Best-Torrents.com




Discord
Muzyka / Heavy Metal
MASTODON - MARROW DEEP (2026) [MP3@320] [FALLEN ANGEL]


Dodał: Fallen_Angel
Data dodania:
2026-09-14 17:19:03
Rozmiar: 155.97 MB
Ostat. aktualizacja:
2026-09-14 17:19:03
Seedów: 0
Peerów: 0


Komentarze: 0

...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...


..::OPIS::..

Pierwsze sekundy The Vanishing uruchomiły we mnie zawodową podejrzliwość. Geezer Butler grający intro na płycie Mastodon brzmi przecież jak pomysł tak oczywisty, że człowiek odruchowo sprawdza, czy zaraz obok nie pojawi się limitowana edycja winylu w kolorze „Sabbath Purple” za dodatkowe czterdzieści dolarów. Tymczasem Butler wchodzi do utworu bez fanfar. Bas jest brudny, ciężki, przez chwilę nawet trochę niezdecydowany, jakby ktoś zostawił włączone nagrywanie podczas sprawdzania wzmacniacza. Dopiero potem wyłania się motyw. Bardzo prosty. Bardzo jego.

I ten początek został ze mną na dłużej niż wiele bardziej efektownych fragmentów „Marrow Deep”. Album jest napakowany świetnymi muzykami, solówkami, zmianami faktury, wokalistami gościnnymi i historiami, z których przeciętny dział marketingu zbudowałby kampanię na trzy kwartały. A jednak kilka najlepszych momentów bierze się tutaj z powściągliwości. Trochę mnie to zaskoczyło, bo po pierwszych dwóch numerach zapowiadało się raczej na płytę, która zamierza kopnąć drzwi, a później dla pewności jeszcze sprawdzić, czy framuga przeżyła.

Barbarians Blood ma w sobie bardzo dużo dawnego Mastodon: gitarę przemieszczającą akcent ciężaru co kilka chwil, pracowitą sekcję i Branna Dailora grającego tak, jakby każda wolna przestrzeń między riffami była osobistą obrazą. Dodatkowa perkusja Bena Kollera zwiększa bałagan w najlepszym znaczeniu tego słowa. Numer jest nerwowy, poszarpany, pełen tych drobnych przestawień, po których człowiekowi wydaje się, że już zna riff, a za moment musi uczyć się go ponownie.

Poisonous Weapons idzie bardziej po ziemi. Ma więcej ciężaru w środku pasma, mniej odlotów, bardzo konkretny napęd. Przy trzecim czy czwartym odsłuchu zacząłem jednak podejrzewać, że wcale nie te najbardziej agresywne utwory będą decydowały o wartości całej płyty. Mastodon potrafi grać ciężko od 2000 roku. Informacja, że nadal umie, jest miła, lecz mniej więcej tak odkrywcza jak wiadomość, że na Alasce zdarzają się chłodne wieczory.

Problem tej płyty leży gdzie indziej i nawet trudno nazwać go problemem, bo zaczyna się od człowieka, którego tutaj nie ma.

Nick Johnston i João Nogueira
Brent Hinds opuścił Mastodon w marcu 2025 roku. Pięć miesięcy później zginął w wypadku motocyklowym. Z zespołem spędził niemal ćwierć wieku i nie trzeba przesadnie romantyzować jego roli, żeby przyznać rzecz oczywistą: jego gitara powodowała kłopoty. Czasami cudowne. W utworze, który szedł już w rozsądnym kierunku, Hinds potrafił nagle postawić znak prowadzący w góry, na bagna albo do baru, którego pozostali muzycy nie mieli wcześniej w planie odwiedzać. Zdarzało się, że ten bałagan szkodził. Częściej tworzył coś, czego zespół sam nie umiałby wcześniej zaplanować.

