarze i szorstkim wokalu. Całość w stylu Grand Funk Railroad. Strona „B” już tak nie elektryzuje. Jest odrobinę inna, co nie znaczy że gorsza. Zaczyna się od quasi folkowej ballady z fletem; dopiero w drugiej połowie wszystko nabiera mocy i energii… Jak na początek wyszło całkiem nieźle. Innego zdania był jednak Winzowski, który nie krył swego rozczarowania niską sprzedażą singla i zasilił konkurencyjny Epsilon. Z perspektywy czasu można powiedzieć, że mu się powiodło – z nową formacją nagrał trzy płyty: psychodeliczny „Epsilon” (1971), hard rockowy, doskonały „Move On” (1972) i nieco rozczarowujący, choć trzymający poziom „Epsilon Off” (1974)… Na miejsce Winzowskiego przyszła dwójka nowych artystów: wokalista Peter Bischof, oraz grający na klawiszach Ralph Wiltheis. Ten ostatni potężnym brzmieniem swych organów dość diametralnie zmienił oblicze zespołu, który w tym właśnie składzie nagrał debiutancki i jak się okazało jedyny album zatytułowany po prostu „Orange Peel”. Krążek wydała wytwórnia Bellaphone mająca swą siedzibę we Frankfurcie nad Menem w połowie 1970 roku. Nagrań dokonano w studiach Dietera Dierksa pod Kolonią. Sam Dierks był tu inżynierem dźwięku, a nad całością czuwał jego przyjaciel i zarazem producent Gerhard Rieger, Płyta zawiera tylko cztery nagrania, z czego pierwsze „You Can’t Change Them All” trwające osiemnaście minut zajmuje całą pierwszą stronę oryginalnego winyla. Zabójcza suita ze świetną, hipnotycznie bijącą perkusją, niesamowitą psychodeliczną gitarą prowadzącą i potężnymi hard rockowymi solówkami organowymi przeplatane bongosami (na których gra Bischof) ani przez chwilę nie nudzi. Zaczyna się od gładkiego, pięknego brzmienia symfonicznego, które stopniowo zwiększa swą intensywność. Wiele tu zmian tempa i dźwiękowych eksperymentów. Wokalista pojawia się na początku i na końcu nagrania – większa część to jednak jamowe, doskonałe granie zapowiadające nadejście krautrocka... „Faces That I Used To Know” otwierający drugą stronę longplaya jest najkrótszą kompozycją na płycie. Mimo to w ciągu trzech minut sporo się dzieje. Dużo tu klawiszy, ostrych zagrywek gitarowych i „gęstej” jazz rockowej perkusji. Główny nacisk położono na wokal, który kojarzy mi się z soulowo psychodelicznymi kawałkami grupy Rare Earth… „Tobacco Road”, w oryginale piosenka amerykańskiego piosenkarza country Johna D. Loudermilka nagrana w 1960 roku była (i jest) wielokrotnie coverowana. Wykonywali ją m.in. Jefferson Airplane, Eric Bardon, The Animals, Spooky Tooth, Blues Creation, Status Quo, Love Affair, Shocking Blue, Edgar Winter’s White Trash… Jimi Hendrix wykonał ją na żywo wspólnie z grupą War w słynnym klubie u Ronnie’ego Scotta 16 września 1970 roku – dwa dni przed swą tragiczną śmiercią… W interpretacji ORANGE PEEL „Tobacco…” brzmi jak psychodeliczno bluesowy wymiatacz zawierający sporą dawkę hendrixowskiej gitary, pełną gamę impowizowanej gry na organach Hammonda i niespodziewanego zakończenia w postaci śpiewu Bischofa a capella. Jedna z ciekawszych wersji z jaką się zetknąłem! Album kończy kolejny kiler – dziesięciominutowy „We Still Try To Change” będący swego rodzaju fenomenalnym dialogiem gitarzysty z klawiszowcem, do których dołącza się kapitalnie rozgrywająca swą partię sekcja rytmiczna. Śmiało mogę powiedzieć, że to już drugie arcydzieło tej płyty, które od pierwszych sekund kojarzy się z najlepszymi ówczesnymi produkcjami hard rockowymi, na dodatek z niezwykłym psychodelicznym finałem Lesliego Linka! Tuż po wydaniu albumu grupa uległa rozwiązaniu. Do dziś nie bardzo wiadomo skąd ta nagła decyzja. W każdym bądź razie Ralph Wiltheis porzucił swe organy na dobre. Lesli Link uważany wówczas za jednego z najlepszych niemieckich gitarzystów odłożył na bok swój instrument. Dziś jest właścicielem sklepu gitarowego w Hanau. Heinrich Mohn został ściągnięty do grupy Epsilon przez dawnego kolegę z zespołu Michaela Winzowskiego i wziął udział w nagraniu płyty „Epsilon Off” po czym wycofał się z muzycznej branży. Nieco dłużej utrzymał się w niej Peter Bischof, który z różnymi formacjami popowymi śpiewał do połowy lat 80-tych ubiegłego wieku. Największą karierę zrobił perkusista Curt Cress, który wkrótce po rozpadzie zespołu trafił do grupy Emergency a następnie do Atlantis. Z obiema nagrał po jednej płycie. Najdłużej zakotwiczył w jazz rockowej formacji Passport kierowanej przez saksofonistę Klausa Doldingera. W latach 80-tych brał udział w licznych projektach jazzowych; w połowie lat 90-tych przyjął zaproszenie od Klausa Meinego i bębnił na płycie „Pure Instinct” (1996) grupy Scorpions. W sumie dyskografia perkusisty to ponad 30 albumów nie licząc pojedynczych nagrań z jego gościnnym udziałem na płytach innych wykonawców. Po dzień dzisiejszy Cress jest jednym z najbardziej cenionych i rozchwytywanych muzyków sesyjnych w Niemczech… Z całą pewnością „Orange Peel” to wyjątkowy album porównywalny z największymi progresywnymi dziełami lat 70-tych. I tak jak w cukierni nie może zabraknąć zapachu skórki pomarańczy, tak żadna szanująca się płytowa kolekcja krautrocka nie może obyć się bez tego albumu! Zibi Orange Peel was one of the first Krautrock albums, standing at the edge between late 60s' psychedelia with saturated guitars, raw vocals and long organ solos, and space rock pieces in the style of the first albums by Amon Düül II, ELoy, Faust and Grobschnitt. The music played here was quite innovative for its time and could be described as "heavy organ psychedelic rock". The record contains two long epic tracks and two shorter songs, more blues-rock oriented. The overture track, You Can't Change Them All, starts with a smooth beautiful sounding very symphonic to increase progressively on intensity and psychedelism. The song contains just a few minutes of vocals at the beginning and at the end, but the rest is instrumental. It goes faster and faster with powerful guitar and organ solos alternating accompanied by bongos. Some parts remind me a little of Santana's III. The tune has many changes and is very experimental by moments. Mindblowing ! The longest and best track of the album ! The next tracks, Faces That I Used To Know and Tobacco Road are less spacey but however pretty enjoyable with sometimes a Jimi Hendrix's feel. The disc ends with We Still Try to Change, the other masterpiece of Orange Peel. With its implacable bass introduction and its powerful ogan riff, you are immediately transported to another planet. As for the first long piece, the tune features mainly instrumental passages very spacey and experimental. Such moments announces future Krautrock sounds. Formed during a transitionnal period, the short-lived band Orange Peel released an astonishing unique album, in par with great german progressive acts of their time. Highly recommended to krautrock and early space rock fans ! Modrigue ..::TRACK-LIST::.. 1. You Can't Change Them All 18:16 2. Faces That I Used To Know 3:13 3. Tobacco Road 7:17 4. We Still Try To Change 10:05 Bonus Tracks from Single, 1970: 5. I Got No Time 3:49 6. Searching For A Place To Hide 2:55 ..::OBSADA::.. Vocals, Percussion - H. Peter Bischof Guitar, Effects - H. Leslie Link Organ - Ralph Wiltheiß Bass - Heini Mohn Drums, Percussion - Curt Cress https://www.youtube.com/watch?v=awuObwvaESA SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-25 18:55:38
Rozmiar: 323.65 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. W swojej książce „Scented Gardens Of The Mind. Przewodnik po złotej erze rocka progresywnego (1968 – 1980) w ponad 20 krajach Europy” Dag Erik Asbjørnsen pisze ni mniej ni więcej: „Jeśli jedno arcydzieło powinno być wyróżnione jako klejnot włoskiego rocka, mój głos oddałbym na jedyny w swoim rodzaju album zespołu De De Lind…” Cóż, być może nie wszyscy z tą opinią się zgodzą i każdy ma do tego prawo, ale jedno jest pewne – ten wyrafinowany album koncepcyjny o dość prostym temacie głównym to ciało i krew włoskiego progresywnego rocka wczesnych lat 70-tych! Od lat zachodzę w głowę dlaczego, to wcale nie tak małe arcydzieło, wciąż jest mało znane? No bo chyba nie przez tytuł: ” Io non so da dove vengo e non so dove mai andrò, uomo è il nome che mi han dato” („Nie wiem skąd pochodzę, ani nie wiem dokąd zmierzam, człowiek to imię, które mi dali”), powszechnie uważany za najdłuższy jaki wymyślono w muzyce rockowej. Dziwna nazwa zespołu została zainspirowana amerykańską modelką Diane Lind, zwaną De De Lind, którą wylansował magazyn „Playboy”. Jedyne, co łączy piękną Diane z włoskim zespołem to ponadczasowe piękno i zwodnicza niewinność... Panna Lind w wieku 19 lat w 1967 roku została „Dziewczyną Miesiąca Sierpnia” otrzymując więcej listów od fanów niż jakakolwiek inna modelka w historii „Playboya”. Mało tego. Jej podobizna była nawet w… kosmosie. Plakat Lindy z listopadowej rozkładówki magazynu z 1969 roku znalazł się na pokładzie statku kosmicznego Apollo 12 przemycony przez naziemną ekipę w teczce z napisem „Mapa Ciała Niebieskiego” (sic!). W 2011 roku astronauta Richard Gordon, dowódca modułu Yankee Clipper, który lądował na Księżycu wystawił go na licytację, gdzie został sprzedany za ponad 21 tysięcy dolarów! Ot, taka ciekawostka, którą można zabłysnąć przy okazji towarzyskiego spotkania. Wracajmy jednak to tematu. Zespół De De Lind powstał w 1969 roku w Varese, mieście oddalonym od Mediolanu około 50 kilometrów jako grupa beatowa. Na okładce pierwszego singla „Anche se sei qui” z tego samego roku widać, że tworzyło go sześciu muzyków. Rok później byli kwintetem w składzie: Vito Paradiso (wokal, gitara akustyczna), Gilberto Trama (flet, saksofon, instrumenty klawiszowe), Matteo Vitolli (gitara, perkusja, fortepian, flet), Eddy Lorigiola (bas) i Ricky Rbajolie (perkusja). Słuchając kolejnych dwóch singli: „Mille Anni” (1970) i „Signore, dove va?” (1971) zauważymy, że nie przyniosły one stylistycznych zmian. W 1971 roku brali udział w różnych festiwalach, byli też suportem Uriah Heep w czasie ich tournee po Italii. Muzyczny przełom nastąpił rok później, kiedy zwrócili się w stronę muzyki progresywnej z dodatkiem folku i hard rocka. Zmianę tę słychać na wydanym przez Mercury longplayu „Io non so da dove vengo…” Spór, co do roku jego wydania (wiele internetowych źródeł podaje rok 1973) rozwiewają oryginalne, dziś już nieliczne wydania, na których widnieje data 1972. I tego się trzymajmy. Nie jestem skory do używania górnolotnych stwierdzeń, ale w tym przypadku muszę stanowczo powiedzieć, że „Io non so da dove vengo…” to arcydzieło włoskiego prog rocka wczesnych lat 70-tych choć niektórym może zająć trochę czasu, aby się o tym przekonać i w pełni go docenić. Biglietto per L’Inferno osiągnęli podobny wyczyn dwa lata później swoim debiutem, ale biorąc pod uwagę ciężki prog moim zdaniem nic (no dobra, może poza Museo Rosenbach i płytą „Zarathustra”) nie zbliżyło się w tym czasie do poziomu De De Lind. Ich muzyka jak na ten czas była absolutnie oryginalna co nie znaczy, że byli samotnym żaglem na włoskiej scenie. Nie mniej talentem i kreatywnością przewyższyli bardziej popularne PFM (patronowane przez ELP), Le Orme czy New Trolls. Album ma formę requiem (czy też nabożeństwa pogrzebowego) zaprojektowane ściśle według kanonów muzyki klasycznej i wykonywane w Dzień Zaduszny. Chyba nie muszę dodawać, że wykonali go z wielkim zapałem i powagą. W warstwie lirycznej to historia o okropnościach wojny opowiedziana oczami umierającego żołnierza dezertera. Teksty, nawet jeśli wydają się nieco naiwne, idealnie pasują do muzyki potęgując i tak już gęstą atmosferę. „Fuga e morte” (Ucieczka i śmierć) rozpoczyna coś, co w istocie jest długą suitą podzieloną na siedem mocnych części, choć mogą one też funkcjonować osobno. Podczas szalejącej bitwy nasz bohater desperacko szuka ucieczki przed rzezią. Rytm nabiera szaleństwa, a potężne gitarowe riffy podkreślają niepokój uciekiniera. „Biegałem po niekończących się ścieżkach, nie mogłem się zatrzymać / Tu rządzi Jądro Ciemności / A ja prócz zmartwień nie mam tu nikogo…” Samotny i przerażony czuje, że nikomu nie może ufać. Kiedy promienie słoneczne zaczynają filtrować prastary las i wydaje się, że jest nadzieja, mężczyzna bez twarzy strzela do zbiega. Ołowiane kule przeszywają ciało. Próbuje krzyczeć! Za późno… „Mówiono mi: Strzeż się bliźniego, On może być twoim wrogiem…” W tym momencie gitara akustyczna i flet wprowadzają odrobinę spokoju. Krótka chwila wytchnienia i zaczyna się „Indietro nel tempo”(Powrót w czasie). Wracają wspomnienia, a w raz z nimi dźwięki ognistych gitar… Gdy na zewnątrz zimny wiatr wściekle wieje cała rodzina skupia się wokół kominka. Czerwone od ciepła twarze kontrastują z przesuwającymi się po ścianach cieniami, „W burzliwe noce / Wiatr wył / A dziadek nam opowiadał / Opowieści o zbójcach…” Trzyakordowa progresja ustanowiona w tym nagraniu połączy się znacznie później nadając albumowi jednolitą atmosferę. Kolejny przełomowy moment pojawia się na początku „Paura del niente” (Lęk przed nicością) . Wokalista Vito Paradiso pogodnie operuje swoim głosem, a gitara akustyczna, pianino i flet zapewniają mu niezbędne wsparcie. Rytm się uspokaja. Życie wciąż się toczy. Przychodzą kolejne obrazy: pamiątki karnawałowej parady i małego chłopca w masce, starca na ławce, który wydaje się być wyrzeźbiony w kamieniu, biały powóz przejeżdżający koło domu bohatera, długie kominy wydzielające czarny dym, samotny pies szukający swego właściciela… Umrzeć w ten sposób wydaje się tak niesprawiedliwe i absurdalne, a pragnienie spotkania ukochanej jest wciąż silne… „Chciałbym spotkać się z tobą / Tuż przed śmiercią słońca/ Może po raz ostatni/ Ale nie tego dnia.” Muzyka, znów oddychając pełnią życia rozpaczliwie pulsuje, płacząc i grzmiąc odbijając się w przód i tył… Przed przejściem w długie crescendo, krótka przerwa daje nam wystarczająco czasu na zastanowienie się, co tu się wydarzyło. Tymczasem igła gramofonu docierając do środka płyty oznajmia, że skończyła się pierwsza jej strona. Długie, zawieszone jakby we śnie „Smarrimento” (Wierzący) zaczyna się od ostrej, bojowej linii Tull’owego fletu i jest to tak naprawdę jedyna wyprawa na terytorium Iana Andersona. Ta linia szybko staje się cichsza, bardziej refleksyjna. Słychać, że Gilberto Tramie z jego delikatnym vibrato bliżej jest do Petera Gabriela niż do Iana…. Nie trwa to zbyt długo bowiem emanujące akordy gitarowe ostrzegają, że coś się zmienia. Tempo przyspiesza, rośnie napięcie. Elektryczna gitara i flet eksplodują po czym… wszystko cichnie. Wznoszący się i prowokujący do myślenia żałobny, choć przyjemny śpiew Vito rozchodzi się na tle arpeggio akustycznej gitary. Wokalista wciela się w księdza na pogrzebie stojącego między dwoma mężczyznami w czerni. Głos mu drży, a spojrzenie wydaje się zagubione. „Pamiętasz, Don Angelo? / Uczyłeś nas wierzyć w Boga…”. Ten pełen dynamiki i napięcia utwór za każdym razem robi na mnie wielkie wrażenie. „Cimitero di guerra” (Cmentarz wojenny) charakteryzuje się ponurą i eteryczną atmosferą. Uroczyste tempo, gong, perkusja. Bardzo ładne intro. Młoda zakonnica chodzi od drzwi do drzwi obiecując modlitwy w zamian za jałmużnę. Jest czarny habit jest jak cień z zaświatów. I ten tekst… „Cmentarz wojny w słońcu / Białe krzyże przypominają grozę / Gdzie rozpościerały się pola pszenicy / Tyle złamanych istnień leży na próżno / O żołnierzu, nieznany żołnierzu / To zostało pogrzebane na spalonym polu / Dla was, którzy już jesteście w zapomnieniu / Napisali, że jesteście Bogu znani…” Ten hipnotyzujący numer z efektownym wokalem, przytłumionym fletem i akustyczną gitarą nie pozostawia nikogo obojętnym… Nieco radośniej zaczyna być w „Voglia di rivivere” (Chcę znów żyć). Przywiązanie bohatera do życia jest silne, ale… „Mój czas ucieka / Z duchami jakichś szczęśliwych godzin / Mój czas ucieka / Z uśmiechem ludzi, którzy biorą ostatni pociąg…”. Tekst kontrastuje z całkiem przyjemną akustyczną melodią, basowym bębnem, ostrą gitarą prowadzącą i domieszką fajnego saksofonu. Potem następuje krótka repryza instrumentalna z drugiego utworu prowadząca wprost do finału. „E poi” (A potem) to piękny krótki kawałek z konkretnie grającą gitarą elektryczną, a nie brzdąkającym akustykiem i tekstem będący tytułem tego dzieła. Doskonałe zakończenie! Gdyby przeanalizować liryczną stronę tego albumu powiedziałbym, że tu nie chodzi o śmierć, ani o życie pozagrobowe. To jest album o życiu, którego sam tytuł podsumowuje wszystko, co musimy o nim wiedzieć. „Nie wiem skąd pochodzę, ani nie wiem dokąd zmierzam / Człowiek to imię, które mi dali”. Zibi ..::TRACK-LIST::.. 1. Fuga E Morte 7:19 2. Indietro Nel Tempo 4:18 3. Paura Del Niente 7:45 4. Smarrimento 7:59 5. Cimitero Di Guerra 5:19 6. Voglia Di Rivivere 3:35 7. E Poi 2:03 ..::OBSADA::.. Bass - Eddy Lorigiola Drums, Timpani, Percussion - Ricky Rebajoli Electric Guitar, Acoustic Guitar, Percussion, Piano, Flute, Music By - Matteo Vitolli Flute, Tenor Saxophone, Piano, Organ, Flugelhorn, Music By - Gilberto Trama Vocals, Acoustic Guitar, Lyrics By - Vito Paradiso https://www.youtube.com/watch?v=blftYySUXQQ SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-13 16:47:00
