|
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::..
Są takie zespoły, które nie tylko tworzą muzykę, ale wręcz rzeźbią w emocjach, a Soen od lat udowadnia, że w tej dziedzinie osiągnął stopień mistrzowski. Jego najnowsze dzieło, „Reliance”, którego premiera przypadła na mroźny 16. dzień stycznia 2026 roku, jawi się niczym schronienie dla zagubionych dusz – to płyta gęsta od pytań o ludzką kruchość i potrzebę bliskości w coraz bardziej odizolowanym świecie.
Już od pierwszych dźwięków Soen nie bierze jeńców. Zespół mistrzowsko balansuje na krawędzi: z jednej strony uderza w nas potężnym, niemal mathmetalowym ciężarem sekcji rytmicznej, z drugiej zaś otula aksamitnym, pełnym melancholii głosem Joela Ekelöfa. Ta bezkompromisowość materializuje się w otwierającym album utworze „Primal”.
„Reliance” to album, na którym szwedzcy progmetalowcy przestają jedynie obserwować rzeczywistość, a zaczynają ją bezlitośnie analizować. Pod względem produkcyjnym to absolutny majstersztyk, za który odpowiada Alexander Backlund z Fascination Street Studios. Zespół zrezygnował z nadmiernego przepychu na rzecz surowości, która paradoksalnie brzmi niezwykle nowocześnie. Gitary Cody’ego Lee Forda tną powietrze z chirurgiczną precyzją, a bębny Lopeza nadają kompozycjom niemal plemienny, transowy rytm. Szczególnie słychać to w „Axis”, gdzie sekcja rytmiczna napędza utwór z niespotykaną dotąd u Szwedów dynamiką, ocierającą się o rockową drapieżność.
W utworach takich, jak „Discordia” czy „Unbound” słychać nową, dojrzalszą odwagę w eksperymentowaniu z mrokiem. To sprawia, że płyta, choć wierna estetyce znanej z płyt „Lotus”, „Imperial” czy "Memorial", tętni zupełnie nową, niepokojącą energią.
Głównym motywem płyty jest tytułowe „poleganie” (reliance), ale ujęte w krzywym zwierciadle współczesności. Joel Ekelöf w przejmującym „Indifferent”, z towarzyszeniem kwartetu smyczkowego Atlantis, śpiewa o momencie, gdy uświadamiamy sobie, że osoba, na której budowaliśmy swój świat, stała się emocjonalnie nieobecna. Z kolei wspomniana „Discordia” to mroczna podróż w stronę izolacji, gdzie zespół bada, jak technologia i podziały społeczne niszczą naszą pierwotną potrzebę więzi.
Płyta nie nuży ani przez moment, mimo że kompozycje rzadko przekraczają pięć minut. Soen udowadnia, że progresywność nie musi oznaczać dziesięciominutowych solówek, lecz gęstość emocjonalną i dbałość o detal. Album wieńczy hipnotyzujący „Vellichor”, który zostawia słuchacza w stanie zawieszenia między smutkiem a nadzieją.
„Reliance” to nie jest płyta do słuchania w tle. To podróż przez monumentalny, opuszczony gmach ludzkiej psychiki, która wymaga od nas odwagi, by stanąć przed lustrem i zapytać: na kim tak naprawdę polegamy, gdy gasną wszystkie światła? To najmocniejszy kandydat do płyty roku, jaki mogliśmy sobie wymarzyć już na samym początku 2026 roku.