Nick Johnston dostał więc rolę niewdzięczną z definicji. Każda jego solówka będzie przez jakiś czas ważona obok solówek człowieka, którego właśnie zastąpił na gitarze. Gra z większą kontrolą, bardzo melodyjnie, szeroko prowadzi frazy, rzadziej doprowadza je na skraj wykolejenia. W Out Like a Lamb może wreszcie trochę poszaleć i robi to znakomicie; problem pojawia się dopiero wtedy, gdy przypominamy sobie, że w przypadku Mastodon „znakomita solówka” nie zawsze oznaczała „bezpieczna solówka”. Bywały tu rzeczy krzywe, wręcz paskudne, a po chwili okazywało się, że właśnie tego utwór potrzebował.

Przez sporą część „Marrow Deep” odruchowo czekałem na podobne zdarzenie. Potem zainteresowało mnie coś innego.

João Nogueira robi na tej płycie znacznie więcej, niż sugerowałoby zwykłe dopisanie w składzie słów „instrumenty klawiszowe”. Jego partie czasami wychodzą na pierwszy plan, czasami wiszą gdzieś za gitarami i zmieniają ich kolor. Najlepiej słychać to w Moth and Bone. Początek jest miękki, prawie senny. Klawisze trzymają tę część w lekkim zawieszeniu, a kolejne wejścia zespołu nie powodują gwałtownego zerwania nastroju. Utwór rośnie powoli. Gitary przybierają na wadze, perkusja zaczyna pracować gęściej, ale ślad początkowej melodii zostaje wewnątrz całej konstrukcji.

Taki sposób budowania utworu Mastodon znał wcześniej. Nowa jest proporcja. Klawisze przestały być dodatkiem ustawianym za gitarzystami, żeby na zdjęciu rodzinnym nie zostało puste miejsce. Czasem właśnie one decydują, gdzie kompozycja może skręcić.

I chyba dlatego po kilku odsłuchach coraz mniej brakowało mi na tej płycie drugiego Hindsa. Nadal brakowało Hindsa. To zupełnie inna sprawa.

Your Ghost Again najdotkliwiej przypomina, z jakiego miejsca powstawał ten materiał. Dailor stracił wcześniej matkę, Michele Lawrence; później przyszła śmierć byłego kolegi z zespołu, z którym relacje pod koniec były dalekie od łatwych. Mastodon wszedł do studia krótko po tragedii. Nie potrzeba szczególnie bujnej wyobraźni, żeby zrozumieć, że w takich warunkach słowo „żałoba” jest trochę za schludne. Do smutku dochodzą złość, wyrzuty sumienia, niedokończone rozmowy, wspomnienia rzeczy dobrych i rzeczy, których już nie da się naprawić.

Na Your Ghost Again te emocje pozostają czytelne również bez znajomości całego biograficznego bagażu. Dailor śpiewa wysoko, momentami niemal lekko, a pod nim zespół ciągnie ciężką gitarową masę. Pod koniec wszystko gęstnieje. Utwór zaczyna gryźć mocniej, jakby delikatniejsza część wyczerpała swoje możliwości. Zwyczajnie dobrze to napisano. I cieszę się, że żaden producent nie wpadł na pomysł dopisania tam chóru dziecięcego, kwartetu smyczkowego i dzwonu pogrzebowego. Branża muzyczna zna takie przypadki.

Środek płyty
„Marrow Deep” trwa ponad godzinę i tutaj dochodzimy do części mniej wygodnej. Nie każdy z dwunastu utworów zostawia równie wyraźny ślad.

In the Ruins zostawia. Inspiracją były doświadczenia Troya Sandersa i jego rodziny po huraganie Helene. Początek jest spokojniejszy, dużo w nim miejsca między głosem a kolejnymi warstwami instrumentów. Potem kompozycja puchnie. Dailor nie prowadzi prostego marsza ku kulminacji; wypełnia przestrzeń drobnymi przejściami i uderzeniami, podczas gdy gitary robią się coraz cięższe. Klawisze nie znikają w chwili, gdy pojawia się większy przester, dzięki czemu finał zachowuje trochę z wcześniejszego smutku. To ważne, bo metalowe crescendo często cierpi na chorobę polegającą na tym, że wszystkie emocje pod koniec zamieniają się w jedną: GŁOŚNO.