Rozmiar: 88.60 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. W swojej książce „Scented Gardens Of The Mind. Przewodnik po złotej erze rocka progresywnego (1968 – 1980) w ponad 20 krajach Europy” Dag Erik Asbjørnsen pisze ni mniej ni więcej: „Jeśli jedno arcydzieło powinno być wyróżnione jako klejnot włoskiego rocka, mój głos oddałbym na jedyny w swoim rodzaju album zespołu De De Lind…” Cóż, być może nie wszyscy z tą opinią się zgodzą i każdy ma do tego prawo, ale jedno jest pewne – ten wyrafinowany album koncepcyjny o dość prostym temacie głównym to ciało i krew włoskiego progresywnego rocka wczesnych lat 70-tych! Od lat zachodzę w głowę dlaczego, to wcale nie tak małe arcydzieło, wciąż jest mało znane? No bo chyba nie przez tytuł: ” Io non so da dove vengo e non so dove mai andrò, uomo è il nome che mi han dato” („Nie wiem skąd pochodzę, ani nie wiem dokąd zmierzam, człowiek to imię, które mi dali”), powszechnie uważany za najdłuższy jaki wymyślono w muzyce rockowej. Dziwna nazwa zespołu została zainspirowana amerykańską modelką Diane Lind, zwaną De De Lind, którą wylansował magazyn „Playboy”. Jedyne, co łączy piękną Diane z włoskim zespołem to ponadczasowe piękno i zwodnicza niewinność... Panna Lind w wieku 19 lat w 1967 roku została „Dziewczyną Miesiąca Sierpnia” otrzymując więcej listów od fanów niż jakakolwiek inna modelka w historii „Playboya”. Mało tego. Jej podobizna była nawet w… kosmosie. Plakat Lindy z listopadowej rozkładówki magazynu z 1969 roku znalazł się na pokładzie statku kosmicznego Apollo 12 przemycony przez naziemną ekipę w teczce z napisem „Mapa Ciała Niebieskiego” (sic!). W 2011 roku astronauta Richard Gordon, dowódca modułu Yankee Clipper, który lądował na Księżycu wystawił go na licytację, gdzie został sprzedany za ponad 21 tysięcy dolarów! Ot, taka ciekawostka, którą można zabłysnąć przy okazji towarzyskiego spotkania. Wracajmy jednak to tematu. Zespół De De Lind powstał w 1969 roku w Varese, mieście oddalonym od Mediolanu około 50 kilometrów jako grupa beatowa. Na okładce pierwszego singla „Anche se sei qui” z tego samego roku widać, że tworzyło go sześciu muzyków. Rok później byli kwintetem w składzie: Vito Paradiso (wokal, gitara akustyczna), Gilberto Trama (flet, saksofon, instrumenty klawiszowe), Matteo Vitolli (gitara, perkusja, fortepian, flet), Eddy Lorigiola (bas) i Ricky Rbajolie (perkusja). Słuchając kolejnych dwóch singli: „Mille Anni” (1970) i „Signore, dove va?” (1971) zauważymy, że nie przyniosły one stylistycznych zmian. W 1971 roku brali udział w różnych festiwalach, byli też suportem Uriah Heep w czasie ich tournee po Italii. Muzyczny przełom nastąpił rok później, kiedy zwrócili się w stronę muzyki progresywnej z dodatkiem folku i hard rocka. Zmianę tę słychać na wydanym przez Mercury longplayu „Io non so da dove vengo…” Spór, co do roku jego wydania (wiele internetowych źródeł podaje rok 1973) rozwiewają oryginalne, dziś już nieliczne wydania, na których widnieje data 1972. I tego się trzymajmy. Nie jestem skory do używania górnolotnych stwierdzeń, ale w tym przypadku muszę stanowczo powiedzieć, że „Io non so da dove vengo…” to arcydzieło włoskiego prog rocka wczesnych lat 70-tych choć niektórym może zająć trochę czasu, aby się o tym przekonać i w pełni go docenić. Biglietto per L’Inferno osiągnęli podobny wyczyn dwa lata później swoim debiutem, ale biorąc pod uwagę ciężki prog moim zdaniem nic (no dobra, może poza Museo Rosenbach i płytą „Zarathustra”) nie zbliżyło się w tym czasie do poziomu De De Lind. Ich muzyka jak na ten czas była absolutnie oryginalna co nie znaczy, że byli samotnym żaglem na włoskiej scenie. Nie mniej talentem i kreatywnością przewyższyli bardziej popularne PFM (patronowane przez ELP), Le Orme czy New Trolls. Album ma formę requiem (czy też nabożeństwa pogrzebowego) zaprojektowane ściśle według kanonów muzyki klasycznej i wykonywane w Dzień Zaduszny. Chyba nie muszę dodawać, że wykonali go z wielkim zapałem i powagą. W warstwie lirycznej to historia o okropnościach wojny opowiedziana oczami umierającego żołnierza dezertera. Teksty, nawet jeśli wydają się nieco naiwne, idealnie pasują do muzyki potęgując i tak już gęstą atmosferę. „Fuga e morte” (Ucieczka i śmierć) rozpoczyna coś, co w istocie jest długą suitą podzieloną na siedem mocnych części, choć mogą one też funkcjonować osobno. Podczas szalejącej bitwy nasz bohater desperacko szuka ucieczki przed rzezią. Rytm nabiera szaleństwa, a potężne gitarowe riffy podkreślają niepokój uciekiniera. „Biegałem po niekończących się ścieżkach, nie mogłem się zatrzymać / Tu rządzi Jądro Ciemności / A ja prócz zmartwień nie mam tu nikogo…” Samotny i przerażony czuje, że nikomu nie może ufać. Kiedy promienie słoneczne zaczynają filtrować prastary las i wydaje się, że jest nadzieja, mężczyzna bez twarzy strzela do zbiega. Ołowiane kule przeszywają ciało. Próbuje krzyczeć! Za późno… „Mówiono mi: Strzeż się bliźniego, On może być twoim wrogiem…” W tym momencie gitara akustyczna i flet wprowadzają odrobinę spokoju. Krótka chwila wytchnienia i zaczyna się „Indietro nel tempo”(Powrót w czasie). Wracają wspomnienia, a w raz z nimi dźwięki ognistych gitar… Gdy na zewnątrz zimny wiatr wściekle wieje cała rodzina skupia się wokół kominka. Czerwone od ciepła twarze kontrastują z przesuwającymi się po ścianach cieniami, „W burzliwe noce / Wiatr wył / A dziadek nam opowiadał / Opowieści o zbójcach…” Trzyakordowa progresja ustanowiona w tym nagraniu połączy się znacznie później nadając albumowi jednolitą atmosferę. Kolejny przełomowy moment pojawia się na początku „Paura del niente” (Lęk przed nicością) . Wokalista Vito Paradiso pogodnie operuje swoim głosem, a gitara akustyczna, pianino i flet zapewniają mu niezbędne wsparcie. Rytm się uspokaja. Życie wciąż się toczy. Przychodzą kolejne obrazy: pamiątki karnawałowej parady i małego chłopca w masce, starca na ławce, który wydaje się być wyrzeźbiony w kamieniu, biały powóz przejeżdżający koło domu bohatera, długie kominy wydzielające czarny dym, samotny pies szukający swego właściciela… Umrzeć w ten sposób wydaje się tak niesprawiedliwe i absurdalne, a pragnienie spotkania ukochanej jest wciąż silne… „Chciałbym spotkać się z tobą / Tuż przed śmiercią słońca/ Może po raz ostatni/ Ale nie tego dnia.” Muzyka, znów oddychając pełnią życia rozpaczliwie pulsuje, płacząc i grzmiąc odbijając się w przód i tył… Przed przejściem w długie crescendo, krótka przerwa daje nam wystarczająco czasu na zastanowienie się, co tu się wydarzyło. Tymczasem igła gramofonu docierając do środka płyty oznajmia, że skończyła się pierwsza jej strona. Długie, zawieszone jakby we śnie „Smarrimento” (Wierzący) zaczyna się od ostrej, bojowej linii Tull’owego fletu i jest to tak naprawdę jedyna wyprawa na terytorium Iana Andersona. Ta linia szybko staje się cichsza, bardziej refleksyjna. Słychać, że Gilberto Tramie z jego delikatnym vibrato bliżej jest do Petera Gabriela niż do Iana…. Nie trwa to zbyt długo bowiem emanujące akordy gitarowe ostrzegają, że coś się zmienia. Tempo przyspiesza, rośnie napięcie. Elektryczna gitara i flet eksplodują po czym… wszystko cichnie. Wznoszący się i prowokujący do myślenia żałobny, choć przyjemny śpiew Vito rozchodzi się na tle arpeggio akustycznej gitary. Wokalista wciela się w księdza na pogrzebie stojącego między dwoma mężczyznami w czerni. Głos mu drży, a spojrzenie wydaje się zagubione. „Pamiętasz, Don Angelo? / Uczyłeś nas wierzyć w Boga…”. Ten pełen dynamiki i napięcia utwór za każdym razem robi na mnie wielkie wrażenie. „Cimitero di guerra” (Cmentarz wojenny) charakteryzuje się ponurą i eteryczną atmosferą. Uroczyste tempo, gong, perkusja. Bardzo ładne intro. Młoda zakonnica chodzi od drzwi do drzwi obiecując modlitwy w zamian za jałmużnę. Jest czarny habit jest jak cień z zaświatów. I ten tekst… „Cmentarz wojny w słońcu / Białe krzyże przypominają grozę / Gdzie rozpościerały się pola pszenicy / Tyle złamanych istnień leży na próżno / O żołnierzu, nieznany żołnierzu / To zostało pogrzebane na spalonym polu / Dla was, którzy już jesteście w zapomnieniu / Napisali, że jesteście Bogu znani…” Ten hipnotyzujący numer z efektownym wokalem, przytłumionym fletem i akustyczną gitarą nie pozostawia nikogo obojętnym… Nieco radośniej zaczyna być w „Voglia di rivivere” (Chcę znów żyć). Przywiązanie bohatera do życia jest silne, ale… „Mój czas ucieka / Z duchami jakichś szczęśliwych godzin / Mój czas ucieka / Z uśmiechem ludzi, którzy biorą ostatni pociąg…”. Tekst kontrastuje z całkiem przyjemną akustyczną melodią, basowym bębnem, ostrą gitarą prowadzącą i domieszką fajnego saksofonu. Potem następuje krótka repryza instrumentalna z drugiego utworu prowadząca wprost do finału. „E poi” (A potem) to piękny krótki kawałek z konkretnie grającą gitarą elektryczną, a nie brzdąkającym akustykiem i tekstem będący tytułem tego dzieła. Doskonałe zakończenie! Gdyby przeanalizować liryczną stronę tego albumu powiedziałbym, że tu nie chodzi o śmierć, ani o życie pozagrobowe. To jest album o życiu, którego sam tytuł podsumowuje wszystko, co musimy o nim wiedzieć. „Nie wiem skąd pochodzę, ani nie wiem dokąd zmierzam / Człowiek to imię, które mi dali”. Zibi ..::TRACK-LIST::.. 1. Fuga E Morte 7:19 2. Indietro Nel Tempo 4:18 3. Paura Del Niente 7:45 4. Smarrimento 7:59 5. Cimitero Di Guerra 5:19 6. Voglia Di Rivivere 3:35 7. E Poi 2:03 ..::OBSADA::.. Bass - Eddy Lorigiola Drums, Timpani, Percussion - Ricky Rebajoli Electric Guitar, Acoustic Guitar, Percussion, Piano, Flute, Music By - Matteo Vitolli Flute, Tenor Saxophone, Piano, Organ, Flugelhorn, Music By - Gilberto Trama Vocals, Acoustic Guitar, Lyrics By - Vito Paradiso https://www.youtube.com/watch?v=blftYySUXQQ SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-13 16:41:39
Rozmiar: 198.60 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Pierwszy raz na CD w oryginalnej okładce - jako samodzielny tytuł! Wydany pod koniec 1970 roku, drugi album (całkowicie studyjny - w przeciwieństwie do koncertowego debiutu) jazz-rockowej, progresywnej formacji prowadzonej przez byłego perkusistę Cream z pomocą m.in. Grahama Bonda! Album uzupełniony został pięcioma utworami powstałymi podczas tej tej samej sesji, ale niewydanymi na Wyspach (ale w Niemczech i w USA). ..::TRACK-LIST::.. 1. Let Me Ride 4:20 2. Sweet Wine 3:35 3. Do U No Hu Yor Phrenz R ? 5:41 4. We Free Kings 4:28 5. I Don't Want To Go On Without You 3:55 6. Toady 8:20 7. 12 Gates Of The City 4:03 Bonus Tracks From The Same Recording Sessions: 8. Sunshine Of Your Love 5:46 9. Caribbean Soup 3:06 10. You Wouldn't Believe It 3:41 11. You Look Like You Could Use A Rest 5:37 12. We Free Kings (Alternate Take) 4:53 Recorded at Trident Studios, London and Olympic Studios, London betwee May and October, 1970. ..::OBSADA::.. Ginger Baker - drums, timpani, tubular bells, African drums, vocals Kenny Craddock - guitars, Hammond organ, piano, vocals Colin Gibson - bass guitar Graham Bond - alto saxophone, Hammond organ, piano, vocals Steve Gregory - tenor saxophone, flutes Bud Beadle - baritone, alto & tenor saxophones Diane Stewart - vocals Catherine James – vocals Neemoi "Speedy" Acquaye - drums, percussion, African drums Additional personnel: Denny Laine - guitars, piano, vocals Rick Grech - bass guitar Harold McNair - tenor & alto saxophones, flutes Aliki Ashman - vocals Rocky Dzidzornu - percussion, conga https://www.youtube.com/watch?v=TNbCQVYwVuM SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 28
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-12 19:27:26
Rozmiar: 134.45 MB
Peerów: 11
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Pierwszy raz na CD w oryginalnej okładce - jako samodzielny tytuł! Wydany pod koniec 1970 roku, drugi album (całkowicie studyjny - w przeciwieństwie do koncertowego debiutu) jazz-rockowej, progresywnej formacji prowadzonej przez byłego perkusistę Cream z pomocą m.in. Grahama Bonda! Album uzupełniony został pięcioma utworami powstałymi podczas tej tej samej sesji, ale niewydanymi na Wyspach (ale w Niemczech i w USA). ..::TRACK-LIST::.. 1. Let Me Ride 4:20 2. Sweet Wine 3:35 3. Do U No Hu Yor Phrenz R ? 5:41 4. We Free Kings 4:28 5. I Don't Want To Go On Without You 3:55 6. Toady 8:20 7. 12 Gates Of The City 4:03 Bonus Tracks From The Same Recording Sessions: 8. Sunshine Of Your Love 5:46 9. Caribbean Soup 3:06 10. You Wouldn't Believe It 3:41 11. You Look Like You Could Use A Rest 5:37 12. We Free Kings (Alternate Take) 4:53 Recorded at Trident Studios, London and Olympic Studios, London betwee May and October, 1970. ..::OBSADA::.. Ginger Baker - drums, timpani, tubular bells, African drums, vocals Kenny Craddock - guitars, Hammond organ, piano, vocals Colin Gibson - bass guitar Graham Bond - alto saxophone, Hammond organ, piano, vocals Steve Gregory - tenor saxophone, flutes Bud Beadle - baritone, alto & tenor saxophones Diane Stewart - vocals Catherine James – vocals Neemoi "Speedy" Acquaye - drums, percussion, African drums Additional personnel: Denny Laine - guitars, piano, vocals Rick Grech - bass guitar Harold McNair - tenor & alto saxophones, flutes Aliki Ashman - vocals Rocky Dzidzornu - percussion, conga https://www.youtube.com/watch?v=TNbCQVYwVuM SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 28
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-12 19:23:25
Rozmiar: 407.72 MB
Peerów: 14