Oto przewodnik po świecie, namalowanym przez Soen na ich najnowszym albumie: wyobraź sobie, że stoisz na skraju ogromnego, ciemnego lasu w mroźny poranek 16 stycznia 2026 roku. Powietrze jest tak zimne, że każdy oddech sprawia ból, ale jednocześnie przypomina ci, że żyjesz. „Primal” to właśnie ten pierwszy, gwałtowny haust powietrza. Utwór nie zaczyna się od melodii, lecz od rytmicznego uderzenia, które przypomina tętno kogoś, kto właśnie rzucił się do ucieczki – lub do ataku. Perkusja Martina Lopeza nie tylko nadaje tempo; ona wyznacza kierunek tej pierwotnej pogoni. Brzmienie gitar w tym utworze jest ciężkie i nieustępliwe, jakby płyty tektoniczne tarły o siebie głęboko pod ziemią. To dźwięk fundamentów, które odmawiają posłuszeństwa. W tym całym instrumentalnym chaosie pojawia się głos Joela Ekelöfa – czysty, wysoki, niemal nienaturalnie spokojny. Jest on jak światło latarni morskiej przebijające się przez sztorm; przypomina o tym, że nawet w najbardziej pierwotnym gniewie tkwi cząstka ludzkiej wrażliwości. „Primal” to muzyczny odpowiednik zrzucenia ciężkiego pancerza. To moment, w którym przestajesz analizować, a zaczynasz odczuwać. To brutalne przypomnienie, że pod warstwą technologii, garniturów i społecznych ról, każdy z nas nosi w sobie to samo, surowe i nieokiełznane „coś”, co każe nam walczyć o przetrwanie. To idealny „otwieracz” – nie puka do drzwi twojej percepcji, on wyważa je z zawiasów, przygotowując grunt pod resztę opowieści zawartej na płycie.
Jeśli „Primal” był wyważeniem drzwi, to „Mercenary” jest wejściem prosto w gęsty, duszny tłum nowoczesnej metropolii, gdzie każda twarz jest maską, a każda relacja ma swoją ukrytą cenę. To muzyczny opis handlu własną tożsamością w świecie, który wymaga od nas ciągłej gotowości do sprzedaży cząstki siebie. Utwór opiera się na nerwowym, niemal paranoicznym pulsie. Perkusja Martina Lopeza brzmi tutaj jak precyzyjny mechanizm zegarowy, który odlicza czas do momentu, w którym będziemy musieli opowiedzieć się po jednej ze stron. Nie ma tu miejsca na przypadek – każdy akcent jest jak pewny krok najemnika idącego na misję. Cody Lee Ford operuje tu riffami, które są zimne i techniczne. Gitary nie płyną – one tną powietrze z chirurgiczną precyzją, tworząc dźwiękową architekturę szklanych biurowców i ciemnych alejek. To brzmienie odziera słuchacza ze złudzeń, że w tej grze można zachować czyste ręce. Joel Ekelöf w refrenie wchodzi na wyżyny swojej melodyjności, ale tym razem w jego głosie słychać nutę goryczy. Śpiewa jak ktoś, kto właśnie przejrzał zasady gry i zrozumiał, że w pogoni za „więcej” stał się jedynie narzędziem w cudzych rękach. Jego wokal jest tu jedynym ludzkim elementem w świecie zdominowanym przez metaliczną precyzję instrumentów. „Mercenary” to dźwiękowy odpowiednik spaceru po krawędzi wieżowca. Czujesz zawrót głowy od wysokości i pędu świata, ale jednocześnie boisz się zatrzymać, by nie stracić równowagi. To utwór o utracie niewinności i o momencie, w którym uświadamiamy sobie, że w pogoni za przetrwaniem staliśmy się najemnikami we własnym życiu. To najbardziej drapieżny moment na albumie, który udowadnia, że Soen potrafi zamienić progresywny metal w ścieżkę dźwiękową do współczesnego thrillera psychologicznego.