They’re Coming for You przekonuje mnie słabiej. Jest odpowiednio duszne, ma dobry gitarowy ruch i kilka przejść, które przypominają, jak sprawną maszyną pozostaje ten skład. W tym właśnie tkwi kłopot. Po kilku minutach zaczynam podziwiać wykonanie zamiast śledzić sam utwór. Golden Spires cierpi miejscami na podobną przypadłość. Wiem, że dzieje się dużo. Słyszę, jak dobrze pracuje sekcja. Podoba mi się sposób, w jaki gitary wchodzą między rytmiczne akcenty. A kiedy płyta się kończy, muszę świadomie przypomnieć sobie część tych motywów.

Takiego problemu nie mam z Snakes for Dinner. Josh Homme pasuje do tego utworu trochę zbyt dobrze, co również mogło być pułapką. Jego głos ma własny ciężar kulturowy; wystarczy kilka sylab i Queens of the Stone Age wchodzi człowiekowi do pokoju bez pukania. Mastodon pozostawia mu miejsce dopiero wtedy, gdy numer ma już ustalony charakter. Homme może więc dołożyć swoją rozciągniętą, lekko odurzoną frazę, a reszta nie zmienia się w utwór QOTSA z wyjątkowo ambitną sekcją rytmiczną. To drobiazg aranżacyjny, ale przy albumie z tak rozbudowaną listą gości zaczyna mieć znaczenie.

Bo na papierze ta lista wygląda podejrzanie. Homme, Geezer Butler, Joe Duplantier, Randy Blythe, Nate Newton, Neil Fallon, Ben Koller. Jeszcze dwie osoby i można było wydrukować osobny plakat festiwalowy. Większość pojawia się jednak po coś.

A Vampire’s Demeanor korzysta z Randy’ego Blythe’a i Nate’a Newtona dokładnie tam, gdzie utwór potrzebuje dodatkowego chamstwa. Troy Sanders jest tu świetny. Jego głos od dawna potrafił brzmieć jak coś ciężkiego przeciąganego po betonie, lecz na tej płycie kilka razy wraca ostrzejsza, bardziej brutalna artykulacja. Brann w tym samym czasie wali w zestaw z intensywnością, która naprawdę przypomina wcześniejsze Mastodon. Nie reprodukcję konkretnego starego utworu. Raczej dawny odruch.

Właściwie dopiero przy tym numerze zdałem sobie sprawę, że Dailor jest dla „Marrow Deep” równie ważny jako wokalista, jak perkusista. Brak Hindsa zmienił przecież również układ głosów. Wcześniej można było przechodzić pomiędzy trzema bardzo różnymi barwami. Teraz Dailor i Sanders muszą zajmować większą część pola. Dailor robi to bez specjalnej skromności. Śpiewa wysoko, pewnie, momentami wręcz popowo, po czym sekundę później wraca do jednego z najbardziej ruchliwych stylów perkusyjnych w ciężkim rocku. Sam fakt, że robi obie te rzeczy jednocześnie na koncertach, jest argumentem za istnieniem dodatkowej kończyny, której nauka jeszcze nie opisała.

Geezer wchodzi pierwszy
Wracam do The Vanishing, bo tutaj nowy Mastodon wydaje mi się najmniej zainteresowany własną historią. Butler otwiera utwór, potem bas odsuwa się i pojawia się bardzo wyraźny ślad psychodelicznego Black Sabbath, szczególnie Planet Caravan. Głos Dailora zostaje potraktowany tak, że brzmi daleko, jak transmisja dochodząca z innego pokoju albo przez radio. Gitary przez jakiś czas nie próbują zagospodarować całej powierzchni. Tempo pozwala Sandersowi naprawdę osadzić bas.

Joe Duplantier pojawia się późno. I dobrze. Gdyby wszedł po trzydziestu sekundach z pełną mocą, dostałbym dokładnie to, czego spodziewałem się po napisie „feat. Joe Duplantier”. Mastodon najpierw pozwala kompozycji odpłynąć, rozciąga ją, trochę usypia czujność. Wtedy jego głos ma znacznie większą siłę. Po kulminacji muzycy znów schodzą niżej. Ten utwór rozumie, że sześć minut nie musi oznaczać sześciu minut wspinania się pod górę.