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Blue Effect (potem Modry Efekt) to chyba najlepsza czeska grupa - ze świetnym, by nie powiedzieć obłędnym gitarzystą Radimem Hladikiem. Ten wybitny, progresywny album bez wątpienia należy do PIERWSZEJ PIĄTKI ROCKA z Bloku Wschodniego! Nagrany w 1969 i 1970 winyl "Kingdom Of Life" przygotowany został z myślą o sprzedaży na rynek krajów Bloku Wschodniego. Tak naprawdę był to debiutancki LP "Meditace" (1970), z tą różnicą, że cztery kawałki z pierwszej strony zaśpiewane oryginalnie po czesku (umieszczone w bonusach - obok 6 nagrań z singli) zostały zastąpione angielskimi słowami nowego wokalisty i alternatywną okładką. Połączenie stylistyki Jethro Tull, Ten Years After, Led Zeppelin i The Moody Blues. Dlaczego u nas nie nagrywano takich płyt?!? Na tym 80-minutowym CD umieszczono wszystkie nagrania z wczesnego psych-progresywnego okresu twórczości zespołu, a który już w 1970 roku poszedł w nieco bardziej jazzowe, równie ekscytujące rejony. JL W Czechosłowacji, a konkretnie w Pradze, w latach 60-tych powstały dwa wielkie zespoły. Pierwszy, inspirował się głównie późnymi latami 50-tymi i awangardowymi jazzowymi wykonawcami takimi jak Ornette Coleman, Cecil Taylor i Sun Ra. To Jazz Q. Drugi, który zdołał przetrwać polityczne burze i zawieje stał się jednym z najbardziej utytułowanych zespołów epoki z krajów Europy Wschodniej. Prowadzony przez wokalistę i znakomitego asa gitary Radima Hladíka zaczynał jako zespół blues rockowy, by z biegiem lat stać się ikoną czeskiego rocka progresywnego i jazz-fusion. Nazywał się BLUE EFFECT. To był przełom września i października 1968 roku kiedy basista Jiří Kozel, wokalista Vladimír Mišík i perkusista Vlado Čech postanowili utworzyć blues rockowy zespół. Na gitarze miał grać kolega Kozela z grupy P-67, Petr Netopil. Przypadek sprawił, że w tym samym czasie Radim Hladik porzucił popularną formację Matadors i to on ostatecznie dołączył do tria Kozel-Mišík-Čech. Wymyślona przez Mišíka nazwa grupy, Special Blue Effect, rozpoczęła próby w praskim Nowym Klubie. Po raz pierwszy jako Blue Effect wystąpili pod koniec listopada w w Smíchovie, w tamtejszym Music F Club. Jan Křtitel Sýkora, wspaniały mag muzycznego dziennikarstwa z Czech, powitał ich na łamach magazynu „Pop Music Express” takimi oto słowami: „Nowa gwiazda zaświeciła nad beatowym Betlejem! Wszyscy spojrzeli w górę, pospieszyli ku niej i oddali jej cześć. A jasność jej była jasnoniebieska, więc postanowił nazwać ją Blue Effect”. Cóż, Czesi znani są z dobrego humoru, ale słowa Sýkory w pewnym stopniu były prorocze, bo już w grudniu triumfalny występ na II Muzycznym Festiwalu w Lucernie sprawił, że Blue Effect został ogłoszony odkryciem roku i zespołem sezonu, Radim Hladík muzykiem roku, a „Slunečný hrob”, pierwszy przebój grupy (wtedy jeszcze w angielskiej wersji jako „Sunny Grave”) piosenką sezonu. To utorowało im drogę do nagrania pierwszej małej płytki, która ukazała się dokładnie 1 lutego 1969 roku. Oprócz przeboju „Slunečný hrob” na stronie „B” znalazł się blues Muddy Watersa „I’ve Got My Mojo Working”. W pierwszym tygodniu singiel rozszedł się w niesamowitej ilości 12 tysięcy egzemplarzy; pół roku później liczba ta przekroczyła 50 tysięcy! Idąc za ciosem 19 kwietnia w praskim studio Mozarteum zrealizowali kilka nagrań z myślą o dużej płycie. Autorem angielskich tekstów byli Jiří Smetana i dr. Karel Kozel (ojciec basisty), a czeskie napisał Jaroslav Hutka. I tu na scenę wkroczyli cenzorzy, którzy nie zgadzali się ani z czeskimi tekstami (Hutka w tym czasie był na indeksie niechcianych artystów), ani z koncepcją artystyczną zespołu. Muzycy zostali zmuszeni do całkowitego przerobienia materiału. Z tej sesji uchowało się jedynie nagranie „Paměť Lásky”, które jako jedyne znalazło się na debiutanckim albumie „Meditace”, który tym razem nagrano w studiu Supraphonu, Dejvice w okresie od czerwca do sierpnia 1969 roku. Całość ukazała się rok później. To cud, że w ówczesnej atmosferze zakazów i szalejącej, bolszewickiej cenzury płyta w ogóle wyszła. Zespołowi czkawką odbijały się jeszcze zastrzeżenia co do artystycznego stylu albumu, a już gorliwy cenzorzy czepili się ponownie – tym razem nie spodobała im się okładka zaprojektowana przez Alana Pajera. Zdjęcie kolorowo ubranych muzyków-hipisów zostało zastąpione fatalną, niebieską fotografią. Na domiar złego wydawca (Supraphon), by obniżyć koszty produkcji zrezygnował z otwieranej okładki, w środku której było sporo bardzo ciekawych fotek zespołu. Pajer próbował to wszystko zrekonstruować podczas reedycji płyty niespełna pięćdziesiąt lat później, ale materiały fotograficzne niestety przepadły. Pamiętając, że Blue Effect na początku był zespołem blues rockowym można byłoby się spodziewać, że to ten gatunek zdominuje płytę. Oczywiście wpływy bluesa są, ale „Meditace” to eklektyczna mieszanka blues rocka, gitarowo-rockowych ballad, wczesnego psychodelicznego i symfonicznego rocka. Album jeszcze nie tak jazzowy jak ich późniejsze produkcje, ale błyszczy zarówno muzyczną formą, jak i tekstami, głównie filozoficznym myśleniem o różnych aspektach życia i śmierci śpiewane po czesku (gościnnie Lesek Semelka ) i angielsku (Vladimír Mišík). Nie mam nic przeciwko językowi czeskiemu, ale wydaje mi się, że piosenki śpiewane w języku Szekspira są bardziej genialne, mają większą energię i pasują do charakteru muzyki zespołu. Melorecytacja i symfoniczne elementy w otwierającym płytę utworze „Paměť Lásky” bliższe są symfonicznemu prog rockowi, co w momencie nagrywania płyty było, przynajmniej w tej części Europy, pewnym novum. Ale jest rok 1969 i wpływy psychodelii (szczególnie tej amerykańskiej) słychać w hipisowskim „Blue Effect Street”. Warto zwrócić uwagę na grę Hladika w tym nagraniu, który w specyficzny sposób uderza w struny gitary; dekadę później będą tak grać metalowi wioślarze. Eklektyczny „Fenix” na pozór wydaje się rhythm and bluesowym numerem (dęte, specyficzny wokal) gdyby nie to, że w ciągu kilku sekund przechodzi od ciekawie zaczynającego się bluesa przez symfoniczne brzmienie do beatu. W tej prostej i na pozór banalnej melodii tkwi jakaś magia lat 60-tych, która zawsze mnie urzeka. Z kolei „Stroj na nic” to blues-rockowa piosenka ze świetną gitarą w tle pokazującą raz jeszcze fascynację zespołu amerykańską muzyką rockową. Jak na te czasy oznaczało to coś oryginalnego i było też aktem odwagi ze strony muzyków. Wszak grali muzykę zza Żelaznej Kurtyny tuż po represjach po „praskiej wiośnie”. Pierwszą stronę oryginalnej płyty kończy pięknie zagrana, w stylu średniowiecznego madrygału, instrumentalna, akustyczna wersja przeboju „Slunečný hrob” czym, przyznam szczerze, mile mnie zaskoczyli. Drugą stronę rozpoczyna kapitalne „Děvčátko”. Być może dla wielu to tylko typowy numer bluesowy. Mnie urzeka tu fantastyczne, acidowe solo zagrane na flecie. I co ciekawe – gitara brzmi bardziej jazzowo niż blues rockowo. Psychodeliczną ucztę zespół serwuje w nagraniu „Osamělá Ulice”. W momencie, gdy melodia przechodzi przez akustyczne akordy, a brzmienie zbliża się w stronę The Moody Blues z odrobiną Hendrixa robi się bardziej progresywnie. Szkoda, że tak dobrze zapowiadający się utwór kończy się już po trzech minutach z sekundami. Mam niedosyt! Apetyt w pewnym stopniu zostaje zaspokojony kolejnym, tym razem ośmiominutowym numerem „Kamenné Blues”. Toczący się jak walec drogowy powolny, „standardowy” blues z pięknie wyeksponowanym basem grającym wystarczająco głośno, by wypełnić brak klawiszy. przywodzi mi na myśl Led Zeppelin z pierwszej płyty. Kiedy pierwszy raz słuchałem tej płyty pomyślałem sobie, że ten fenomenalny kawałek, od którego długo nie mogłem się potem uwolnić, powinien znaleźć się w repertuarze Led Zeppelin… „Deštivý Den” też jest bluesowy, ale i rockowy, z mocnym i czystym wokalem. Ta piosenka przewiduje niejako nadejście „Very 'Eavy Very 'Umble”, ale Uriah Heep pojawią się później. Płytę zamyka „Kde Je Má Hvězda”. To jeden z najbardziej progresywnych utworów na albumie i niesamowicie prekursorski. Solówka w środku to niemal klasyczny blues rock. Jednak ta piosenka zawiera pewne ślady eklektyzmu i eksperymentalizmu, które Blue Effect zastosuje później. Towarzysze z Supraphonu zdecydowali później, że jeśli chłopcy zaśpiewają to po angielsku, płyta może sprzedawać się poza granicami w kraju (konkretnie w bratnich państwach Bloku Wschodniego). W tym celu trzeba było przekonwertować cztery kompozycje z czeskiego na angielski. Problem był taki, że tuż po nagraniu płyty z zespołem pożegnał się Mišík, a Lešek Semelka nie czuł się na siłach, by śpiewać po angielsku. Na szczęście ten pierwszy przyjął zaproszenie choć zaśpiewał tylko w jednym utworze. Nie wiadomo co stało się w studio bowiem pozostałe trzy zaśpiewał… Semelka, co na długie lata pogorszyły i tak napięte relacje zespołu z Mišíkiem. Po tych zawirowaniach album pod nazwą „Kingdom Of Life” został w końcu wydany wiosną 1971 roku. Od strony muzycznej, poza tekstami zaśpiewanymi po angielsku i tytułami, które otrzymały takowe zamienniki, nic się tu nie zmieniło. Te ostatnie są nawet bardziej komunikatywne. I tak np. „Paměť Lásky” nazywa się tu „Kingdom Of Life”, „Děvčátko” to „Little Girl”, zaś „Deserted Alley „ brzmi lepiej niż „Osamělá Ulice”, a „Blues About Stone” od „Kamenné Blues”... Kiedy „Kingdom Of Life” ukazał się na rynku Blue Effect wraz z grupą Jazz Q Praha kilka miesięcy wcześniej (grudzień 1970) wydał album „Coniuncto”. Postęp jaki uczynili był oszałamiający! Przejście od blues rocka do totalnie szalonego, swobodnego jazzu jest wręcz niewiarygodna. Odtąd, aż do końca swej działalności, nie przestali się rozwijać. Nie oglądając się za siebie, szturmowali dalej i dalej. Nie mniej „Meditace” był początkiem ich wspaniałej podróży. Podróży do wielkości i geniuszu. Zibi Certainly not just Blues, even I have to agree that there are influences of this genre. After all, this band started like Blues band, doing also some covers of USA Blues bands. However, Meditace (Meditation) is very mature release. Even still not so Jazz as their later albums, this album shines both in music form and lyrics (mostly philosophical thinking about various aspects of life and death). There is strong Symphonic inspiration, but in Czech style, which means that you can have symphonic melody with trumpets playing + harmonica here and there. It's possibility, because it was simply the way how things were made here. Blue Effect were trying to keep their heads above rising water of "normalization" (bans on bands, oppression on free-thinking and anti-socialistic ideas, such as English names / lyrics). Meditace hits me emotionally, it's first hand confession about times, when it still was quite good (considering what will came in 70s, so they had to move to Jazz later). Stroj na nic (Machine for nothing) is - you guess - about machine that does nothing, but everyone admires it. I sense ironic double meaning. It's more Rock song, but it has its better Prog moments too, especially it shows how great Czech guitar virtuoso Radim Hladík can play. Even there are other songs/albums where he can do better. However, some songs are simply unable to abandon blues basis completely and this, from Prog point of view, prevents it from reaching higher ratings. On the other hand, there is plethora of ideas, really original ideas made from both desperation and from need to create. Lineup on this album is full of people who will become either masters of their genres (lyricists, guitarists) or simply very respected musicians. Marty McFly ..::TRACK-LIST::.. 1. Kingdom Of Life 4:03 2. White Hair 4:22 3. You'll Stay With Me 4:23 4. Brother's Song 2:19 5. Sunny Grave 1:48 6. Little Girl 3:53 7. Deserted Alley 3:08 8. Blues About Stone 7:58 9. Rainy Day 3:54 10. Where Is My Star 3:28 Bonus Tracks: 11. Paměť Lásky (From "Meditace" LP) 4:02 12. Blue Effect Street (From "Meditace" LP) 4:04 13. Fénix (From "Meditace" LP) 4:25 14. Stroj Na Nic (From "Meditace" LP) 2:24 15. Snakes (From "Snakes" EP) 2:25 16. I Like The World (Sun Is So Bright) (From "Snakes" EP) 3:05 17. Sen Není Věčný (From "Snakes" EP) 3:25 18. Blue Taxi (From "Snakes" EP) 2:37 19. Slunečný Hrob (A-side, 1969) 3:22 20. I've Got My Mojo Working (B-side, 1969) 3:44 ..::OBSADA::.. Radim Hladík - lead guitar, sitar Vladimír Misík - flute, vocals (2,6-10) Jiří Kozel - bass Vlado Čech - drums With: Lesek Semelka - vocals (1,3,4) Milos Svoboda - guitar (1) Jaroslav Kummermann - narrator (1) https://www.youtube.com/watch?v=Clom3Ko-Tv4 SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-11 17:00:33
Rozmiar: 170.23 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Blue Effect (potem Modry Efekt) to chyba najlepsza czeska grupa - ze świetnym, by nie powiedzieć obłędnym gitarzystą Radimem Hladikiem. Ten wybitny, progresywny album bez wątpienia należy do PIERWSZEJ PIĄTKI ROCKA z Bloku Wschodniego! Nagrany w 1969 i 1970 winyl "Kingdom Of Life" przygotowany został z myślą o sprzedaży na rynek krajów Bloku Wschodniego. Tak naprawdę był to debiutancki LP "Meditace" (1970), z tą różnicą, że cztery kawałki z pierwszej strony zaśpiewane oryginalnie po czesku (umieszczone w bonusach - obok 6 nagrań z singli) zostały zastąpione angielskimi słowami nowego wokalisty i alternatywną okładką. Połączenie stylistyki Jethro Tull, Ten Years After, Led Zeppelin i The Moody Blues. Dlaczego u nas nie nagrywano takich płyt?!? Na tym 80-minutowym CD umieszczono wszystkie nagrania z wczesnego psych-progresywnego okresu twórczości zespołu, a który już w 1970 roku poszedł w nieco bardziej jazzowe, równie ekscytujące rejony. JL W Czechosłowacji, a konkretnie w Pradze, w latach 60-tych powstały dwa wielkie zespoły. Pierwszy, inspirował się głównie późnymi latami 50-tymi i awangardowymi jazzowymi wykonawcami takimi jak Ornette Coleman, Cecil Taylor i Sun Ra. To Jazz Q. Drugi, który zdołał przetrwać polityczne burze i zawieje stał się jednym z najbardziej utytułowanych zespołów epoki z krajów Europy Wschodniej. Prowadzony przez wokalistę i znakomitego asa gitary Radima Hladíka zaczynał jako zespół blues rockowy, by z biegiem lat stać się ikoną czeskiego rocka progresywnego i jazz-fusion. Nazywał się BLUE EFFECT. To był przełom września i października 1968 roku kiedy basista Jiří Kozel, wokalista Vladimír Mišík i perkusista Vlado Čech postanowili utworzyć blues rockowy zespół. Na gitarze miał grać kolega Kozela z grupy P-67, Petr Netopil. Przypadek sprawił, że w tym samym czasie Radim Hladik porzucił popularną formację Matadors i to on ostatecznie dołączył do tria Kozel-Mišík-Čech. Wymyślona przez Mišíka nazwa grupy, Special Blue Effect, rozpoczęła próby w praskim Nowym Klubie. Po raz pierwszy jako Blue Effect wystąpili pod koniec listopada w w Smíchovie, w tamtejszym Music F Club. Jan Křtitel Sýkora, wspaniały mag muzycznego dziennikarstwa z Czech, powitał ich na łamach magazynu „Pop Music Express” takimi oto słowami: „Nowa gwiazda zaświeciła nad beatowym Betlejem! Wszyscy spojrzeli w górę, pospieszyli ku niej i oddali jej cześć. A jasność jej była jasnoniebieska, więc postanowił nazwać ją Blue Effect”. Cóż, Czesi znani są z dobrego humoru, ale słowa Sýkory w pewnym stopniu były prorocze, bo już w grudniu triumfalny występ na II Muzycznym Festiwalu w Lucernie sprawił, że Blue Effect został ogłoszony odkryciem roku i zespołem sezonu, Radim Hladík muzykiem roku, a „Slunečný hrob”, pierwszy przebój grupy (wtedy jeszcze w angielskiej wersji jako „Sunny Grave”) piosenką sezonu. To utorowało im drogę do nagrania pierwszej małej płytki, która ukazała się dokładnie 1 lutego 1969 roku. Oprócz przeboju „Slunečný hrob” na stronie „B” znalazł się blues Muddy Watersa „I’ve Got My Mojo Working”. W pierwszym tygodniu singiel rozszedł się w niesamowitej ilości 12 tysięcy egzemplarzy; pół roku później liczba ta przekroczyła 50 tysięcy! Idąc za ciosem 19 kwietnia w praskim studio Mozarteum zrealizowali kilka nagrań z myślą o dużej płycie. Autorem angielskich tekstów byli Jiří Smetana i dr. Karel Kozel (ojciec basisty), a czeskie napisał Jaroslav Hutka. I tu na scenę wkroczyli cenzorzy, którzy nie zgadzali się ani z czeskimi tekstami (Hutka w tym czasie był na indeksie niechcianych artystów), ani z koncepcją artystyczną zespołu. Muzycy zostali zmuszeni do całkowitego przerobienia materiału. Z tej sesji uchowało się jedynie nagranie „Paměť Lásky”, które jako jedyne znalazło się na debiutanckim albumie „Meditace”, który tym razem nagrano w studiu Supraphonu, Dejvice w okresie od czerwca do sierpnia 1969 roku. Całość ukazała się rok później. To cud, że w ówczesnej atmosferze zakazów i szalejącej, bolszewickiej cenzury płyta w ogóle wyszła. Zespołowi czkawką odbijały się jeszcze zastrzeżenia co do artystycznego stylu albumu, a już gorliwy cenzorzy czepili się ponownie – tym razem nie spodobała im się okładka zaprojektowana przez Alana Pajera. Zdjęcie kolorowo ubranych muzyków-hipisów zostało zastąpione fatalną, niebieską fotografią. Na domiar złego wydawca (Supraphon), by obniżyć koszty produkcji zrezygnował z otwieranej okładki, w środku której było sporo bardzo ciekawych fotek zespołu. Pajer próbował to wszystko zrekonstruować podczas reedycji płyty niespełna pięćdziesiąt lat później, ale materiały fotograficzne niestety przepadły. Pamiętając, że Blue Effect na początku był zespołem blues rockowym można byłoby się spodziewać, że to ten gatunek zdominuje płytę. Oczywiście wpływy bluesa są, ale „Meditace” to eklektyczna mieszanka blues rocka, gitarowo-rockowych ballad, wczesnego psychodelicznego i symfonicznego rocka. Album jeszcze nie tak jazzowy jak ich późniejsze produkcje, ale błyszczy zarówno muzyczną formą, jak i tekstami, głównie filozoficznym myśleniem o różnych aspektach życia i śmierci śpiewane po czesku (gościnnie Lesek Semelka ) i angielsku (Vladimír Mišík). Nie mam nic przeciwko językowi czeskiemu, ale wydaje mi się, że piosenki śpiewane w języku Szekspira są bardziej genialne, mają większą energię i pasują do charakteru muzyki zespołu. Melorecytacja i symfoniczne elementy w otwierającym płytę utworze „Paměť Lásky” bliższe są