Jeśli poprzednie utwory prowadziły nas przez świat zewnętrzny, to „Discordia” jest momentem, w którym Soen gwałtownie skręca w głąb najmroczniejszych korytarzy ludzkiej psychiki. To najgęstszy i najbardziej niepokojący punkt albumu – muzyczne studium rozpadu, gdzie harmonia ustępuje miejsca tytułowemu nienastrojeniu. Utwór otwiera się partiami, które brzmią jak echo głosów w pustym kanale. Niepokój nie bierze się tu z głośności, ale z narastającego poczucia osaczenia. To dźwiękowy odpowiednik błądzenia po labiryncie luster – w każdym odbiciu widzisz kogoś innego i po chwili nie wiesz już, która twarz należy do ciebie, a która jest jedynie projekcją twoich lęków. Sekcja rytmiczna w „Discordii” porzuca marszową pewność siebie na rzecz połamanych rytmicznych podziałów. Gitary nie budują już bezpiecznych struktur; one raczej zgrzytają i zawodzą, naśladując dźwięk pękających więzi. To moment, w którym zespół bada, jak technologia i społeczne podziały kruszą naszą pierwotną potrzebę jedności, zamieniając ją w kakofonię wzajemnych oskarżeń. Joel Ekelöf śpiewa tutaj z niespotykaną wcześniej rezygnacją, która w refrenach przechodzi w przejmujące wołanie o ratunek. Jego głos nie jest już latarnią – jest raczej ostatnią iskrą gasnącą w ciemności. To opis izolacji absolutnej, w której jedynym towarzyszem człowieka staje się jego własny cień. „Discordia” to muzyczny odpowiednik stania na środku pękającej tafli lodu. Słyszysz każdy trzask pod stopami, czujesz zbliżający się chłód głębiny i wiesz, że nie ma już dokąd uciec. To utwór o „niezgodzie” – tej wewnętrznej, która rozdziera nas od środka, i tej zewnętrznej, która sprawia, że patrzymy na drugiego człowieka jak na wroga. To bez wątpienia najbardziej „psychologiczny” moment płyty „Reliance”, zostawiający słuchacza w stanie głębokiego, oczyszczającego niepokoju.
Po gęstym mroku i zagubieniu w labiryncie „Discordii”, „Axis” przynosi moment brutalnej, niemal bolesnej, stabilizacji. Tytułowa „Oś” to jedyny stały punkt w wirującym chaosie – to muzyczne wyobrażenie wewnętrznej siły, która każe nam stać prosto, nawet gdy cały świat wokół zaczyna pękać i walić się nam na głowę. Jeśli „Primal” był ucieczką, to sekcja rytmiczna w „Axis” jest fundamentem. Perkusja Martina Lopeza uderza tu z niespotykaną dotąd drapieżnością, ale jest to uderzenie kontrolowane, ciężkie i pewne. Przypomina ono miarowy krok kogoś, kto niesie na swoich barkach ogromny ciężar, ale odmawia upadku. To dynamika, która ociera się o rockową bezczelność, dając słuchaczowi poczucie dziwnej mocy. Cody Lee Ford rezygnuje tu z eterycznych plam dźwięku na rzecz riffów, które brzmią jak stalowe pręty zbrojeniowe. Są twarde, nieugięte i zimne. Gitary w tym utworze nie ozdabiają rzeczywistości – one ją konstruują, tworząc klatkę bezpieczeństwa, w której możemy się schronić przed szaleństwem poprzednich kompozycji. Joel Ekelöf porzuca tu melancholię na rzecz pewnego rodzaju determinacji. Jego wokal w „Axis” brzmi jak głos dowódcy w samym środku bitwy; nie pociesza, ale mobilizuje. To przypomnienie, że każdy z nas ma w sobie taką „oś” – kręgosłup moralny lub emocjonalny, którego nie da się złamać, o ile tylko go posiadamy. „Axis” to muzyczny odpowiednik stania w samym centrum cyklonu. Dookoła wirują szczątki naszych marzeń, lęków i relacji, ale tutaj, w samym środku, panuje absolutna, pionowa dyscyplina. To utwór o punkcie oparcia, którego szukamy przez całe życie. Soen pokazuje w nim swoją najbardziej drapieżną, a jednocześnie najbardziej stabilną twarz, udowadniając, że progresywny metal może być jednocześnie monumentalny i niesamowicie konkretny. To serce albumu, które pompuje krew do wszystkich pozostałych utworów.