To dla mnie najlepszy fragment albumu. Zaraz za nim postawiłbym Moth and Bone oraz In the Ruins. Co ciekawe, wszystkie trzy pokazują Mastodon mniej zajęty udowadnianiem własnej ciężkości. Można oczywiście wyciągać z „Marrow Deep” argument o powrocie do bardziej metalowego grania i będzie w nim sporo prawdy. Płyta jest mocniejsza, bardziej zwarta i mniej pogrążona we własnym monumentalnym smutku niż „Hushed and Grim”. W naszym archiwum warto przy tej okazji wrócić także do recenzji „Emperor of Sand”, bo już tam rodzinne tragedie i ciężka muzyka były ze sobą bardzo mocno splecione.

Mastodon od dawna przetwarza śmierć, chorobę i żałobę. To już prawie osobna gałąź ich dyskografii. Przy „Marrow Deep” biografia jest jednak szczególnie niebezpieczna dla krytyka, bo może załatwić całą robotę za muzykę. Wystarczy napisać kilka zdań o Hindsie, potem o matce Dailora, dorzucić huragan Helene, słowo „katharsis” i gotowe. Album otrzymuje dziewiątkę, wszyscy wyglądają na wrażliwych ludzi, można iść na kolację.

A przecież są tu także zwykłe kompozycyjne słabości. Kilka utworów trwa dłużej, niż wymaga ich materiał. W środkowej części za często spotykamy podobny model: ciężki riff zostaje rozluźniony bardziej atmosferyczną częścią, potem sekcja ponownie zwiększa nacisk. Zespół wykonuje te przejścia znakomicie, co przez jakiś czas maskuje powtarzalność. Johnston miewa piękne partie, choć rzadziej zostawia po sobie charakterystyczny hak, który po jednym przesłuchaniu wraca bez pytania. Klawisze Nogueiry są świeższe od części gitarowych rozwiązań. Sam nie spodziewałem się, że po pierwszym pełnym albumie Mastodon bez Hindsa napiszę właśnie takie zdanie.

Finałowe The Three Fates też mnie nie przekonuje w całości. Neil Fallon w roli dziwnego kaznodziei jest pomysłem niemal laboratoryjnie zgodnym z jego głosem. Mówi swoje kwestie nad ciężką, rozbudowaną końcówką, pojawiają się kolejne instrumentalne ozdobniki, a zespół ma ponad siedem minut na pożegnanie słuchacza. Gdzieś w szóstej minucie zaczynam już czuć, że finał zdaje sobie sprawę z tego, że jest finałem. Rozsiada się. Poprawia marynarkę. Czeka na oklaski przed ostatnim akordem.

Z drugiej strony – i na tym poprzestańmy, bo nie każda wada musi zostać po trzech zdaniach uniewinniona – bardzo podoba mi się sama obecność Fallona. Gościnnie śpiewał już przecież na „Leviathan”, więc w albumie tak mocno zajętym pamięcią jego głos niesie własny fragment historii zespołu. Nie trzeba dopisywać do niego wielkiej symboliki. Wystarczy rozpoznać barwę.

Produkcja pomaga utrzymać tę rozbudowaną obsadę w ryzach. Mastodon nagrywał w swoim West End Sound w Atlancie, współpracując z Patrikiem Bergerem i Kurtem Ballou; miks przygotował Andrew Scheps. Berger oraz Ballou wyglądają na papierze jak nazwiska wyciągnięte z dwóch różnych kolejek do studia – jeden ma w dorobku Charli XCX i Lanę Del Rey, drugi Converge oraz znaczną część współczesnego ciężkiego podziemia. Rezultat wcale nie brzmi jak eksperyment producencki. Bębny są duże i bliskie, gitary mają odpowiednią masę, ale rzadko zamieniają cały środek miksu w jedną szarą płytę. Klawisze mogą wyjść przed riff bez konieczności podnoszenia ręki.