symfonicznemu prog rockowi, co w momencie nagrywania płyty było, przynajmniej w tej części Europy, pewnym novum. Ale jest rok 1969 i wpływy psychodelii (szczególnie tej amerykańskiej) słychać w hipisowskim „Blue Effect Street”. Warto zwrócić uwagę na grę Hladika w tym nagraniu, który w specyficzny sposób uderza w struny gitary; dekadę później będą tak grać metalowi wioślarze. Eklektyczny „Fenix” na pozór wydaje się rhythm and bluesowym numerem (dęte, specyficzny wokal) gdyby nie to, że w ciągu kilku sekund przechodzi od ciekawie zaczynającego się bluesa przez symfoniczne brzmienie do beatu. W tej prostej i na pozór banalnej melodii tkwi jakaś magia lat 60-tych, która zawsze mnie urzeka. Z kolei „Stroj na nic” to blues-rockowa piosenka ze świetną gitarą w tle pokazującą raz jeszcze fascynację zespołu amerykańską muzyką rockową. Jak na te czasy oznaczało to coś oryginalnego i było też aktem odwagi ze strony muzyków. Wszak grali muzykę zza Żelaznej Kurtyny tuż po represjach po „praskiej wiośnie”. Pierwszą stronę oryginalnej płyty kończy pięknie zagrana, w stylu średniowiecznego madrygału, instrumentalna, akustyczna wersja przeboju „Slunečný hrob” czym, przyznam szczerze, mile mnie zaskoczyli. Drugą stronę rozpoczyna kapitalne „Děvčátko”. Być może dla wielu to tylko typowy numer bluesowy. Mnie urzeka tu fantastyczne, acidowe solo zagrane na flecie. I co ciekawe – gitara brzmi bardziej jazzowo niż blues rockowo. Psychodeliczną ucztę zespół serwuje w nagraniu „Osamělá Ulice”. W momencie, gdy melodia przechodzi przez akustyczne akordy, a brzmienie zbliża się w stronę The Moody Blues z odrobiną Hendrixa robi się bardziej progresywnie. Szkoda, że tak dobrze zapowiadający się utwór kończy się już po trzech minutach z sekundami. Mam niedosyt! Apetyt w pewnym stopniu zostaje zaspokojony kolejnym, tym razem ośmiominutowym numerem „Kamenné Blues”. Toczący się jak walec drogowy powolny, „standardowy” blues z pięknie wyeksponowanym basem grającym wystarczająco głośno, by wypełnić brak klawiszy. przywodzi mi na myśl Led Zeppelin z pierwszej płyty. Kiedy pierwszy raz słuchałem tej płyty pomyślałem sobie, że ten fenomenalny kawałek, od którego długo nie mogłem się potem uwolnić, powinien znaleźć się w repertuarze Led Zeppelin… „Deštivý Den” też jest bluesowy, ale i rockowy, z mocnym i czystym wokalem. Ta piosenka przewiduje niejako nadejście „Very 'Eavy Very 'Umble”, ale Uriah Heep pojawią się później. Płytę zamyka „Kde Je Má Hvězda”. To jeden z najbardziej progresywnych utworów na albumie i niesamowicie prekursorski. Solówka w środku to niemal klasyczny blues rock. Jednak ta piosenka zawiera pewne ślady eklektyzmu i eksperymentalizmu, które Blue Effect zastosuje później. Towarzysze z Supraphonu zdecydowali później, że jeśli chłopcy zaśpiewają to po angielsku, płyta może sprzedawać się poza granicami w kraju (konkretnie w bratnich państwach Bloku Wschodniego). W tym celu trzeba było przekonwertować cztery kompozycje z czeskiego na angielski. Problem był taki, że tuż po nagraniu płyty z zespołem pożegnał się Mišík, a Lešek Semelka nie czuł się na siłach, by śpiewać po angielsku. Na szczęście ten pierwszy przyjął zaproszenie choć zaśpiewał tylko w jednym utworze. Nie wiadomo co stało się w studio bowiem pozostałe trzy zaśpiewał… Semelka, co na długie lata pogorszyły i tak napięte relacje zespołu z Mišíkiem. Po tych zawirowaniach album pod nazwą „Kingdom Of Life” został w końcu wydany wiosną 1971 roku. Od strony muzycznej, poza tekstami zaśpiewanymi po angielsku i tytułami, które otrzymały takowe zamienniki, nic się tu nie zmieniło. Te ostatnie są nawet bardziej komunikatywne. I tak np. „Paměť Lásky” nazywa się tu „Kingdom Of Life”, „Děvčátko” to „Little Girl”, zaś „Deserted Alley „ brzmi lepiej niż „Osamělá Ulice”, a „Blues About Stone” od „Kamenné Blues”... Kiedy „Kingdom Of Life” ukazał się na rynku Blue Effect wraz z grupą Jazz Q Praha kilka miesięcy wcześniej (grudzień 1970) wydał album „Coniuncto”. Postęp jaki uczynili był oszałamiający! Przejście od blues rocka do totalnie szalonego, swobodnego jazzu jest wręcz niewiarygodna. Odtąd, aż do końca swej działalności, nie przestali się rozwijać. Nie oglądając się za siebie, szturmowali dalej i dalej. Nie mniej „Meditace” był początkiem ich wspaniałej podróży. Podróży do wielkości i geniuszu. Zibi Certainly not just Blues, even I have to agree that there are influences of this genre. After all, this band started like Blues band, doing also some covers of USA Blues bands. However, Meditace (Meditation) is very mature release. Even still not so Jazz as their later albums, this album shines both in music form and lyrics (mostly philosophical thinking about various aspects of life and death). There is strong Symphonic inspiration, but in Czech style, which means that you can have symphonic melody with trumpets playing + harmonica here and there. It's possibility, because it was simply the way how things were made here. Blue Effect were trying to keep their heads above rising water of "normalization" (bans on bands, oppression on free-thinking and anti-socialistic ideas, such as English names / lyrics). Meditace hits me emotionally, it's first hand confession about times, when it still was quite good (considering what will came in 70s, so they had to move to Jazz later). Stroj na nic (Machine for nothing) is - you guess - about machine that does nothing, but everyone admires it. I sense ironic double meaning. It's more Rock song, but it has its better Prog moments too, especially it shows how great Czech guitar virtuoso Radim Hladík can play. Even there are other songs/albums where he can do better. However, some songs are simply unable to abandon blues basis completely and this, from Prog point of view, prevents it from reaching higher ratings. On the other hand, there is plethora of ideas, really original ideas made from both desperation and from need to create. Lineup on this album is full of people who will become either masters of their genres (lyricists, guitarists) or simply very respected musicians. Marty McFly ..::TRACK-LIST::.. 1. Kingdom Of Life 4:03 2. White Hair 4:22 3. You'll Stay With Me 4:23 4. Brother's Song 2:19 5. Sunny Grave 1:48 6. Little Girl 3:53 7. Deserted Alley 3:08 8. Blues About Stone 7:58 9. Rainy Day 3:54 10. Where Is My Star 3:28 Bonus Tracks: 11. Paměť Lásky (From "Meditace" LP) 4:02 12. Blue Effect Street (From "Meditace" LP) 4:04 13. Fénix (From "Meditace" LP) 4:25 14. Stroj Na Nic (From "Meditace" LP) 2:24 15. Snakes (From "Snakes" EP) 2:25 16. I Like The World (Sun Is So Bright) (From "Snakes" EP) 3:05 17. Sen Není Věčný (From "Snakes" EP) 3:25 18. Blue Taxi (From "Snakes" EP) 2:37 19. Slunečný Hrob (A-side, 1969) 3:22 20. I've Got My Mojo Working (B-side, 1969) 3:44 ..::OBSADA::.. Radim Hladík - lead guitar, sitar Vladimír Misík - flute, vocals (2,6-10) Jiří Kozel - bass Vlado Čech - drums With: Lesek Semelka - vocals (1,3,4) Milos Svoboda - guitar (1) Jaroslav Kummermann - narrator (1) https://www.youtube.com/watch?v=Clom3Ko-Tv4 SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-11 16:55:14
Rozmiar: 489.28 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Pierwotnie wydany (i tam również nagrany) wyłącznie w RPA, świetny, progresywny album z 1974 roku i zarazem solowy debiut pochodzącego z Wielkiej Brytanii klawiszowca, po latach znanego m.in. z płyt Camel, Cockney Rebel, Kate Bush (pierwsze trzy) i Budgie. Wydany niegdyś przez Vertigo (i wart obecnie ok. 200 euro) album zawierał połączenie stylistyki Refugee, Morgan i wczesnego Wakemana. Trzy długie kompozycje oparte na przeróżnych brzmieniach klawiszy (oczywiście z sekcją rytmiczną) i na szczęście bez nudnawych dłużyzn. To jest art-rock z najwyższej półki! Po przyjeździe do Wielkiej Brytanii Mackay grał m.in. na płytach takich wykonawców, jak Baker Gurvitz Army, Colosseum ll, Cockney Rebel, Kate Bush, Camel, Budgie oraz Alan Parsons Project. JL Robiąc porządki w zapomnianej szafce natknąłem się na ten właśnie album. Przegrałem go sobie od kolegi, który kilka lat temu pożyczył mi kompakt. Miałem ten album już wcześniej na winylu, jednak na stronie drugiej widnieje rysa, przez którą komfort słuchania dalece odbiega od stanu satysfakcji. Przegrywany CDek pozostał co mnie bardzo cieszy. Raz, że mogę tej płyty wysłuchać w całości, dwa, kompakt zawiera dodatkowy utwór o którym tu tylko wspomnę na sam koniec. Jedziemy… Dunkan urodził się w Leeds w Anglii, jednak jako młody chłopak przeprowadził się wraz z rodzicami do Johannesburga w RPA. Tam zainteresował się instrumentami klawiszowymi, a efekt jego pracy możemy wysłuchać właśnie na tym albumie. To znakomite progresywne granie w którym jako żywo możemy doszukać się odniesień do takich tuzów jak Keith Emerson, Rick Wakeman czy Patrick Moraz. W nagraniu tej płyty udział wzięło jedynie trzech facetów. Oczywiście Duncan, jego brat Gordon, który zagrał tu na fortepianach i skrzypcach oraz perkusista Mike Gray. Na albumie znalazły się trzy pozycje. Stronę pierwszą otwiera utwór zatytułowany Morpheus. To w tym utworze usłyszymy większość partii śpiewanych na całym tym albumie. Przyznam szczerze, że głos Duncana nie porywa jakoś szczególnie, jednak tragedii nie ma i można przymknąć oko na pewne niedociągnięcia. Od pierwszych sekund atakują nas organy Hammonda, syntezatory i fantastyczny fortepian. Całość wyśmienicie napędza perkusja. No i chwilę później pojawia się rzeczony głos Duncana. Jak pisałem nie razi, nie fałszuje jednak nie do końca mi odpowiada. Cały utwór to świetne melodie i odniesienia do wielu stylów muzycznych. Usłyszymy tu zarówno dźwięki bluesowe, jazzowe czy w końcu rockowe. Wszystko to połączone jest z ogromnym smakiem i wyczuciem. Co jeszcze? Ciekawe zmiany tempa (w większej części utwór jednak galopuje) i wiele pomysłów. Jak wspomniałem na początku cały urok tego utworu to Hammondy kapitalnie współpracujące z fortepianem. Mocny, trwający ponad jedenaście minut początek płyty. Na stronie pierwszej czarnego wydania znalazł się jeszcze jeden utwór. 12 Tone Nostalgia bo taki nosi on tytuł w rzeczy samej rozpoczyna się nostalgicznie. To kompozycja w całości instrumentalna. Na początek świetne organy i ponownie fortepian wprowadzające element zadumy i skupienia. Słychać tu wyraźnie echa Bacha i ELP. W dalszej części w całości dominuje Mackay i jego Hammond oraz syntezatorowe wariacje. Plus oczywiście znakomita perkusja. Gdzieś na chwilkę pojawiają się skrzypce drugiego z braci Mackay. Świetne symfoniczne zakończenie. Stronę drugą wypełnia w całości trwający niemal dwadzieścia minut gigant zatytułowany Song For Witches. Utwór rozpoczynają odgłosy burzy. Walą pioruny, leje deszcz i mocno wieje. Wchodzą klawisze. Dość złowrogi syntezatorowy początek przechodzi w organową psychodeliczną część. Ta, kilka minut później utwór przeradza się i mamy kapitalny jazzowy fragment (brawa w szczególności dla fortepianu, ale i Mike Gray radzi sobie doskonale). Po nim wracamy do symfonicznego brzmienia i Hammonda na czele. Tu Mackay znakomicie dozuje słuchaczowi napięcie, zmienia tempo od wolnego do wręcz szaleńczych galopów. Fantastyczne są te wszystkie przejścia, pomysły i wirtuozeria. W okolicach dwunastej minuty ponownie do głosu dochodzi fortepian, który też niezwykle czaruje. Następnie organy kościelne, powiew gotyku i wreszcie jak w utworze pierwszym śpiew Duncana. Ostatnie minuty to już pokaz kunsztu w grze na instrumentach klawiszowych. Jako wisienka na torcie wspaniała solówka na perkusji. Kompaktowe wznowienie zawiera dodatkowy utwór (The Opening). Ten pochodzi z roku 1990 i pasuje do reszty płyty jak pięść do nosa. Nie, nie jest zły, ale wyraźnie słychać z jakiego okresu pochodzi i nowoczesność brzmienia nijak nie pasuje do oryginalnego materiału. Po co to wydawca zrobił? Pewnie dla zachęty. Reasumując. Chimera to naprawdę bardzo dobry album. Szkoda jedynie, że nieco zapomniany. Jak pisałem na samym wstępie słychać tu wiele odniesień muzycznych do takich zespołów jak ELP, Refugee, The Nice czy niemieckiego Triumvirat. Miłośnicy organowej czy nawet idąc dalej, klawiszowej odmiany rocka progresywnego znajdą tu dla siebie całą masę kapitalnych partii, melodii i dźwięków. Na sam koniec dodam jeszcze tylko, że Mackay po Chimerze nadal tworzył i nagrywał. Przeniósł się z powrotem do Anglii i tam współpracował między innymi z grupą Camel, Alan Parsons Project czy Kate Bush. SzyMon The long time forgotten keyboardist DUNCAN MCKAY has at last been added to Prog Archives database by the Symphonic Team, so it's time to review his 1974 release "Chimera", an impressive work with great music but sadly almost unknown, due to the hard competition of the early 70's. The album presents us an impressive display of keyboards of all kinds, piano, Hammond B3 organ, Denon electric piano, clavichord, ARP synthesizer ,etc, all taken to the maximum of their possibilities by MACKAY who does a very competent work. But that's not all, DUNCAN has a pretty decent voice and is supported by his brother Gordon, who adds some piano and violin, plus Mike Gray in the drums...Yes, it's true, no guitar or bass. "Chimera" is opened with the strange "Morpheus", contrary to what the name may imply, the song has nothing dreamy or oneiric, as a fact is a frenetic song with multiple and radical changes of style, that go from pristine Symphonic with clear Rick Wakeman references to hard and excessive in the mood of Keith Emerson with a touch of Jürgen Fritz from TRIUMVIRAT. The vocals are good enough and the drums are outstanding, a solid track from start to end, maybe a bit bombastic but strong and interesting The second track "12 Tone Nostalgia" starts dramatic and sober, with a dramatic edge, and even when MACKAY explores all the possibilities of the keyboards, that heavy and almost Psychedelic atmosphere provided by the Hammond Organ adds emotion and sentiment. The instrumental breaks marks a change; from being sober and nostalgic, the song changes into bombastic and unpredictable, MACKAY includes everything, from Bach inspired music to ELP oriented passages, and incredibly "REFUGEE" sounds (something hard to believe because both albums were released in 1974). Maybe people will say it's pompous and self indulgent....But that's the reason why I love it, at the end...Isn't that what we seek for in Prog Rock? The original release ends with the 19:15 minutes epic "Song for Witches", a really strange song that begins with a clear Psychedelic inheritance, MACKAY and band jam with the instruments as if they were in the late 60's, and suddenly, when less expected they move into a frenetic Jazz section, with a slight MAHAVISHNU influence, but this doesn't last too long, MACKLAY as usual returns to the complex fantasia of sounds and influences that go from Classical, Baroque and Gothic to something that could had been released by THE NICE...The guys is absolutely versatile and this deserves credit. My copy of "Chimera" is closed by a 1990 released bonus track contradictorily named "The Opening", even when it's obvious that MACKAY'S skills have improved even more, the sound is radically different, more modern and with a strong mainstream component in the vein of late ALAN PARSONS PROJECT, but we are here to talk about the original release, and even when the song is entertaining, sounds completely out of place in a 1974 release, and for that reason doesn't alter my opinion about the original album. I believe "Chimera" is a forgotten gem that deserves no less than 4 stars, so except for people who dislike pompous music, it's highly recommended. Ivan Melgar M ..::TRACK-LIST::.. 1. Morpheus 11:15 2. Twelve Tone Nostalgia 8:09 3. Song For Witches 19:35 ..::OBSADA::.. Vocals, Piano, Electric Piano, Synthesizer, Organ [Hammond B3], Clavichord, Bass [Pedal] - Duncan Mackay Violin, Electric Piano, Piano - Gordon Mackay Drums, Backing Vocals - Mike Gray https://www.youtube.com/watch?v=UXRA3UozSYo SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-08 19:16:07
Rozmiar: 89.97 MB
Peerów: 25