Po surowym i stabilnym „Axis”, „Huntress” zanurza nas w zupełnie innym żywiole. To utwór pełen majestatycznego, mrocznego błękitu. Wyobraź sobie tę kompozycję jako spotkanie z drapieżnikiem, który nie goni swojej ofiary z głośnym rykiem, lecz czeka w absolutnej ciszy głębin, aż ta sama wpadnie w jego hipnotyzujące sidła. Muzyka w „Huntress” płynie powoli, z niesamowitą gracją, ale pod tą gładką powierzchnią wyczuwa się ogromny ciężar. To dźwiękowy odpowiednik schodzenia coraz głębiej pod wodę – światło zanika, a ciśnienie zaczyna wyciskać powietrze z płuc, zmuszając do całkowitego poddania się rytmowi. Partie instrumentów strunowych są tu bardziej płynne, niemal oniryczne. Gitary nie tną już powietrza jak w „Mercenary”; one falują, tworząc iluzję bezpieczeństwa, która w każdej chwili może zamienić się w śmiertelny uścisk. To moment, w którym Soen bawi się dynamiką ciszy i nagłego, potężnego uderzenia, przypominającego atak z głębi mroku. Joel Ekelöf operuje tu barwami, które kuszą i niepokoją jednocześnie. Jego wokal ma tu w sobie coś z mitycznej syreny – jest piękny, kojący, a jednak podszyty pierwotnym niebezpieczeństwem. Śpiewa o pokusie, której nie sposób się oprzeć, nawet wiedząc, że prowadzi ona ku zatraceniu. „Huntress” to muzyczny odpowiednik fascynacji tym, co niebezpieczne. To ten ułamek sekundy, w którym patrzysz w oczy drapieżnika i zamiast strachu czujesz dziwny rodzaj spokoju i jedności z naturą. Utwór ten pokazuje bardziej „organiczne” i tajemnicze oblicze Soen, udowadniając, że zespół potrafi kreować napięcie nie tylko siłą uderzenia, ale przede wszystkim głębią nastroju. To hipnotyzująca pauza przed emocjonalnym szturmem, który ma nadejść w drugiej połowie płyty.
Jeśli poprzedni utwór był sennym poddaniem się głębi, to „Unbound” jest gwałtownym wynurzeniem na powierzchnię. To kompozycja o bolesnym, ale koniecznym wyzwoleniu – muzyczny odpowiednik światła wpadającego do ciemnej jaskini, które choć najpierw razi i parzy nieprzyzwyczajone oczy, ostatecznie pozwala dostrzec drogę wyjścia. Utwór tętni energią kogoś, kto po latach bezruchu postanowił zerwać krępujące go więzy. Gitary w „Unbound” brzmią wyjątkowo surowo, niemal nieoszlifowanie, jak struny, które pękają pod wpływem zbyt wielkiego napięcia. To nie jest elegancki progresywny pasaż – to dźwięk rozrywanej materii, fizyczna manifestacja buntu przeciwko własnym ograniczeniom. Sekcja rytmiczna Martina Lopeza porzuca tu plemienną transowość na rzecz bardziej otwartego, niemal optymistycznego (choć wciąż podszytego niepokojem) pędu. To puls serca, które po raz pierwszy od dawna bije własnym, a nie narzuconym rytmem. Słychać tu przestrzeń, której brakowało w dusznej „Discordii”. Joel wchodzi w tym utworze w rejestry pełne pasji i oczyszczającej siły. Jego wokal w „Unbound” nie szuka już schronienia – on domaga się wolności. W refrenie słychać dziwną, słodko-gorzką ulgę kogoś, kto stracił wszystko, co go definiowało, ale dzięki temu zyskał prawo do bycia kimkolwiek zechce. „Unbound” to muzyczny odpowiednik pierwszego kroku postawionego poza murami więzienia. Czujesz strach przed nieznanym, ale zapach wolności jest silniejszy niż lęk. To najbardziej „oczyszczający” moment albumu „Reliance”, w którym Soen pokazuje, że po każdym mroku musi nastąpić świt, nawet jeśli słońce ma oświetlić jedynie zgliszcza. To pieśń o odwadze do bycia nieokiełznanym.