Po ponad godzinie zostaję więc z albumem bardzo dobrym, czasem świetnym, miejscami odrobinę zbyt świadomym własnej sprawności. Dziewiąta płyta Mastodon nie przynosi katastrofy, której po zmianie składu obawiała się część fanów. Nie przynosi również objawienia na poziomie „Leviathan” czy „Crack the Skye”. Te albumy powstawały w zupełnie innym zespole i w zupełnie innym wieku jego członków. Próba odtworzenia tamtego napięcia dzisiaj prawdopodobnie skończyłaby się muzycznym odpowiednikiem czterdziestolatka kupującego deskorolkę, żeby pokazać dzieciom, że „tata nadal umie”.

„Marrow Deep” ma ciekawsze momenty właśnie wtedy, gdy nikt niczego nie odtwarza. Nogueira zostawia za gitarami dziwną smugę w Moth and Bone. Johnston w Out Like a Lamb zaczyna pokazywać własny temperament. Sanders wypluwa A Vampire’s Demeanor. Butler przez kilkanaście sekund gra na basie, jakby jeszcze zastanawiał się, co właściwie zagrać.

Po ostatnim utworze najczęściej wracam właśnie do tego Butlerowskiego początku. Być może dlatego, że w całym tym albumie pełnym śmierci, wielkich nazwisk, nowego składu i pytań o przyszłość brzmi jak pięciu facetów stojących w studiu i czekających, aż ktoś wreszcie zacznie.

Konrad Puławski


Mastodon znalazł się w takim momencie kariery, w którym właściwie każda decyzja mogła zostać odczytana jako deklaracja. Po dwudziestu pięciu latach funkcjonowania w niemal niezmienionym składzie zespół stracił jednego z muzyków najmocniej odpowiedzialnych za swoją tożsamość, a jednocześnie musiał zmierzyć się z kolejnymi osobistymi tragediami. Dziewiąty studyjny album Amerykanów łatwo mógł więc zamienić się albo w demonstracyjne „bez Brenta też damy sobie radę”, albo w ponadgodzinne muzyczne epitafium. „Marrow Deep”, wydany 28 sierpnia 2026 roku przez Loma Vista Recordings, na szczęście nie jest ani jednym, ani drugim. To dwanaście kompozycji i około sześćdziesiąt pięć minut muzyki, podczas których Mastodon spogląda za siebie, ale wyraźnie próbuje ruszyć dalej. Nie ma tu rewolucji na miarę „Crack the Skye” ani monumentalnego rozmachu „Hushed and Grim”. Jest za to album bardziej skoncentrowany, cięższy, chwilami zaskakująco agresywny i emocjonalnie bardzo wymagający.

Ostatnie lata zdecydowanie nie rozpieszczały muzyków z Atlanty. Już „Hushed and Grim” z 2021 roku wyrastał w dużej mierze z żałoby po śmierci wieloletniego menedżera i przyjaciela zespołu Nicka Johna. Później przyszło intensywne koncertowanie, a w 2024 roku grupa wraz z Lamb of God świętowała dwudziestolecie „Leviathan” i „Ashes of the Wake”. Owocem tej współpracy był singiel „Floods of Triton”, dziś szczególnie ciekawy, bo uczestniczył w nim jeszcze Brent Hinds, ale pojawił się już João Nogueira, który na „Marrow Deep” został pełnoprawnym członkiem zespołu. Z perspektywy czasu utwór brzmi więc niemal jak pomost pomiędzy dwiema wersjami Mastodon. 7 marca 2025 roku grupa poinformowała o zakończeniu trwającej ćwierć wieku współpracy z Hindsem. Oficjalny komunikat mówił o wspólnej decyzji, czemu sam gitarzysta później stanowczo zaprzeczał. Niezależnie od kulis był to koniec składu, który nagrał osiem albumów i przeszedł drogę od undergroundowego sludge metalu do Grammy oraz największych festiwalowych scen.