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Pierwotnie wydany (i tam również nagrany) wyłącznie w RPA, świetny, progresywny album z 1974 roku i zarazem solowy debiut pochodzącego z Wielkiej Brytanii klawiszowca, po latach znanego m.in. z płyt Camel, Cockney Rebel, Kate Bush (pierwsze trzy) i Budgie. Wydany niegdyś przez Vertigo (i wart obecnie ok. 200 euro) album zawierał połączenie stylistyki Refugee, Morgan i wczesnego Wakemana. Trzy długie kompozycje oparte na przeróżnych brzmieniach klawiszy (oczywiście z sekcją rytmiczną) i na szczęście bez nudnawych dłużyzn. To jest art-rock z najwyższej półki! Po przyjeździe do Wielkiej Brytanii Mackay grał m.in. na płytach takich wykonawców, jak Baker Gurvitz Army, Colosseum ll, Cockney Rebel, Kate Bush, Camel, Budgie oraz Alan Parsons Project. JL Robiąc porządki w zapomnianej szafce natknąłem się na ten właśnie album. Przegrałem go sobie od kolegi, który kilka lat temu pożyczył mi kompakt. Miałem ten album już wcześniej na winylu, jednak na stronie drugiej widnieje rysa, przez którą komfort słuchania dalece odbiega od stanu satysfakcji. Przegrywany CDek pozostał co mnie bardzo cieszy. Raz, że mogę tej płyty wysłuchać w całości, dwa, kompakt zawiera dodatkowy utwór o którym tu tylko wspomnę na sam koniec. Jedziemy… Dunkan urodził się w Leeds w Anglii, jednak jako młody chłopak przeprowadził się wraz z rodzicami do Johannesburga w RPA. Tam zainteresował się instrumentami klawiszowymi, a efekt jego pracy możemy wysłuchać właśnie na tym albumie. To znakomite progresywne granie w którym jako żywo możemy doszukać się odniesień do takich tuzów jak Keith Emerson, Rick Wakeman czy Patrick Moraz. W nagraniu tej płyty udział wzięło jedynie trzech facetów. Oczywiście Duncan, jego brat Gordon, który zagrał tu na fortepianach i skrzypcach oraz perkusista Mike Gray. Na albumie znalazły się trzy pozycje. Stronę pierwszą otwiera utwór zatytułowany Morpheus. To w tym utworze usłyszymy większość partii śpiewanych na całym tym albumie. Przyznam szczerze, że głos Duncana nie porywa jakoś szczególnie, jednak tragedii nie ma i można przymknąć oko na pewne niedociągnięcia. Od pierwszych sekund atakują nas organy Hammonda, syntezatory i fantastyczny fortepian. Całość wyśmienicie napędza perkusja. No i chwilę później pojawia się rzeczony głos Duncana. Jak pisałem nie razi, nie fałszuje jednak nie do końca mi odpowiada. Cały utwór to świetne melodie i odniesienia do wielu stylów muzycznych. Usłyszymy tu zarówno dźwięki bluesowe, jazzowe czy w końcu rockowe. Wszystko to połączone jest z ogromnym smakiem i wyczuciem. Co jeszcze? Ciekawe zmiany tempa (w większej części utwór jednak galopuje) i wiele pomysłów. Jak wspomniałem na początku cały urok tego utworu to Hammondy kapitalnie współpracujące z fortepianem. Mocny, trwający ponad jedenaście minut początek płyty. Na stronie pierwszej czarnego wydania znalazł się jeszcze jeden utwór. 12 Tone Nostalgia bo taki nosi on tytuł w rzeczy samej rozpoczyna się nostalgicznie. To kompozycja w całości instrumentalna. Na początek świetne organy i ponownie fortepian wprowadzające element zadumy i skupienia. Słychać tu wyraźnie echa Bacha i ELP. W dalszej części w całości dominuje Mackay i jego Hammond oraz syntezatorowe wariacje. Plus oczywiście znakomita perkusja. Gdzieś na chwilkę pojawiają się skrzypce drugiego z braci Mackay. Świetne symfoniczne zakończenie. Stronę drugą wypełnia w całości trwający niemal dwadzieścia minut gigant zatytułowany Song For Witches. Utwór rozpoczynają odgłosy burzy. Walą pioruny, leje deszcz i mocno wieje. Wchodzą klawisze. Dość złowrogi syntezatorowy początek przechodzi w organową psychodeliczną część. Ta, kilka minut później utwór przeradza się i mamy kapitalny jazzowy fragment (brawa w szczególności dla fortepianu, ale i Mike Gray radzi sobie doskonale). Po nim wracamy do symfonicznego brzmienia i Hammonda na czele. Tu Mackay znakomicie dozuje słuchaczowi napięcie, zmienia tempo od wolnego do wręcz szaleńczych galopów. Fantastyczne są te wszystkie przejścia, pomysły i wirtuozeria. W okolicach dwunastej minuty ponownie do głosu dochodzi fortepian, który też niezwykle czaruje. Następnie organy kościelne, powiew gotyku i wreszcie jak w utworze pierwszym śpiew Duncana. Ostatnie minuty to już pokaz kunsztu w grze na instrumentach klawiszowych. Jako wisienka na torcie wspaniała solówka na perkusji. Kompaktowe wznowienie zawiera dodatkowy utwór (The Opening). Ten pochodzi z roku 1990 i pasuje do reszty płyty jak pięść do nosa. Nie, nie jest zły, ale wyraźnie słychać z jakiego okresu pochodzi i nowoczesność brzmienia nijak nie pasuje do oryginalnego materiału. Po co to wydawca zrobił? Pewnie dla zachęty. Reasumując. Chimera to naprawdę bardzo dobry album. Szkoda jedynie, że nieco zapomniany. Jak pisałem na samym wstępie słychać tu wiele odniesień muzycznych do takich zespołów jak ELP, Refugee, The Nice czy niemieckiego Triumvirat. Miłośnicy organowej czy nawet idąc dalej, klawiszowej odmiany rocka progresywnego znajdą tu dla siebie całą masę kapitalnych partii, melodii i dźwięków. Na sam koniec dodam jeszcze tylko, że Mackay po Chimerze nadal tworzył i nagrywał. Przeniósł się z powrotem do Anglii i tam współpracował między innymi z grupą Camel, Alan Parsons Project czy Kate Bush. SzyMon The long time forgotten keyboardist DUNCAN MCKAY has at last been added to Prog Archives database by the Symphonic Team, so it's time to review his 1974 release "Chimera", an impressive work with great music but sadly almost unknown, due to the hard competition of the early 70's. The album presents us an impressive display of keyboards of all kinds, piano, Hammond B3 organ, Denon electric piano, clavichord, ARP synthesizer ,etc, all taken to the maximum of their possibilities by MACKAY who does a very competent work. But that's not all, DUNCAN has a pretty decent voice and is supported by his brother Gordon, who adds some piano and violin, plus Mike Gray in the drums...Yes, it's true, no guitar or bass. "Chimera" is opened with the strange "Morpheus", contrary to what the name may imply, the song has nothing dreamy or oneiric, as a fact is a frenetic song with multiple and radical changes of style, that go from pristine Symphonic with clear Rick Wakeman references to hard and excessive in the mood of Keith Emerson with a touch of Jürgen Fritz from TRIUMVIRAT. The vocals are good enough and the drums are outstanding, a solid track from start to end, maybe a bit bombastic but strong and interesting The second track "12 Tone Nostalgia" starts dramatic and sober, with a dramatic edge, and even when MACKAY explores all the possibilities of the keyboards, that heavy and almost Psychedelic atmosphere provided by the Hammond Organ adds emotion and sentiment. The instrumental breaks marks a change; from being sober and nostalgic, the song changes into bombastic and unpredictable, MACKAY includes everything, from Bach inspired music to ELP oriented passages, and incredibly "REFUGEE" sounds (something hard to believe because both albums were released in 1974). Maybe people will say it's pompous and self indulgent....But that's the reason why I love it, at the end...Isn't that what we seek for in Prog Rock? The original release ends with the 19:15 minutes epic "Song for Witches", a really strange song that begins with a clear Psychedelic inheritance, MACKAY and band jam with the instruments as if they were in the late 60's, and suddenly, when less expected they move into a frenetic Jazz section, with a slight MAHAVISHNU influence, but this doesn't last too long, MACKLAY as usual returns to the complex fantasia of sounds and influences that go from Classical, Baroque and Gothic to something that could had been released by THE NICE...The guys is absolutely versatile and this deserves credit. My copy of "Chimera" is closed by a 1990 released bonus track contradictorily named "The Opening", even when it's obvious that MACKAY'S skills have improved even more, the sound is radically different, more modern and with a strong mainstream component in the vein of late ALAN PARSONS PROJECT, but we are here to talk about the original release, and even when the song is entertaining, sounds completely out of place in a 1974 release, and for that reason doesn't alter my opinion about the original album. I believe "Chimera" is a forgotten gem that deserves no less than 4 stars, so except for people who dislike pompous music, it's highly recommended. Ivan Melgar M ..::TRACK-LIST::.. 1. Morpheus 11:15 2. Twelve Tone Nostalgia 8:09 3. Song For Witches 19:35 ..::OBSADA::.. Vocals, Piano, Electric Piano, Synthesizer, Organ [Hammond B3], Clavichord, Bass [Pedal] - Duncan Mackay Violin, Electric Piano, Piano - Gordon Mackay Drums, Backing Vocals - Mike Gray https://www.youtube.com/watch?v=UXRA3UozSYo SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 27
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-08 19:11:24
Rozmiar: 239.82 MB
Peerów: 13
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Nowa, LIMITOWANA edycja z utworem dodatkowym. Wydany oryginalnie w 1971 roku przez RCA Neon, drugi album w karierze Raw Material to jeden z najwspanialszych (mało znanych) progresywnych tytułów nagranych w Wielkiej Brytanii! Długie, kompleksowe kompozycje, wpadające z miejsca 'w ucho' melodie, przejrzyste aranżacje i pełne, rockowe brzmienie. Gitary, saksofon, flet, melotron, organy... Całość przypominała nagrania bardzo wczesnych Genesis i Van Der Graaf Generator - ze szczyptą Jethro Tull i King Crimson. To jest absolutnie OBLIGATORYJNA pozycja dla każdego miłośnika progresywnych brzmień z przełomu lat 60-tych i 70-tych! Dodatkowo wydany wyłącznie na singlu, nigdy wcześniej nie wznowiony cover Free - 'Ride On Pony' z 1971! JL Tak się ostatnio zastanawiałem, w co się wpakowałem pisząc o moich ukochanych płytach z kręgu starego progresywnego rocka. Dlaczego? Sam postawiłem się w takiej oto sytuacji, że pisząc o tych płytach jestem zdany tylko na zachwyty i różne pozytywy – czyli używam mojej jasnej strony mocy. A że posiadam również ciemną jej stronę (ci co mnie znają wiedzą to aż za dobrze) korciło mnie, aby komuś tak w recenzji dokopać, poszukać negatywów, popastwić się… (o wiele łatwiej się wtedy pisze…, a i nic tak nie cieszy jak małe torturki…???) Szukałem w całej swojej kolekcji płyty, nad którą mógłbym się w tym miejscu słodko poznęcać (oczywiście ze starego rocka… Zresztą ja chyba za wiele innych płyt nie posiadam). Szukałem, szukałem i… nie znalazłem. Najpierw mnie to zasmuciło (torturki), ale po pewnym czasie zdałem sobie (se - jestem z Kociewia!) sprawę, że to jednak szczęście - ogromne szczęście - posiadać prawie tysiąc wspaniałych płyt z gatunku muzyki tzw. rockowej i przeszła mi chęć złośliwego krytykanctwa. Włączyłem sobie (se) drugą płytę (pierwszą posiadam i również polecam) brytyjskiej grupy RAW MATERIAL pt. „Time Is”. Historia jest podobna do innych grup z tego kręgu z przełomu lat 60/70. Powstali, udało im się coś nagrać, wydać w niewielkiej ilości i… koniec. Kilkaset sztuk sprzedanych płyt, rozpad… (podobnie jak INDIAN SUMMER, CZAR, CIRCUS i... setki innych grup)… A płyta RAW MATERIAL? 44 minuty muzyki, 6 rozbudowanych, psychodelicznych utworów – muzyki ponadczasowej, wzorcowej dla tzw. progresywnego rocka. Kłaniają się (z całym należnym szacunkiem) VAN DER GRAAF GENERATOR i stare GENESIS. Może jest bardziej spokojnie, nastrojowo, melancholijnie niż na płytach grup panów PETERA HAMMILLA i PETERA GABRIELA i… chyba jest tak do połowy płyty (głównie dwa pierwsze utwory ICE QUEEN i EMPTY HOUSES). Na płycie mamy tradycyjny i typowy dla rocka progresywnego tamtego okresu zestaw instrumentów: mocna perkusja (PAUL YOUNG…, ale to nie ten popowy z lat 80. Paul, ani nie ten z MIKE AND THE MECHANICS), świetne pasaże organowe, również kościelne (na klawiszach rewelacyjny wokalista COLIN CATT), gitary – akustyczna i elektryczna (DAVE GREENE), basowa (PHIL GUNN) oraz miejscami dominujący nad innymi instrumentami (co cieszy pańskie ucho) saksofon (MICHAEL FLETCHER – również grający na flecie). Po długim (9 minut), dostojnym i szlachetnym utworze INSOLENT LADY usłyszymy dwa trochę szybsze numery (MIRACLE WORKER i RELIGION) - w tym drugim polecam głośne, świetne partie saksofonu. Na koniec tej miejscami kolorowej, bajecznej i wspaniałej płyty – najdłuższy i najważniejszy utwór/dzieło sztuki: SUN GOD. Ponad 11 minut muzyki, która na pewno nie jest gorsza, mniej szlachetna niż DEEP PURPLE – CHILD IN TIME czy LED ZEPPELIN - STAIRWAY TO HEAVEN. I jak te dwa utwory, powinna ona znajdować się w dziale „Klasyka Muzyki Rockowej Wszech Czasów”. I nie ma to-tamto. Podobna, stopniowana dramaturgia, ten sam klimat, to samo wzruszenie i niezwykłe emocje. Pytanie tylko, ile osób się o tym przekonało, ile osób o tym wie??? Gustownie prezentuje się pomarańczowa okładka płyty, na której widnieją klepsydry (teksty dotyczą upływającego czasu, samotności, miłości – lub jej braku, a także religii). Mam nadzieję, że niedługo ktoś/gdzieś odkryje i wyda jakieś nieznane utwory przygotowywane przez grupę na trzecią płytę (marzenie…). Czy wspomniałem, że to jedna z najlepszych płyt, jakie w życiu słyszałem? Słucham jej od około 15 lat przynajmniej raz na 2 tygodnie i nadal fascynuje… Czy ktoś tak kiedyś napisze o jakiejś współczesnej płycie?.. Mam obawy… Michał Mierzwiński It was while trying to find some info on FLAMENGO's classic record that I read in a person's review that they reminded him of RAW MATERIAL. I had never heard of that band as far as I could remember so I investigated and found out they released two studio albums (1970 / 1971) and then disappeared. The Gnosis site that rates albums fairly hard had this second record rated much higher than the first but also at an avareage rating of 11 out of 16 making this one a must have according to the experts. I wasn't blown away by it that's for sure but it is a solid 4 stars in my world. I'm very pleased to own it and the sax really reminds me of Ian McDonald's work on KING CRIMSON's debut. "Ice Queen" opens with the wind blowing then the music kicks in and takes over. This reminds me of early KING CRIMSON then the vocals follow. Love when it settles 1 1/2 minutes in and the wind returns. Contrasts continue. A jazzy interlude before 3 minutes with piano. The wind is back 4 minutes in then it kicks in again. Flute arrives after 5 minutes. "Empty Houses" opens with guitar and drums as the sax joins in. Passionate vocals a minute in. The sax replaces the vocals. Great sound after 4 1/2 minutes, quite powerful. The vocals are back after 6 minutes along with the organ. This is great right to the end. "Insolent Lady" features acoustic guitar and reserved vocals early on. Flute and bass help out too. Mellow stuff. The piano replaces the vocals then it kicks in with sax 2 1/2 minutes in. Vocals follow. A silent calm before 4 1/2 minutes then strummed guitar takes over followed by piano then organ as it builds. Drums and sax follow then vocals after 7 minutes. "Miracle Worker" is just a pleasure to listen to instrumentally. The sax, keyboards and guitar especially. "Religion" is an uptempo vocal track with blasting sax and a catchy rhythm. "Sun God" is the over 11 minute closer. It's fairly laid back to start then reserved vocals come in before 1 1/2 minutes. A change before 4 minutes as it picks up and turns fuller. It settles again after 5 minutes. I like it ! Intricate guitar and a dreamy sound here then back to the opening soundscape after 7 1/2 minutes as themes are repeated. Well worth checking out if your into KING CRIMSON or VDGG. Mellotron Storm ..::TRACK-LIST::.. 1. Ice Queen 6:42 2. Empty Houses 7:29 3. Insolent Lady (8:51) - By The Way - Small Thief - Insolent Lady 4. Miracle Worker 4:45 5. Religion 4:25 6. Sun God (11:14) - Awakening - Realisation - Worship Bonus Track B-side, 1971: 7. Ride on Pony 3:18 ..::OBSADA::.. Vocals, Keyboards - Colin Catt Percussion - Paul Young Saxophone, Flute, Vocals - Michael Fletscher Bass Guitar, Acoustic Guitar - Phil Gunn Electric Guitar, Acoustic Guitar - Dave Greene https://www.youtube.com/watch?v=Fm_Ex5HLhH8 SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-06 16:04:31