Po gwałtownym wyzwoleniu w „Unbound”, album „Reliance” zapada się w przejmującą, niemal sakralną ciszę. „Indifferent” to studium obojętności – stanu, który jest znacznie mroczniejszy niż nienawiść, bo oznacza całkowitą pustkę tam, gdzie kiedyś tętniło życie. To muzyczny zapis momentu, w którym orientujemy się, że fundament, na którym budowaliśmy swój świat, zamienił się w pył. Obecność kwartetu smyczkowego Atlantis nadaje temu utworowi niemal filmowy charakter. Smyczki nie pełnią tu roli tła; są jak chłodna dłoń położona na gorączkującym czole lub jak powolne krople deszczu, które przez lata, niezauważalnie, drążą dziury w najtwardszym marmurze. To dźwięk powolnej erozji uczuć. Instrumentarium w tym utworze zostaje ograniczone do minimum, dając ogromną przestrzeń ciszy. Każde uderzenie perkusji i każde szarpnięcie struny brzmi jak echo w pustym domu, z którego właśnie wyprowadzili się wszyscy lokatorzy. Soen pokazuje tu swoją najbardziej kruchą twarz, rezygnując z metalowego ciężaru na rzecz ciężaru emocjonalnego, który jest znacznie trudniejszy do udźwignięcia. Joel Ekelöf w „Indifferent” osiąga szczyt swojej emocjonalnej transparentności. Nie śpiewa do tłumów, lecz szepcze prosto do ucha słuchacza o bólu bycia niezauważonym. To głos kogoś, kto przestał walczyć o uwagę i pogodził się z faktem, że stał się dla kogoś innego jedynie przezroczystym elementem krajobrazu. „Indifferent” to muzyczny odpowiednik patrzenia na stare zdjęcie, które wyblakło do tego stopnia, że nie rozpoznajesz już na nim własnej twarzy. To utwór o emocjonalnym wygaszaniu, o momencie, w którym ogień namiętności czy gniewu zamienia się w zimny popiół. To najbardziej intymny i bolesny fragment „Reliance”, przypominający nam, że najcichsze utwory potrafią krzyczeć najgłośniej. To chwila zatrzymania, która przygotowuje nas na ostateczne pożegnanie z albumem.
Po bolesnej i intymnej ciszy „Indifferent”, „Drifter” zabiera nas w podróż bez wyznaczonego celu. To utwór o ludziach, którzy przestali stawiać opór nurtowi życia – muzyczny odpowiednik dryfowania po bezkresnym oceanie, gdzie horyzont zlewa się z niebem, a pojęcie czasu przestaje istnieć. Perkusja Martina Lopeza ma tu w sobie coś kojącego, a jednocześnie nieuchronnego. To miarowy szum fal uderzających o burtę statku, który stracił załogę i żagle. Muzyka unosi się na powierzchni melancholii, nie szukając portu, do którego mogłaby zawinąć. Jest w tym rytmie dziwny rodzaj wolności – tej, która pojawia się dopiero wtedy, gdy przestajemy rozpaczliwie walczyć o kierunek. Partie gitarowe w „Drifter” są rozmyte, pełne pogłosów i onirycznego spokoju. Nie ma tu ostrych cięć; są za to miękkie, dźwiękowe plamy, które otulają słuchacza niczym gęsta mgła. To brzmienie sugeruje, że świat wokół nas stał się nierealny, a my sami zmieniliśmy się w obserwatorów własnego losu, płynących tam, gdzie niesie nas prąd. Joel Ekelöf śpiewa w tym utworze z niezwykłym, niemal eterycznym spokojem. Jego głos zdaje się dobiegać z dużej odległości, jakby wokalista znajdował się już po drugiej stronie doświadczenia, o którym opowiada. To śpiew kogoś, kto pogodził się z tym, że nie mamy wpływu na kierunek wiatru, i odnalazł w tej rezygnacji niespodziewaną ulgę. „Drifter” to muzyczny odpowiednik poddania się grawitacji. To moment, w którym zamykasz oczy i pozwalasz, by świat po prostu się dział obok ciebie. Utwór ten ukazuje Soen w roli filozofów codzienności, którzy wiedzą, że czasem największą siłą jest umiejętność odpuszczenia. To spokojna, refleksyjna prosta przed finałowym uderzeniem, wprowadzająca słuchacza w stan głębokiego, niemal medytacyjnego zawieszenia.