Na tym historia mogłaby zakończyć się gorzko, ale jeszcze nie tragicznie. 20 sierpnia 2025 roku Hinds zginął w wieku 51 lat w wypadku motocyklowym w Atlancie, zaledwie pięć miesięcy po odejściu z zespołu. Jeszcze wcześniej Brann Dailor stracił również matkę, Michele Jeanne Lawrence. Mastodon ponownie znalazł się więc w studiu z całym bagażem żałoby, niedokończonych rozmów i spraw, których nie da się już naprawić. Muzycy nie próbują przy tym wygładzać własnej historii. W „The Mastodon in the Room” i późniejszych wywiadach otwarcie mówili zarówno o miłości do dawnego kolegi, jak i problemach, które doprowadziły do rozpadu relacji. Dzięki temu „Your Ghost Again” działa mocniej niż typowa piosenka poświęcona zmarłemu przyjacielowi. „Out Like a Lamb” odnosi się natomiast przede wszystkim do matki Dailora. Sam tytuł „Marrow Deep” nie pojawia się w żadnym tekście – według perkusisty opisuje więzi tak głębokie, że sięgają „do szpiku”. Hinds jest więc na tej płycie stale obecny, choć nie zagrał na niej ani jednej nuty.

Muzycznie „Marrow Deep” początkowo sprawia wrażenie zdecydowanego zwrotu w stronę cięższego Mastodon. „Barbarians Blood” nie bawi się w długie wprowadzenia – Dailor atakuje zestaw, po chwili dołączają gitary i wszystko zaczyna rytmicznie przesuwać się w charakterystyczny dla zespołu sposób. Im dalej w album, tym wyraźniej jednak słychać, że powrót do korzeni stanowi tylko część obrazu. Nick Johnston nie próbuje kopiować brudnego, nieprzewidywalnego stylu Hindsa i właśnie dlatego jego obecność działa. Gra bardziej precyzyjnie, technicznie i progresywnie, inaczej układając się z ciężkimi riffami Billa Kellihera. Jeszcze większą zmianę wnosi Nogueira. Klawisze nie są już dodatkiem ukrytym w tle, lecz pełnoprawną częścią aranżacji. W „Golden Spires”, „Moth and Bone” czy „Snakes for Dinner” pojawiają się dzięki temu echa psychodelii, progresywnego rocka lat siedemdziesiątych, Pink Floyd, a nawet późniejszego Opeth. Współproducenci Patrik Berger i Kurt Ballou dobrze spinają te dwa światy: „Marrow Deep” potrafi być brutalny, ale nie chce pozostawać wyłącznie brutalny.
Największą siłą albumu jest jednak to, jak często muzyczne pomysły znaczą coś więcej niż kolejny dobry riff czy efektowne nazwisko gościa. „Your Ghost Again” pozostaje emocjonalnym centrum płyty, „Moth and Bone” świetnie rozwija się od klawiszowego otwarcia do coraz cięższej aranżacji, a „Golden Spires” pokazuje, jak sprawnie nowy skład łączy techniczny progres z melodyjnością. Goście również nie są tu wyłącznie ozdobą. Josh Homme pojawia się w „Snakes for Dinner”, Randy Blythe i Nate Newton wzmacniają „A Vampire’s Demeanor”, ale prawdziwą perełką jest „The Vanishing”. Utwór otwiera bas Geezera Butlera z Black Sabbath, a dołącza do niego Joe Duplantier z Gojiry. Całość niemal natychmiast zaczyna oddychać duchem Sabbath: ołowiany ciężar, posępna atmosfera, psychodeliczne zabarwienie i sposób prowadzenia riffu przywołują klasykę grupy z Birmingham, ale bez wrażenia taniej imitacji. Obecność Butlera jest organiczną częścią kompozycji, a nie atrakcją samą w sobie. Finałowe „The Three Fates” z Neilem Fallonem z Clutch domyka natomiast temat śmierci poprzez odwołanie do trzech Mojr przecinających nić ludzkiego życia.