Rozmiar: 107.71 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Nowa, LIMITOWANA edycja z utworem dodatkowym. Wydany oryginalnie w 1971 roku przez RCA Neon, drugi album w karierze Raw Material to jeden z najwspanialszych (mało znanych) progresywnych tytułów nagranych w Wielkiej Brytanii! Długie, kompleksowe kompozycje, wpadające z miejsca 'w ucho' melodie, przejrzyste aranżacje i pełne, rockowe brzmienie. Gitary, saksofon, flet, melotron, organy... Całość przypominała nagrania bardzo wczesnych Genesis i Van Der Graaf Generator - ze szczyptą Jethro Tull i King Crimson. To jest absolutnie OBLIGATORYJNA pozycja dla każdego miłośnika progresywnych brzmień z przełomu lat 60-tych i 70-tych! Dodatkowo wydany wyłącznie na singlu, nigdy wcześniej nie wznowiony cover Free - 'Ride On Pony' z 1971! JL Tak się ostatnio zastanawiałem, w co się wpakowałem pisząc o moich ukochanych płytach z kręgu starego progresywnego rocka. Dlaczego? Sam postawiłem się w takiej oto sytuacji, że pisząc o tych płytach jestem zdany tylko na zachwyty i różne pozytywy – czyli używam mojej jasnej strony mocy. A że posiadam również ciemną jej stronę (ci co mnie znają wiedzą to aż za dobrze) korciło mnie, aby komuś tak w recenzji dokopać, poszukać negatywów, popastwić się… (o wiele łatwiej się wtedy pisze…, a i nic tak nie cieszy jak małe torturki…???) Szukałem w całej swojej kolekcji płyty, nad którą mógłbym się w tym miejscu słodko poznęcać (oczywiście ze starego rocka… Zresztą ja chyba za wiele innych płyt nie posiadam). Szukałem, szukałem i… nie znalazłem. Najpierw mnie to zasmuciło (torturki), ale po pewnym czasie zdałem sobie (se - jestem z Kociewia!) sprawę, że to jednak szczęście - ogromne szczęście - posiadać prawie tysiąc wspaniałych płyt z gatunku muzyki tzw. rockowej i przeszła mi chęć złośliwego krytykanctwa. Włączyłem sobie (se) drugą płytę (pierwszą posiadam i również polecam) brytyjskiej grupy RAW MATERIAL pt. „Time Is”. Historia jest podobna do innych grup z tego kręgu z przełomu lat 60/70. Powstali, udało im się coś nagrać, wydać w niewielkiej ilości i… koniec. Kilkaset sztuk sprzedanych płyt, rozpad… (podobnie jak INDIAN SUMMER, CZAR, CIRCUS i... setki innych grup)… A płyta RAW MATERIAL? 44 minuty muzyki, 6 rozbudowanych, psychodelicznych utworów – muzyki ponadczasowej, wzorcowej dla tzw. progresywnego rocka. Kłaniają się (z całym należnym szacunkiem) VAN DER GRAAF GENERATOR i stare GENESIS. Może jest bardziej spokojnie, nastrojowo, melancholijnie niż na płytach grup panów PETERA HAMMILLA i PETERA GABRIELA i… chyba jest tak do połowy płyty (głównie dwa pierwsze utwory ICE QUEEN i EMPTY HOUSES). Na płycie mamy tradycyjny i typowy dla rocka progresywnego tamtego okresu zestaw instrumentów: mocna perkusja (PAUL YOUNG…, ale to nie ten popowy z lat 80. Paul, ani nie ten z MIKE AND THE MECHANICS), świetne pasaże organowe, również kościelne (na klawiszach rewelacyjny wokalista COLIN CATT), gitary – akustyczna i elektryczna (DAVE GREENE), basowa (PHIL GUNN) oraz miejscami dominujący nad innymi instrumentami (co cieszy pańskie ucho) saksofon (MICHAEL FLETCHER – również grający na flecie). Po długim (9 minut), dostojnym i szlachetnym utworze INSOLENT LADY usłyszymy dwa trochę szybsze numery (MIRACLE WORKER i RELIGION) - w tym drugim polecam głośne, świetne partie saksofonu. Na koniec tej miejscami kolorowej, bajecznej i wspaniałej płyty – najdłuższy i najważniejszy utwór/dzieło sztuki: SUN GOD. Ponad 11 minut muzyki, która na pewno nie jest gorsza, mniej szlachetna niż DEEP PURPLE – CHILD IN TIME czy LED ZEPPELIN - STAIRWAY TO HEAVEN. I jak te dwa utwory, powinna ona znajdować się w dziale „Klasyka Muzyki Rockowej Wszech Czasów”. I nie ma to-tamto. Podobna, stopniowana dramaturgia, ten sam klimat, to samo wzruszenie i niezwykłe emocje. Pytanie tylko, ile osób się o tym przekonało, ile osób o tym wie??? Gustownie prezentuje się pomarańczowa okładka płyty, na której widnieją klepsydry (teksty dotyczą upływającego czasu, samotności, miłości – lub jej braku, a także religii). Mam nadzieję, że niedługo ktoś/gdzieś odkryje i wyda jakieś nieznane utwory przygotowywane przez grupę na trzecią płytę (marzenie…). Czy wspomniałem, że to jedna z najlepszych płyt, jakie w życiu słyszałem? Słucham jej od około 15 lat przynajmniej raz na 2 tygodnie i nadal fascynuje… Czy ktoś tak kiedyś napisze o jakiejś współczesnej płycie?.. Mam obawy… Michał Mierzwiński It was while trying to find some info on FLAMENGO's classic record that I read in a person's review that they reminded him of RAW MATERIAL. I had never heard of that band as far as I could remember so I investigated and found out they released two studio albums (1970 / 1971) and then disappeared. The Gnosis site that rates albums fairly hard had this second record rated much higher than the first but also at an avareage rating of 11 out of 16 making this one a must have according to the experts. I wasn't blown away by it that's for sure but it is a solid 4 stars in my world. I'm very pleased to own it and the sax really reminds me of Ian McDonald's work on KING CRIMSON's debut. "Ice Queen" opens with the wind blowing then the music kicks in and takes over. This reminds me of early KING CRIMSON then the vocals follow. Love when it settles 1 1/2 minutes in and the wind returns. Contrasts continue. A jazzy interlude before 3 minutes with piano. The wind is back 4 minutes in then it kicks in again. Flute arrives after 5 minutes. "Empty Houses" opens with guitar and drums as the sax joins in. Passionate vocals a minute in. The sax replaces the vocals. Great sound after 4 1/2 minutes, quite powerful. The vocals are back after 6 minutes along with the organ. This is great right to the end. "Insolent Lady" features acoustic guitar and reserved vocals early on. Flute and bass help out too. Mellow stuff. The piano replaces the vocals then it kicks in with sax 2 1/2 minutes in. Vocals follow. A silent calm before 4 1/2 minutes then strummed guitar takes over followed by piano then organ as it builds. Drums and sax follow then vocals after 7 minutes. "Miracle Worker" is just a pleasure to listen to instrumentally. The sax, keyboards and guitar especially. "Religion" is an uptempo vocal track with blasting sax and a catchy rhythm. "Sun God" is the over 11 minute closer. It's fairly laid back to start then reserved vocals come in before 1 1/2 minutes. A change before 4 minutes as it picks up and turns fuller. It settles again after 5 minutes. I like it ! Intricate guitar and a dreamy sound here then back to the opening soundscape after 7 1/2 minutes as themes are repeated. Well worth checking out if your into KING CRIMSON or VDGG. Mellotron Storm ..::TRACK-LIST::.. 1. Ice Queen 6:42 2. Empty Houses 7:29 3. Insolent Lady (8:51) - By The Way - Small Thief - Insolent Lady 4. Miracle Worker 4:45 5. Religion 4:25 6. Sun God (11:14) - Awakening - Realisation - Worship Bonus Track B-side, 1971: 7. Ride on Pony 3:18 ..::OBSADA::.. Vocals, Keyboards - Colin Catt Percussion - Paul Young Saxophone, Flute, Vocals - Michael Fletscher Bass Guitar, Acoustic Guitar - Phil Gunn Electric Guitar, Acoustic Guitar - Dave Greene https://www.youtube.com/watch?v=Fm_Ex5HLhH8 SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-06 13:45:24
Rozmiar: 314.83 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Jeśli ktoś wyczekiwał, że w 2020 roku na rynku reedycji pojawi się jakiś prawdziwy ‘killer’ to bez wątpienia wiadomość, która dotarła do nas już jakiś czas temu spełniła te oczekiwania w co najmniej 200 %. No ale nie może być inaczej, jeśli jedna z najwybitniejszych płyt w historii muzyki zostaje wydana w wersji 26 (!!!) dyskowej. Album In The Court Of The Crimson King o którym już pisałem na naszym blogu nie wymaga żadnej rekomendacji. Powiedziano o nim chyba wszystko i nie sądzę, aby ktokolwiek, kto zagląda na Rockową płytotekę mógł go nie znać na pamięć. Dlatego zamiast filozofować od razu skupimy się na zawartości najnowszego wydawnictwa legendarnych – King Crimson. Właściwie box nazywać się będzie The Complete 1969 Recordings, ale ponieważ w tym roku zespół nagrał tylko jeden (debiutancki) album i tak wszystko w tym pudełku kręcić się będzie wokół jego zawartości. Oczywiście opisanie i przeanalizowanie całej zawartości boxu wymagało by co najmniej habilitacji, dlatego zerkniemy na wszystko w nieco bardziej powierzchowny i przystępny sposób. Zaznaczmy jednak od razu, że w zestawie mają się znaleźć WSZYSTKIE nagrania sesyjne oraz mixy (o jakich wiadomo że istnieją), komplet zachowanych rejestracji koncertowych i radiowych z 1969 roku oraz wybór nagrań z okresu przed wydaniem legendarnego debiutu. Wydawnictwo rozpoczynają albumy live. Na siedmiu dyskach zamieszczono wydawane już wcześniej w różnych seriach i konfiguracjach legendarne występy zespołu m.in. w Hyde Parku czy Fillmore West i East. Ponoć specjalnie dla tej edycji wykonano nowe masteringi i zgranie materiałów z nośników źródłowych, co zauważalnie poprawiło ich jakość. Kolejne pięć kompaktów do wszelkie warianty zasadniczego albumu. A więc zremasterowana wersja z 1969 roku, remixy z lat 2009 i 2019 oraz masa dodatków, zawartych w poprzednich edycjach. Wreszcie to co chyba najciekawsze, czyli ostatnie 7 dysków. Zawierają one na nowo zmiksowane do stereo wszystkie istniejące zapisy z sesji nagraniowej. Z jednej strony słuchanie np. 11 podejść do i Epitaph może być nieco nużące, ale z drugiej przecież wszyscy od zawsze marzymy, aby poznać jak najwięcej zachowanych outtake’ów naszych ukochanych zespołów. Dodatkowe dwie płyty audio to wybór na nowo zgranych i zremasterowanych nagrań zespołu Giles, Giles & Fripp z 1968 roku oraz CD z kapitalnymi rejestracjami dla Radia BBC (szkoda, że zachowało się ich tylko pięć). W pudełku znajdziemy jeszcze dwa DVD i cztery Blu-Raye – z masą nagrań zamieszczonych już na opisywanych kompaktach z tym, że podanych w innych formatach dźwiękowych (pliki stereo w wysokiej rozdzielczości, miksy przestrzenne w wielu wariantach, itp). Prawdziwą ucztą może okazać się nowy mix Stevena Wilsona wykonany w technologii Dolby Atmos (podobno solówki i mellotrony „krążą tam nad głową”, a instrumentalna sekcja w Moonchild, otrzymuje całkiem nową jakość). Posłuchamy – ocenimy. Całość zapakowano w pudło wielkości winylu, obok płyt zawierające oczywiście gruba 40-stronicowa książkę z wszelkimi informacjami i notkami o zamieszczonych w boxie nagraniach. Moją pierwszą reakcją na wieść o przygotowywanym zestawie była myśl: super, ale na pewno nie kupię, bo i tak nigdy nie będę słuchał. Ale że wydawnictwo dotyczy, kto wie czy nie najważniejszej płyty w historii rocka progresywnego powoli zaczynam się przełamywać. Paweł Nawara The complete audio history of one of the most important debut albums of all time is presented across 26 discs in this boxed set. Featuring a new Dolby Atmos mix by Steven Wilson, 6 CDs' worth of session material on CD & Blu-Ray for the first time (fully mixed by David Singleton), a further disc of newly compiled studio material, the box also includes the original studio album, every alternate take known to exist, every mix known to exist, all live recordings known to exist & a selection of pre/Crimson 1968 recordings. As with the previous seven boxed sets in the series, The Complete 1969 Recordings is housed in a vinyl sized box complete with a booklet featuring an introduction by Robert Fripp, notes about the source tapes from David Singleton, sleeve-notes by King Crimson biographer Sid Smith, previously unseen photos from the recordings sessions, additional memorabilia and a protective outer sleeve. Having done 5.1 Surround Sound mixes for both the 40th & 50th-anniversary editions of the album, Steven Wilson was able to take full advantage of the opportunities offered by Atmos mixing, allowing for far greater movement within the mix itself. As he put it: "I've definitely had a bit more fun with the Atmos mix, watch out for solos and mellotrons circling overhead!" While the improv section of 'Moonchild' is a particular beneficiary of this approach, the mix is very active, with plenty of ear-catching moments to offer to listeners. Likewise, significant work on the multi-track tapes was undertaken by David Singleton - who mixed all of the existing multi-track sessions recordings to stereo as well as running the single track CD length 'Let's Make a Hit Waxing' - from those same tapes. "Listening to the original recording sessions was astonishing. Time collapses and you are suddenly there in the studio with a young band, just starting out, as they experiment with recording their first album. It is not so much listening to a slick product, more witnessing a process. You are present at the birth.” ..::TRACK-LIST::.. CD 26 - BBC Sessions 1. 21st Century Schizoid Man 7:08 2. Epitaph 7:09 3. The Court Of The Crimson King 6:29 4. I Talk To The Wind 4:39 5. Get Thy Bearings 5:54 Live at Fairfield Hall, Croydon, October 17, 1969 6. Trees 18:59 https://www.youtube.com/watch?v=0EslOt4njQc SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-04 17:29:30
Rozmiar: 116.29 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Jeśli ktoś wyczekiwał, że w 2020 roku na rynku reedycji pojawi się jakiś prawdziwy ‘killer’ to bez wątpienia wiadomość, która dotarła do nas już jakiś czas temu spełniła te oczekiwania w co najmniej 200 %. No ale nie może być inaczej, jeśli jedna z najwybitniejszych płyt w historii muzyki zostaje wydana w wersji 26 (!!!) dyskowej. Album In The Court Of The Crimson King o którym już pisałem na naszym blogu nie wymaga żadnej rekomendacji. Powiedziano o nim chyba wszystko i nie sądzę, aby ktokolwiek, kto zagląda na Rockową płytotekę mógł go nie znać na pamięć. Dlatego zamiast filozofować od razu skupimy się na zawartości najnowszego wydawnictwa legendarnych – King Crimson. Właściwie box nazywać się będzie The Complete 1969 Recordings, ale ponieważ w tym roku zespół nagrał tylko jeden (debiutancki) album i tak wszystko w tym pudełku kręcić się będzie wokół jego zawartości. Oczywiście opisanie i przeanalizowanie całej zawartości boxu wymagało by co najmniej habilitacji, dlatego zerkniemy na wszystko w nieco bardziej powierzchowny i przystępny sposób. Zaznaczmy jednak od razu, że w zestawie mają się znaleźć WSZYSTKIE nagrania sesyjne oraz mixy (o jakich wiadomo że istnieją), komplet zachowanych rejestracji koncertowych i radiowych z 1969 roku oraz wybór nagrań z okresu przed wydaniem legendarnego debiutu. Wydawnictwo rozpoczynają albumy live. Na siedmiu dyskach zamieszczono wydawane już wcześniej w różnych seriach i konfiguracjach legendarne występy zespołu m.in. w Hyde Parku czy Fillmore West i East. Ponoć specjalnie dla tej edycji wykonano nowe masteringi i zgranie materiałów z nośników źródłowych, co zauważalnie poprawiło ich jakość. Kolejne pięć kompaktów do wszelkie warianty zasadniczego albumu. A więc zremasterowana wersja z 1969 roku, remixy z lat 2009 i 2019 oraz masa dodatków, zawartych w poprzednich edycjach. Wreszcie to co chyba najciekawsze, czyli ostatnie 7 dysków. Zawierają one na nowo zmiksowane do stereo wszystkie istniejące zapisy z sesji nagraniowej. Z jednej strony słuchanie np. 11 podejść do i Epitaph może być nieco nużące, ale z drugiej przecież wszyscy od zawsze marzymy, aby poznać jak najwięcej zachowanych outtake’ów naszych ukochanych zespołów. Dodatkowe dwie płyty audio to wybór na nowo zgranych i zremasterowanych nagrań zespołu Giles, Giles & Fripp z 1968 roku oraz CD z kapitalnymi rejestracjami dla Radia BBC (szkoda, że zachowało się ich tylko pięć). W pudełku znajdziemy jeszcze dwa DVD i cztery Blu-Raye – z masą nagrań zamieszczonych już na opisywanych kompaktach z tym, że podanych w innych formatach dźwiękowych (pliki stereo w wysokiej rozdzielczości, miksy przestrzenne w wielu wariantach, itp). Prawdziwą ucztą może okazać się nowy mix Stevena Wilsona wykonany w technologii Dolby Atmos (podobno solówki i mellotrony „krążą tam nad głową”, a instrumentalna sekcja w Moonchild, otrzymuje całkiem nową jakość). Posłuchamy – ocenimy. Całość zapakowano w pudło wielkości winylu, obok płyt zawierające oczywiście gruba 40-stronicowa książkę z wszelkimi informacjami i notkami o zamieszczonych w boxie nagraniach. Moją pierwszą reakcją na wieść o przygotowywanym zestawie była myśl: super, ale na pewno nie kupię, bo i tak nigdy nie będę słuchał. Ale że wydawnictwo dotyczy, kto wie czy nie najważniejszej płyty w historii rocka progresywnego powoli zaczynam się przełamywać. Paweł Nawara The complete audio history of one of the most important debut albums of all time is presented across 26 discs in this boxed set. Featuring a new Dolby Atmos mix by Steven Wilson, 6 CDs' worth of session material on CD & Blu-Ray for the first time (fully mixed by David Singleton), a further disc of newly compiled studio material, the box also includes the original studio album, every alternate take known to exist, every mix known to exist, all live recordings known to exist & a selection of pre/Crimson 1968 recordings. As with the previous seven boxed sets in the series, The Complete 1969 Recordings is housed in a vinyl sized box complete with a booklet featuring an introduction by Robert Fripp, notes about the source tapes from David Singleton, sleeve-notes by King Crimson biographer Sid Smith, previously unseen photos from the recordings sessions, additional memorabilia and a protective outer sleeve. Having done 5.1 Surround Sound mixes for both the 40th & 50th-anniversary editions of the album, Steven Wilson was able to take full advantage of the opportunities offered by Atmos mixing, allowing for far greater movement within the mix itself. As he put it: "I've definitely had a bit more fun with the Atmos mix, watch out for solos and mellotrons circling overhead!" While the improv section of 'Moonchild' is a particular beneficiary of this approach, the mix is very active, with plenty of ear-catching moments to offer to listeners. Likewise, significant work on the multi-track tapes was undertaken by David Singleton - who mixed all of the existing multi-track sessions recordings to stereo as well as running the single track CD length 'Let's Make a Hit Waxing' - from those same tapes. "Listening to the original recording sessions was astonishing. Time collapses and you are suddenly there in the studio with a young band, just starting out, as they experiment with recording their first album. It is not so much listening to a slick product, more witnessing a process. You are present at the birth.” ..::TRACK-LIST::.. CD 26 - BBC Sessions 1. 