W strukturze albumu utwór „Draconian” pełni rolę emocjonalnego przesilenia. To utwór monumentalny i bezlitosny, jak sama jego nazwa sugeruje. Jeśli cała płyta była wędrówką przez mroczny gmach psychiki, to tutaj docieramy do jego fundamentów, by stoczyć ostateczną walkę z własnymi demonami. To moment oczyszczenia przez ogień, który musi wypalić wszystko, co zbędne. Perkusja odzyskuje tu swoją potężną, niemal militarną dyscyplinę. To nie jest już dryfowanie znane z „Drifter”; to miarowy, ciężki krok kogoś, kto idzie wyprostowany przez środek burzy. Każde uderzenie w werbel brzmi jak pieczęć stawiana pod wyrokiem losu – z pełną świadomością, że nie ma już powrotu do tego, co było. Soen buduje tu ścianę dźwięku, która jest jednocześnie przytłaczająca i majestatyczna. Gitary wznoszą monumentalne konstrukcje przypominające gotyckie łuki, które pod wpływem żaru emocji zaczynają pękać. Solówki w „Draconian” nie są popisami techniki, lecz bolesnymi krzykami duszy, która próbuje wyrzucić z siebie wszystko, co gromadziło się w niej przez poprzednie utwory. Joel Ekelöf śpiewa z mocą, która wstrząsa posadami albumu. Jego wokal traci resztki szeptanej kruchości na rzecz dumnego, niemal epickiego tonu. To głos kogoś, kto przeszedł przez izolację, gniew i obojętność, a teraz stoi na zgliszczach, gotowy na to, co przyniesie ostateczny koniec. „Draconian” to muzyczny odpowiednik wielkiej bitwy, po której opada pył. Słyszysz szczęk stali i huk walących się murów, ale w tym chaosie odnajdujesz dziwną, surową sprawiedliwość. To utwór ostatecznego rozliczenia, który zostawia słuchacza wycieńczonego, ale oczyszczonego. To potężne, kulminacyjne uderzenie, które jest konieczne, byśmy mogli w pełni docenić ciszę i kurz osiadający w finałowym „Vellichor”.
Jeśli „Draconian” był płonącym horyzontem i hukiem walących się murów, to „Vellichor” jest chwilą, gdy opada ostatni dym, a my zostajemy sami w opuszczonej, zakurzonej bibliotece ludzkich wspomnień. Słowo to oznacza specyficzną, nostalgiczną atmosferę starych księgarni – zapach papieru i czasu, który stanął w miejscu. To właśnie ten utwór ostatecznie rygluje drzwi albumu, zostawiając słuchacza w stanie zawieszenia między głębokim smutkiem a kruchą, niemal przezroczystą nadzieją. Muzyka w tym utworze jest niemal namacalna. To najbardziej oniryczny moment płyty – Soen rezygnuje tu z gwałtowności na rzecz koronkowej precyzji. Brzmi to jak przeglądanie starego albumu ze zdjęciami, gdzie każda fotografia przypomina o kimś, kogo już nie ma, lub o wersji nas samych, którą dawno porzuciliśmy. Cody Lee Ford nie używa tu instrumentu jako narzędzia do cięcia powietrza, lecz jako pędzla nasączonego akwarelą. Dźwięki są długie, nasycone echem i powoli wygasają w przestrzeni, naśladując proces zapominania. To muzyczna definicja nostalgii – piękna, kojąca, a jednocześnie bolesna w swojej nieuchronności. Joel Ekelöf śpiewa z taką lekkością, jakby jego głos nie pochodził z gardła, lecz był częścią powietrza w pomieszczeniu. W „Vellichor” nie ma już walki, nie ma pytań o „poleganie” – jest tylko akceptacja. Finałowe frazy wybrzmiewają z niesamowitą czystością, przypominając ostatnie bicie serca przed zapadnięciem w głęboki, bezpieczny sen. „Vellichor” to muzyczny odpowiednik odłożenia przeczytanej książki na najwyższą półkę. Wiesz, że ta historia już się skończyła, czujesz ciężar jej treści w sercu, ale jednocześnie ogarnia cię spokój, bo każda tajemnica została wypowiedziana. To utwór, który nie pozwala na szybki powrót do rzeczywistości – po jego wybrzmieniu cisza w pokoju wydaje się cięższa, a świat za oknem jakby na chwilę zwolnił. To idealny, eteryczny punkt końcowy dla tak emocjonalnego kolosa, jakim jest „Reliance”.