Nie oznacza to jednak, że „Marrow Deep” rozwiązuje wszystkie problemy Mastodon. Sześćdziesiąt pięć minut to nadal długość, przy której przydałaby się ostrzejsza selekcja materiału. Album jest bardziej zwarty od „Hushed and Grim”, ale „They’re Coming for You” czy nawet efektowne „A Vampire’s Demeanor” nie mają dla mnie równie wyrazistej osobowości jak „Your Ghost Again”, „Golden Spires”, „Moth and Bone” albo finałowy duet „The Vanishing” – „The Three Fates”. Ten ostatni balansuje też na granicy przesady: po kapitalnym „The Vanishing” można odnieść wrażenie, że płyta znalazła idealny moment na zakończenie, po czym jeszcze raz otwiera drzwi. Ważniejszy jest jednak brak Hindsa. Nie jako gitarzysty pod względem technicznym, bo Johnston radzi sobie świetnie, lecz jako źródła nieprzewidywalności. Hinds wnosił country, blues, psychodelię, własny głos i poczucie, że za chwilę może wydarzyć się coś kompletnie niepasującego do reszty utworu, a jednak zadziała. Nowe Mastodon jest bardziej uporządkowane i chwilami właśnie tego kontrolowanego chaosu zaczyna brakować.

Ostatecznie „Marrow Deep” okazuje się czymś znacznie ciekawszym niż albumem mającym udowodnić, że Mastodon przetrwał odejście Brenta Hindsa. Przetrwał, ale nie udaje, że wyszedł z tego doświadczenia w niezmienionym kształcie. Nie próbuje znaleźć drugiego Hindsa, nie wymazuje jego znaczenia z historii grupy i nie sprowadza ich relacji do prostego wspomnienia o zmarłym przyjacielu. Muzycznie jest to płyta przejściowa, ale w najlepszym znaczeniu tego słowa. Ma sporo dawnej siły „Leviathan” i „Blood Mountain”, progresywną wyobraźnię „Crack the Skye”, melodyjność późniejszego Mastodon, a do tego klawiszową przestrzeń Nogueiry i bardziej uporządkowany dialog gitar. Nie każda kompozycja trafia równie mocno i nie jestem jeszcze przekonany czy nowy skład znalazł już własny odpowiednik niezwykłej chemii budowanej przez ćwierć wieku. „Marrow Deep” daje jednak bardzo mocny argument, że jej poszukiwanie może zaprowadzić zespół w naprawdę ciekawe miejsca. Brent Hinds pozostaje częścią szpiku Mastodon, ale szkielet zespołu nadal jest wystarczająco mocny, by unieść jego dalszą historię.

Szymon Pęczalski


Marrow Deep is the ninth Mastodon record and the first in the band’s twenty-five-year history to be made without Brent Hinds, whose serpentine, unpredictable lead guitar was as fundamental to their identity as the low-end churn or Brann Dailor’s octopus-limbed drumming.

For twenty-four years the line-up of Sanders, Hinds, Kelliher and Dailor never wavered; then it did, all at once and in the worst way. Hinds parted ways with the band in March 2025 and died in a motorcycle accident that August. Dailor had lost his mother only weeks before the split. Grief, then, isn’t a theme Mastodon reached for here so much as the weather the whole record was made in, and they’ve named it accordingly, after the Three Fates of Greek myth, the sisters who spin, measure and finally cut the thread of a life. Life, loss, and the threads that keep connecting us to people after they’ve gone: that’s the frame, and it hangs over all twelve tracks like smoke.

For the first time in a quarter of a century there is genuinely new blood in the machine. Guitarist Nick Johnston steps into the impossible job of not-replacing Hinds, while keyboardist João Nogueira makes contributions substantial enough to hand Mastodon more overt synth colour than they have ever carried. Behind the glass sit Patrik Berger and Converge’s Kurt Ballou, an intriguing marriage of pop instinct and granite heaviness, and the album they have captured reacts hard against the sombre, sprawling double-LP prog of 2021’s Hushed and Grim. Where that record brooded for the best part of ninety minutes, this one moves: faster, blunter, more physical, even as it carries more sorrow than anything in the catalogue. The band also chose not to grieve in isolation. The guest list reads like a metal summit, with Josh Homme, Geezer Butler, Randy Blythe, Joe Duplantier, Neil Fallon, and most of Converge all lending a hand, and that communal spirit turns out to be the entire point. Before a note plays you already sense the thesis: this is a record about loss made by people flatly refusing to face it alone.