21st Century Schizoid Man 7:08 2. Epitaph 7:09 3. The Court Of The Crimson King 6:29 4. I Talk To The Wind 4:39 5. Get Thy Bearings 5:54 Live at Fairfield Hall, Croydon, October 17, 1969 6. Trees 18:59 https://www.youtube.com/watch?v=0EslOt4njQc SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-04 17:25:40
Rozmiar: 260.91 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Jeśli ktoś wyczekiwał, że w 2020 roku na rynku reedycji pojawi się jakiś prawdziwy ‘killer’ to bez wątpienia wiadomość, która dotarła do nas już jakiś czas temu spełniła te oczekiwania w co najmniej 200 %. No ale nie może być inaczej, jeśli jedna z najwybitniejszych płyt w historii muzyki zostaje wydana w wersji 26 (!!!) dyskowej. Album In The Court Of The Crimson King o którym już pisałem na naszym blogu nie wymaga żadnej rekomendacji. Powiedziano o nim chyba wszystko i nie sądzę, aby ktokolwiek, kto zagląda na Rockową płytotekę mógł go nie znać na pamięć. Dlatego zamiast filozofować od razu skupimy się na zawartości najnowszego wydawnictwa legendarnych – King Crimson. Właściwie box nazywać się będzie The Complete 1969 Recordings, ale ponieważ w tym roku zespół nagrał tylko jeden (debiutancki) album i tak wszystko w tym pudełku kręcić się będzie wokół jego zawartości. Oczywiście opisanie i przeanalizowanie całej zawartości boxu wymagało by co najmniej habilitacji, dlatego zerkniemy na wszystko w nieco bardziej powierzchowny i przystępny sposób. Zaznaczmy jednak od razu, że w zestawie mają się znaleźć WSZYSTKIE nagrania sesyjne oraz mixy (o jakich wiadomo że istnieją), komplet zachowanych rejestracji koncertowych i radiowych z 1969 roku oraz wybór nagrań z okresu przed wydaniem legendarnego debiutu. Wydawnictwo rozpoczynają albumy live. Na siedmiu dyskach zamieszczono wydawane już wcześniej w różnych seriach i konfiguracjach legendarne występy zespołu m.in. w Hyde Parku czy Fillmore West i East. Ponoć specjalnie dla tej edycji wykonano nowe masteringi i zgranie materiałów z nośników źródłowych, co zauważalnie poprawiło ich jakość. Kolejne pięć kompaktów do wszelkie warianty zasadniczego albumu. A więc zremasterowana wersja z 1969 roku, remixy z lat 2009 i 2019 oraz masa dodatków, zawartych w poprzednich edycjach. Wreszcie to co chyba najciekawsze, czyli ostatnie 7 dysków. Zawierają one na nowo zmiksowane do stereo wszystkie istniejące zapisy z sesji nagraniowej. Z jednej strony słuchanie np. 11 podejść do i Epitaph może być nieco nużące, ale z drugiej przecież wszyscy od zawsze marzymy, aby poznać jak najwięcej zachowanych outtake’ów naszych ukochanych zespołów. Dodatkowe dwie płyty audio to wybór na nowo zgranych i zremasterowanych nagrań zespołu Giles, Giles & Fripp z 1968 roku oraz CD z kapitalnymi rejestracjami dla Radia BBC (szkoda, że zachowało się ich tylko pięć). W pudełku znajdziemy jeszcze dwa DVD i cztery Blu-Raye – z masą nagrań zamieszczonych już na opisywanych kompaktach z tym, że podanych w innych formatach dźwiękowych (pliki stereo w wysokiej rozdzielczości, miksy przestrzenne w wielu wariantach, itp). Prawdziwą ucztą może okazać się nowy mix Stevena Wilsona wykonany w technologii Dolby Atmos (podobno solówki i mellotrony „krążą tam nad głową”, a instrumentalna sekcja w Moonchild, otrzymuje całkiem nową jakość). Posłuchamy – ocenimy. Całość zapakowano w pudło wielkości winylu, obok płyt zawierające oczywiście gruba 40-stronicowa książkę z wszelkimi informacjami i notkami o zamieszczonych w boxie nagraniach. Moją pierwszą reakcją na wieść o przygotowywanym zestawie była myśl: super, ale na pewno nie kupię, bo i tak nigdy nie będę słuchał. Ale że wydawnictwo dotyczy, kto wie czy nie najważniejszej płyty w historii rocka progresywnego powoli zaczynam się przełamywać. Paweł Nawara The complete audio history of one of the most important debut albums of all time is presented across 26 discs in this boxed set. Featuring a new Dolby Atmos mix by Steven Wilson, 6 CDs' worth of session material on CD & Blu-Ray for the first time (fully mixed by David Singleton), a further disc of newly compiled studio material, the box also includes the original studio album, every alternate take known to exist, every mix known to exist, all live recordings known to exist & a selection of pre/Crimson 1968 recordings. As with the previous seven boxed sets in the series, The Complete 1969 Recordings is housed in a vinyl sized box complete with a booklet featuring an introduction by Robert Fripp, notes about the source tapes from David Singleton, sleeve-notes by King Crimson biographer Sid Smith, previously unseen photos from the recordings sessions, additional memorabilia and a protective outer sleeve. Having done 5.1 Surround Sound mixes for both the 40th & 50th-anniversary editions of the album, Steven Wilson was able to take full advantage of the opportunities offered by Atmos mixing, allowing for far greater movement within the mix itself. As he put it: "I've definitely had a bit more fun with the Atmos mix, watch out for solos and mellotrons circling overhead!" While the improv section of 'Moonchild' is a particular beneficiary of this approach, the mix is very active, with plenty of ear-catching moments to offer to listeners. Likewise, significant work on the multi-track tapes was undertaken by David Singleton - who mixed all of the existing multi-track sessions recordings to stereo as well as running the single track CD length 'Let's Make a Hit Waxing' - from those same tapes. "Listening to the original recording sessions was astonishing. Time collapses and you are suddenly there in the studio with a young band, just starting out, as they experiment with recording their first album. It is not so much listening to a slick product, more witnessing a process. You are present at the birth.” ..::TRACK-LIST::.. CD 25 - Giles, Giles And Fripp (1968): 1. Tremelo Study In A Major (Spanish Suite) 1:41 2. Suite No. 1 5:36 3. Scrivens 2:15 4. Why Don't You Just Drop In (i) 3:43 5. I Talk To The Wind (i) 3:22 6. Plastic Pennies 2:22 7. Passages Of Time 3:34 8. Under The Sky (ii) 2:52 9. I Talk To The Wind (ii) 3:15 10. Erudite Eyes 6:49 11. Make It Today (ii) 4:49 12. Wonderland 6:09 13. Why Don't You Just Drop In (ii) 3:42 14. She is Loaded 3:15 Newly transfered from the original tapes recorded at 93 Brondesbury Road, London by Peter Giles (1968). Audible audio defects/artfacts a per original tapes. Mastered by David Singleton at DGM (2020). https://www.youtube.com/watch?v=0EslOt4njQc SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-04 16:46:02
Rozmiar: 124.64 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Jeśli ktoś wyczekiwał, że w 2020 roku na rynku reedycji pojawi się jakiś prawdziwy ‘killer’ to bez wątpienia wiadomość, która dotarła do nas już jakiś czas temu spełniła te oczekiwania w co najmniej 200 %. No ale nie może być inaczej, jeśli jedna z najwybitniejszych płyt w historii muzyki zostaje wydana w wersji 26 (!!!) dyskowej. Album In The Court Of The Crimson King o którym już pisałem na naszym blogu nie wymaga żadnej rekomendacji. Powiedziano o nim chyba wszystko i nie sądzę, aby ktokolwiek, kto zagląda na Rockową płytotekę mógł go nie znać na pamięć. Dlatego zamiast filozofować od razu skupimy się na zawartości najnowszego wydawnictwa legendarnych – King Crimson. Właściwie box nazywać się będzie The Complete 1969 Recordings, ale ponieważ w tym roku zespół nagrał tylko jeden (debiutancki) album i tak wszystko w tym pudełku kręcić się będzie wokół jego zawartości. Oczywiście opisanie i przeanalizowanie całej zawartości boxu wymagało by co najmniej habilitacji, dlatego zerkniemy na wszystko w nieco bardziej powierzchowny i przystępny sposób. Zaznaczmy jednak od razu, że w zestawie mają się znaleźć WSZYSTKIE nagrania sesyjne oraz mixy (o jakich wiadomo że istnieją), komplet zachowanych rejestracji koncertowych i radiowych z 1969 roku oraz wybór nagrań z okresu przed wydaniem legendarnego debiutu. Wydawnictwo rozpoczynają albumy live. Na siedmiu dyskach zamieszczono wydawane już wcześniej w różnych seriach i konfiguracjach legendarne występy zespołu m.in. w Hyde Parku czy Fillmore West i East. Ponoć specjalnie dla tej edycji wykonano nowe masteringi i zgranie materiałów z nośników źródłowych, co zauważalnie poprawiło ich jakość. Kolejne pięć kompaktów do wszelkie warianty zasadniczego albumu. A więc zremasterowana wersja z 1969 roku, remixy z lat 2009 i 2019 oraz masa dodatków, zawartych w poprzednich edycjach. Wreszcie to co chyba najciekawsze, czyli ostatnie 7 dysków. Zawierają one na nowo zmiksowane do stereo wszystkie istniejące zapisy z sesji nagraniowej. Z jednej strony słuchanie np. 11 podejść do i Epitaph może być nieco nużące, ale z drugiej przecież wszyscy od zawsze marzymy, aby poznać jak najwięcej zachowanych outtake’ów naszych ukochanych zespołów. Dodatkowe dwie płyty audio to wybór na nowo zgranych i zremasterowanych nagrań zespołu Giles, Giles & Fripp z 1968 roku oraz CD z kapitalnymi rejestracjami dla Radia BBC (szkoda, że zachowało się ich tylko pięć). W pudełku znajdziemy jeszcze dwa DVD i cztery Blu-Raye – z masą nagrań zamieszczonych już na opisywanych kompaktach z tym, że podanych w innych formatach dźwiękowych (pliki stereo w wysokiej rozdzielczości, miksy przestrzenne w wielu wariantach, itp). Prawdziwą ucztą może okazać się nowy mix Stevena Wilsona wykonany w technologii Dolby Atmos (podobno solówki i mellotrony „krążą tam nad głową”, a instrumentalna sekcja w Moonchild, otrzymuje całkiem nową jakość). Posłuchamy – ocenimy. Całość zapakowano w pudło wielkości winylu, obok płyt zawierające oczywiście gruba 40-stronicowa książkę z wszelkimi informacjami i notkami o zamieszczonych w boxie nagraniach. Moją pierwszą reakcją na wieść o przygotowywanym zestawie była myśl: super, ale na pewno nie kupię, bo i tak nigdy nie będę słuchał. Ale że wydawnictwo dotyczy, kto wie czy nie najważniejszej płyty w historii rocka progresywnego powoli zaczynam się przełamywać. Paweł Nawara The complete audio history of one of the most important debut albums of all time is presented across 26 discs in this boxed set. Featuring a new Dolby Atmos mix by Steven Wilson, 6 CDs' worth of session material on CD & Blu-Ray for the first time (fully mixed by David Singleton), a further disc of newly compiled studio material, the box also includes the original studio album, every alternate take known to exist, every mix known to exist, all live recordings known to exist & a selection of pre/Crimson 1968 recordings. As with the previous seven boxed sets in the series, The Complete 1969 Recordings is housed in a vinyl sized box complete with a booklet featuring an introduction by Robert Fripp, notes about the source tapes from David Singleton, sleeve-notes by King Crimson biographer Sid Smith, previously unseen photos from the recordings sessions, additional memorabilia and a protective outer sleeve. Having done 5.1 Surround Sound mixes for both the 40th & 50th-anniversary editions of the album, Steven Wilson was able to take full advantage of the opportunities offered by Atmos mixing, allowing for far greater movement within the mix itself. As he put it: "I've definitely had a bit more fun with the Atmos mix, watch out for solos and mellotrons circling overhead!" While the improv section of 'Moonchild' is a particular beneficiary of this approach, the mix is very active, with plenty of ear-catching moments to offer to listeners. Likewise, significant work on the multi-track tapes was undertaken by David Singleton - who mixed all of the existing multi-track sessions recordings to stereo as well as running the single track CD length 'Let's Make a Hit Waxing' - from those same tapes. "Listening to the original recording sessions was astonishing. Time collapses and you are suddenly there in the studio with a young band, just starting out, as they experiment with recording their first album. It is not so much listening to a slick product, more witnessing a process. You are present at the birth.” ..::TRACK-LIST::.. CD 25 - Giles, Giles And Fripp (1968): 1. Tremelo Study In A Major (Spanish Suite) 1:41 2. Suite No. 1 5:36 3. Scrivens 2:15 4. Why Don't You Just Drop In (i) 3:43 5. I Talk To The Wind (i) 3:22 6. Plastic Pennies 2:22 7. Passages Of Time 3:34 8. Under The Sky (ii) 2:52 9. I Talk To The Wind (ii) 3:15 10. Erudite Eyes 6:49 11. Make It Today (ii) 4:49 12. Wonderland 6:09 13. Why Don't You Just Drop In (ii) 3:42 14. She is Loaded 3:15 Newly transfered from the original tapes recorded at 93 Brondesbury Road, London by Peter Giles (1968). Audible audio defects/artfacts a per original tapes. Mastered by David Singleton at DGM (2020). https://www.youtube.com/watch?v=0EslOt4njQc SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-04 16:40:54
Rozmiar: 339.54 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Rzadki, limitowany do 500 egzemplarzy europejski CD, będący trwającą 77 minut i naprawdę doskonałą kompilacja bardzo rzadkich, bądź też unikalnych nagrań zespołu z jego wczesnego, przełomowego (tuż przed zdobyciem popularności) okresu - zarejestrowanych pomiędzy styczniem a lipcem 1971 roku (z Billem Brufordem na bębnach i Tonym Kaye'em na organach), podczas tras promujących albumy "Time And The Word" i "The Yes Album". Płyta zawiera unikalny i bardzo interesujący zestaw nagrań, m.in. kapitalną, rozimprowizowaną, 16-minutową wersję "America" z repertuaru Simon & Garfunkel, 11-minutowy "It's Love" amerykańskiej grupy The Rascals, znane z drugiej płyty, fantastyczne i mocno zmienione wersje progresywnego "Astral Traveller" i absolutnie genialnego "Everydays" z repertuaru Buffalo Springfield i wreszcie rozbudowane, trwające po 11 i 14 minut "Yours Is No Disgrace" oraz "Perpetual Change". Jakość dźwięku jest perfekcyjna. Moim zdaniem, obok klasycznego "Yessongs" jest to najlepszy koncertowy materiał Yes, jaki kiedykolwiek słyszałem! JL ..::TRACK-LIST::.. 1. Yours Is No Disgrace 11:49 Written By - Bruford, Squire, Anderson, Howe, Kaye 2. Your Move / I've Seen All Good People 7:39 Written By - Squire, Anderson 3. Astral Traveller 6:53 Written By - Anderson 4. Everydays 11:14 Written By - Stills 5. America 15:49 Written By - Simon 6. It's Love 12:00 Written By - Brigati, Cavaliere 7. Perpetual Change 14:20 Written By - Squire, Anderson Soundboard recordings recorded live during 'Time And A Word' and 'The Yes Album' tours. Tracks 1, 2, 5 & 6 recorded live at the Crystal Palace Bowl, London, UK 7.31.71. Tracks 3 & 4 recorded live at the Konserthuset, Gothenburg, Sweden 1.24.71. Track 7 recorded live at the Yale Bowl, New Haven, CT, USA 7.24.71. ..::OBSADA::.. Bass, Backing Vocals - Chris Squire Drums - Bill Bruford Guitar, Backing Vocals - Steve Howe Lead Vocals, Tambourine - Jon Anderson Organ [Hammond] - Tony Kaye https://www.youtube.com/watch?v=lZqDXQqA1Sc SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-04 10:47:37