„Reliance” to 48 minut muzyki, która nie uznaje kompromisów. Dziesięć kompozycji tworzy zamknięty cykl: podróż od pierwotnego gniewu, przez labirynty izolacji, aż po ostateczne pogodzenie się z losem. Soen jawi się jako zespół u szczytu swoich możliwości, który udowadnia, że progresywny metal ma jeszcze wiele do powiedzenia w kwestii opisywania ludzkiej duszy. To album, do którego wraca się nie po to, by posłuchać piosenek, ale po to, by raz jeszcze przeżyć niezwykłe dźwiękowe katharsis.
Na koniec przedstawmy jeszcze wykonawców Za to monumentalne muzyczne płótno o życiu odpowiadają wyjątkowi malarze dźwięku: Joel Ekelöf – wokal (głos, który jest sercem Soen. Na „Reliance” wędruje od mrocznego szeptu po potężne, niemal sakralne rejestry), Martin Lopez – perkusja, instrumenty perkusyjne (mózg zespołu i jego fundament; to on nadaje całości ten charakterystyczny, plemienny i precyzyjny puls), Cody Lee Ford – gitara prowadząca (architekt dźwiękowych przestrzeni; jego solówki na tej płycie to nie tylko technika, ale przede wszystkim emocjonalne opowieści), Oleksii „Zlatoyar” Kobel – gitara basowa (odpowiada za gęsty, niski mruk, który czuć w klatce piersiowej przy każdym uderzeniu w „Axis” czy „Draconian”), Lars Enok Åhlund – klawisze, gitara rytmiczna (mistrz nastroju, który swoimi partiami buduje filmową atmosferę i wypełnia tło nostalgicznym blaskiem).
Maciej Niemczak
With "Reliance", Soen continue their ascent as one of modern metal’s most expressive and emotionally resonant bands. The album deepens their signature blend of progressive precision, melodic intensity and lyrical introspection, weaving together towering riffs, sweeping dynamics and the unmistakable chemistry that has defined their recent work. "Reliance" feels both expansive and intimate — an exploration of trust, struggle and the fragile bonds that hold us together. Driven by powerful performances and a sharpened sense of purpose, Soen deliver a record that balances weight and beauty in equal measure, reaffirming their place at the forefront of contemporary progressive metal.
..::TRACK-LIST::..
1. Primal
2. Mercenary
3. Discordia
4. Axis
5. Huntress
6. Unbound
7. Indifferent
8. Drifter
9. Draconian
10. Vellichor
..::OBSADA::..
Joel Ekelöf - vocals
Cody Lee Ford - guitar
Stefan Stenberg - bass
Lars Åhlund - keyboards, guitar
Martin Lopez - drums
https://www.youtube.com/watch?v=8SMXsUqF6OM
SEED 15:00-22:00.
POLECAM!!!
|