Rozmiar: 184.01 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Rzadki, limitowany do 500 egzemplarzy europejski CD, będący trwającą 77 minut i naprawdę doskonałą kompilacja bardzo rzadkich, bądź też unikalnych nagrań zespołu z jego wczesnego, przełomowego (tuż przed zdobyciem popularności) okresu - zarejestrowanych pomiędzy styczniem a lipcem 1971 roku (z Billem Brufordem na bębnach i Tonym Kaye'em na organach), podczas tras promujących albumy "Time And The Word" i "The Yes Album". Płyta zawiera unikalny i bardzo interesujący zestaw nagrań, m.in. kapitalną, rozimprowizowaną, 16-minutową wersję "America" z repertuaru Simon & Garfunkel, 11-minutowy "It's Love" amerykańskiej grupy The Rascals, znane z drugiej płyty, fantastyczne i mocno zmienione wersje progresywnego "Astral Traveller" i absolutnie genialnego "Everydays" z repertuaru Buffalo Springfield i wreszcie rozbudowane, trwające po 11 i 14 minut "Yours Is No Disgrace" oraz "Perpetual Change". Jakość dźwięku jest perfekcyjna. Moim zdaniem, obok klasycznego "Yessongs" jest to najlepszy koncertowy materiał Yes, jaki kiedykolwiek słyszałem! JL ..::OPIS::.. 1. Yours Is No Disgrace 11:49 Written By - Bruford, Squire, Anderson, Howe, Kaye 2. Your Move / I've Seen All Good People 7:39 Written By - Squire, Anderson 3. Astral Traveller 6:53 Written By - Anderson 4. Everydays 11:14 Written By - Stills 5. America 15:49 Written By - Simon 6. It's Love 12:00 Written By - Brigati, Cavaliere 7. Perpetual Change 14:20 Written By - Squire, Anderson Soundboard recordings recorded live during 'Time And A Word' and 'The Yes Album' tours. Tracks 1, 2, 5 & 6 recorded live at the Crystal Palace Bowl, London, UK 7.31.71. Tracks 3 & 4 recorded live at the Konserthuset, Gothenburg, Sweden 1.24.71. Track 7 recorded live at the Yale Bowl, New Haven, CT, USA 7.24.71. ..::OBSADA::.. Bass, Backing Vocals - Chris Squire Drums - Bill Bruford Guitar, Backing Vocals - Steve Howe Lead Vocals, Tambourine - Jon Anderson Organ [Hammond] - Tony Kaye https://www.youtube.com/watch?v=lZqDXQqA1Sc SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-04 10:43:12
Rozmiar: 504.68 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Jeśli ktoś wyczekiwał, że w 2020 roku na rynku reedycji pojawi się jakiś prawdziwy ‘killer’ to bez wątpienia wiadomość, która dotarła do nas już jakiś czas temu spełniła te oczekiwania w co najmniej 200 %. No ale nie może być inaczej, jeśli jedna z najwybitniejszych płyt w historii muzyki zostaje wydana w wersji 26 (!!!) dyskowej. Album In The Court Of The Crimson King o którym już pisałem na naszym blogu nie wymaga żadnej rekomendacji. Powiedziano o nim chyba wszystko i nie sądzę, aby ktokolwiek, kto zagląda na Rockową płytotekę mógł go nie znać na pamięć. Dlatego zamiast filozofować od razu skupimy się na zawartości najnowszego wydawnictwa legendarnych – King Crimson. Właściwie box nazywać się będzie The Complete 1969 Recordings, ale ponieważ w tym roku zespół nagrał tylko jeden (debiutancki) album i tak wszystko w tym pudełku kręcić się będzie wokół jego zawartości. Oczywiście opisanie i przeanalizowanie całej zawartości boxu wymagało by co najmniej habilitacji, dlatego zerkniemy na wszystko w nieco bardziej powierzchowny i przystępny sposób. Zaznaczmy jednak od razu, że w zestawie mają się znaleźć WSZYSTKIE nagrania sesyjne oraz mixy (o jakich wiadomo że istnieją), komplet zachowanych rejestracji koncertowych i radiowych z 1969 roku oraz wybór nagrań z okresu przed wydaniem legendarnego debiutu. Wydawnictwo rozpoczynają albumy live. Na siedmiu dyskach zamieszczono wydawane już wcześniej w różnych seriach i konfiguracjach legendarne występy zespołu m.in. w Hyde Parku czy Fillmore West i East. Ponoć specjalnie dla tej edycji wykonano nowe masteringi i zgranie materiałów z nośników źródłowych, co zauważalnie poprawiło ich jakość. Kolejne pięć kompaktów do wszelkie warianty zasadniczego albumu. A więc zremasterowana wersja z 1969 roku, remixy z lat 2009 i 2019 oraz masa dodatków, zawartych w poprzednich edycjach. Wreszcie to co chyba najciekawsze, czyli ostatnie 7 dysków. Zawierają one na nowo zmiksowane do stereo wszystkie istniejące zapisy z sesji nagraniowej. Z jednej strony słuchanie np. 11 podejść do i Epitaph może być nieco nużące, ale z drugiej przecież wszyscy od zawsze marzymy, aby poznać jak najwięcej zachowanych outtake’ów naszych ukochanych zespołów. Dodatkowe dwie płyty audio to wybór na nowo zgranych i zremasterowanych nagrań zespołu Giles, Giles & Fripp z 1968 roku oraz CD z kapitalnymi rejestracjami dla Radia BBC (szkoda, że zachowało się ich tylko pięć). W pudełku znajdziemy jeszcze dwa DVD i cztery Blu-Raye – z masą nagrań zamieszczonych już na opisywanych kompaktach z tym, że podanych w innych formatach dźwiękowych (pliki stereo w wysokiej rozdzielczości, miksy przestrzenne w wielu wariantach, itp). Prawdziwą ucztą może okazać się nowy mix Stevena Wilsona wykonany w technologii Dolby Atmos (podobno solówki i mellotrony „krążą tam nad głową”, a instrumentalna sekcja w Moonchild, otrzymuje całkiem nową jakość). Posłuchamy – ocenimy. Całość zapakowano w pudło wielkości winylu, obok płyt zawierające oczywiście gruba 40-stronicowa książkę z wszelkimi informacjami i notkami o zamieszczonych w boxie nagraniach. Moją pierwszą reakcją na wieść o przygotowywanym zestawie była myśl: super, ale na pewno nie kupię, bo i tak nigdy nie będę słuchał. Ale że wydawnictwo dotyczy, kto wie czy nie najważniejszej płyty w historii rocka progresywnego powoli zaczynam się przełamywać. Paweł Nawara The complete audio history of one of the most important debut albums of all time is presented across 26 discs in this boxed set. Featuring a new Dolby Atmos mix by Steven Wilson, 6 CDs' worth of session material on CD & Blu-Ray for the first time (fully mixed by David Singleton), a further disc of newly compiled studio material, the box also includes the original studio album, every alternate take known to exist, every mix known to exist, all live recordings known to exist & a selection of pre/Crimson 1968 recordings. As with the previous seven boxed sets in the series, The Complete 1969 Recordings is housed in a vinyl sized box complete with a booklet featuring an introduction by Robert Fripp, notes about the source tapes from David Singleton, sleeve-notes by King Crimson biographer Sid Smith, previously unseen photos from the recordings sessions, additional memorabilia and a protective outer sleeve. Having done 5.1 Surround Sound mixes for both the 40th & 50th-anniversary editions of the album, Steven Wilson was able to take full advantage of the opportunities offered by Atmos mixing, allowing for far greater movement within the mix itself. As he put it: "I've definitely had a bit more fun with the Atmos mix, watch out for solos and mellotrons circling overhead!" While the improv section of 'Moonchild' is a particular beneficiary of this approach, the mix is very active, with plenty of ear-catching moments to offer to listeners. Likewise, significant work on the multi-track tapes was undertaken by David Singleton - who mixed all of the existing multi-track sessions recordings to stereo as well as running the single track CD length 'Let's Make a Hit Waxing' - from those same tapes. "Listening to the original recording sessions was astonishing. Time collapses and you are suddenly there in the studio with a young band, just starting out, as they experiment with recording their first album. It is not so much listening to a slick product, more witnessing a process. You are present at the birth.” ..::TRACK-LIST::.. DVD 2 - In The Court Of The Crimson King [2019 Mixes]: MLP Lossless 5.1 Surround, DTS 5.1 Digital Surrond 1. 21st Century Schizoid Man 2. I Talk To The Wind 3. Epitaph 4. Moonchild 5. The Court Of The Crimson King MLP Lossless Stereo (24/48), LPCM Stereo (24/48) 6. 21st Century Schizoid Man 7. I Talk To The Wind 8. Epitaph 9. Moonchild 10. The Court Of The Crimson King Original Master Edition 11. 21st Century Schizoid Man 12. I Talk To The Wind 13. Epitaph 14. Moonchild 15. The Court Of The Crimson King Video Content 16. Hyde Park Film Snippet https://www.youtube.com/watch?v=0EslOt4njQc SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-03 11:34:40
Rozmiar: 1.94 GB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Jeśli ktoś wyczekiwał, że w 2020 roku na rynku reedycji pojawi się jakiś prawdziwy ‘killer’ to bez wątpienia wiadomość, która dotarła do nas już jakiś czas temu spełniła te oczekiwania w co najmniej 200 %. No ale nie może być inaczej, jeśli jedna z najwybitniejszych płyt w historii muzyki zostaje wydana w wersji 26 (!!!) dyskowej. Album In The Court Of The Crimson King o którym już pisałem na naszym blogu nie wymaga żadnej rekomendacji. Powiedziano o nim chyba wszystko i nie sądzę, aby ktokolwiek, kto zagląda na Rockową płytotekę mógł go nie znać na pamięć. Dlatego zamiast filozofować od razu skupimy się na zawartości najnowszego wydawnictwa legendarnych – King Crimson. Właściwie box nazywać się będzie The Complete 1969 Recordings, ale ponieważ w tym roku zespół nagrał tylko jeden (debiutancki) album i tak wszystko w tym pudełku kręcić się będzie wokół jego zawartości. Oczywiście opisanie i przeanalizowanie całej zawartości boxu wymagało by co najmniej habilitacji, dlatego zerkniemy na wszystko w nieco bardziej powierzchowny i przystępny sposób. Zaznaczmy jednak od razu, że w zestawie mają się znaleźć WSZYSTKIE nagrania sesyjne oraz mixy (o jakich wiadomo że istnieją), komplet zachowanych rejestracji koncertowych i radiowych z 1969 roku oraz wybór nagrań z okresu przed wydaniem legendarnego debiutu. Wydawnictwo rozpoczynają albumy live. Na siedmiu dyskach zamieszczono wydawane już wcześniej w różnych seriach i konfiguracjach legendarne występy zespołu m.in. w Hyde Parku czy Fillmore West i East. Ponoć specjalnie dla tej edycji wykonano nowe masteringi i zgranie materiałów z nośników źródłowych, co zauważalnie poprawiło ich jakość. Kolejne pięć kompaktów do wszelkie warianty zasadniczego albumu. A więc zremasterowana wersja z 1969 roku, remixy z lat 2009 i 2019 oraz masa dodatków, zawartych w poprzednich edycjach. Wreszcie to co chyba najciekawsze, czyli ostatnie 7 dysków. Zawierają one na nowo zmiksowane do stereo wszystkie istniejące zapisy z sesji nagraniowej. Z jednej strony słuchanie np. 11 podejść do i Epitaph może być nieco nużące, ale z drugiej przecież wszyscy od zawsze marzymy, aby poznać jak najwięcej zachowanych outtake’ów naszych ukochanych zespołów. Dodatkowe dwie płyty audio to wybór na nowo zgranych i zremasterowanych nagrań zespołu Giles, Giles & Fripp z 1968 roku oraz CD z kapitalnymi rejestracjami dla Radia BBC (szkoda, że zachowało się ich tylko pięć). W pudełku znajdziemy jeszcze dwa DVD i cztery Blu-Raye – z masą nagrań zamieszczonych już na opisywanych kompaktach z tym, że podanych w innych formatach dźwiękowych (pliki stereo w wysokiej rozdzielczości, miksy przestrzenne w wielu wariantach, itp). Prawdziwą ucztą może okazać się nowy mix Stevena Wilsona wykonany w technologii Dolby Atmos (podobno solówki i mellotrony „krążą tam nad głową”, a instrumentalna sekcja w Moonchild, otrzymuje całkiem nową jakość). Posłuchamy – ocenimy. Całość zapakowano w pudło wielkości winylu, obok płyt zawierające oczywiście gruba 40-stronicowa książkę z wszelkimi informacjami i notkami o zamieszczonych w boxie nagraniach. Moją pierwszą reakcją na wieść o przygotowywanym zestawie była myśl: super, ale na pewno nie kupię, bo i tak nigdy nie będę słuchał. Ale że wydawnictwo dotyczy, kto wie czy nie najważniejszej płyty w historii rocka progresywnego powoli zaczynam się przełamywać. Paweł Nawara The complete audio history of one of the most important debut albums of all time is presented across 26 discs in this boxed set. Featuring a new Dolby Atmos mix by Steven Wilson, 6 CDs' worth of session material on CD & Blu-Ray for the first time (fully mixed by David Singleton), a further disc of newly compiled studio material, the box also includes the original studio album, every alternate take known to exist, every mix known to exist, all live recordings known to exist & a selection of pre/Crimson 1968 recordings. As with the previous seven boxed sets in the series, The Complete 1969 Recordings is housed in a vinyl sized box complete with a booklet featuring an introduction by Robert Fripp, notes about the source tapes from David Singleton, sleeve-notes by King Crimson biographer Sid Smith, previously unseen photos from the recordings sessions, additional memorabilia and a protective outer sleeve. Having done 5.1 Surround Sound mixes for both the 40th & 50th-anniversary editions of the album, Steven Wilson was able to take full advantage of the opportunities offered by Atmos mixing, allowing for far greater movement within the mix itself. As he put it: "I've definitely had a bit more fun with the Atmos mix, watch out for solos and mellotrons circling overhead!" While the improv section of 'Moonchild' is a particular beneficiary of this approach, the mix is very active, with plenty of ear-catching moments to offer to listeners. Likewise, significant work on the multi-track tapes was undertaken by David Singleton - who mixed all of the existing multi-track sessions recordings to stereo as well as running the single track CD length 'Let's Make a Hit Waxing' - from those same tapes. "Listening to the original recording sessions was astonishing. Time collapses and you are suddenly there in the studio with a young band, just starting out, as they experiment with recording their first album. It is not so much listening to a slick product, more witnessing a process. You are present at the birth.” ..::TRACK-LIST::.. DVD 1 - Sessions 1969: MLP Lossless Stereo (24/48), LPCM Stereo (24/48), Sessions June 12 1. 21st Century Schizoid Man (Morgan Studio Instrumental) 6:48 July 7 2. Epitaph Takes 1 To 3 3. Epitaph Takes 4 To 8 July 9 4. I Talk To The Wind Takes 1 To 4 5. I Talk To The Wind Takes 5 To 8 6. I Talk To The Wind Takes 9 To 12 July 10 7. The Court Of The Crimson King Stereo Takes 8. The Court Of The Crimson King Take 6 July 16 9. The Court Of The Crimson King Take 1 And 2 10. The Court Of The Crimson King Takes 3 To 7 11. The Court Of The Crimson King Takes 8 To 10 12. The Court Of The Crimson King Trailer Take 1 July 21 13. I Talk To The Wind Early Take 14. I Talk To The Wind Takes 3 To 6 15. I Talk To The Wind Takes 7 To 9 16. 21st Century Schizoid Man Sax Soundcheck July 30 17. Epitaph Takes 1 To 3 18. Epitaph Takes 5 To 11 July 31 19. Moonchild Takes 1 to 8 20. Moonchild Take 9 August 6 21. Trailer (Take) And Trailer (Take Overdubbed) 22. Pipe Organ Takes 23. Wind Noise Takes August 13 24. The Court Of The Crimson King Takes 19:26 MLP Lossless Stereo (24/48), LPCM Stereo (24/48), Let's Make A Hit Waxing 25. Let's Make A Hit Waxing 1:08:09 LPCM Stereo (16/48) Stormy Selections 26. The Court Of The Crimson King 27. Ahh 28. I Talk To The Wind 29. Epitaph Take 2 https://www.youtube.com/watch?v=0EslOt4njQc SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-03 11:17:42
Rozmiar: 7.60 GB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
|
|||||||||||||