It is worth remembering how long we have waited, and why. Five years separate Marrow Deep from Hushed and Grim, the longest gap of the band’s career, and it was not an idle one. Mastodon laid their grief bare in a short accompanying documentary, The Mastodon in the Room, which unpicked the fracture with Hinds and the shock of his death, and you can hear that reckoning bleeding into these songs. The stakes could hardly be higher: this is the album that decides whether Mastodon are a going concern or a closed chapter, whether a band defined by an unbroken four-way chemistry can survive the loss of a quarter of itself. That they have answered the question at all is worth something. That they have answered it this emphatically is the real surprise.

Barbarians Blood throws the doors open with no ceremony whatsoever. Converge’s Ben Koller sits in on drums and drives the thing on a punkish, forward-leaning groove that recalls Mastodon’s earliest sludge but scrubbed up with the modern, wide-screen polish they have refined since Emperor of Sand. It is all rhythm and forward motion, and it makes room for the first of Nogueira’s synth solos, an immediate signal that the keyboards here are a lead instrument and not set dressing. As statements of intent go it is lean and unfussy, Mastodon reminding you inside the opening minute that whatever they have lost, they can still hit like a landslide. It is a canny way to start a record this heavy of heart: with the body before the tears.

Poisonous Weapons is muscular enough to have lent its name to the tour rolling out behind the album, and it plays like a rallying cry, the sound of a band planting its feet in the dirt. If the opener is about momentum, this is about weight, a mid-paced pummel that leans on the Sanders, Dailor and Kelliher core doing what they have always done best, interlocking riffs that turn on a sixpence and a rhythm section that hits like tectonic plates. There is a defiance baked into it, the posture of a group that has every reason to fold and simply refuses to, and in sequence it deepens the foundations the opener laid down.

Your Ghost Again is the record’s beating heart, and the fact it arrived back in June as a surprise standalone single tells you exactly how much it meant to them. This is the explicit Hinds elegy. Troy Sanders has said his portion of the song is all about Brent, and for Brent, and it is fittingly untethered, a trippy, psychedelic drift that lets the grief hang in the air rather than screaming it. It is less a headbanger than a séance, the band reaching for a departed friend through a haze of reverb and melody, and it lands all the harder for its restraint. It has already resonated far beyond the studio, becoming a live touchstone across the band’s recent European run and landing at number two in Revolver’s readers’ poll of the best songs of 2026 so far, which is remarkable for a track this deliberately understated. Where a lesser band might have swung for an obvious anthem, Mastodon understand that some losses are too large to shout at, and the song is more moving for knowing the difference.

Snakes For Dinner reintroduces Josh Homme to the Mastodon fold for the first time since Blood Mountain two decades ago. His backing vocals thread through a furious five-minute prog-metal rager built on thrashing, serpentine riffs, but the fury masks the saddest lyric on the album. Dailor has described it as a song about his mother and Brent wrapped in a single feeling of loss, the sense that when someone dies the void seems to swallow everything whole, at least for a while, and that feeling whole again afterward is the hardest work there is. That tension, savage music carrying a grieving heart, is Marrow Deep in microcosm, and it is no surprise the band chose it to lead the campaign.

Out Like A Lamb reads on the title alone, like the exhale after that storm, the lamb to the album’s earlier lion. It is the point where the record widens its lungs and lets some air in, easing into the melodic, more reflective register Mastodon have grown increasingly comfortable in across the back half of their career. After the front-loaded aggression it is a smart piece of sequencing, a change of light that stops the album collapsing into one sustained howl, and a reminder that dynamics have always been this band’s secret weapon just as much as brute force.

In The Ruins was the third single, and knowing its backstory transforms it. The song grew directly out of the catastrophe of Hurricane Helene, which flooded bassist Troy Sanders’s home and scattered his family into the best part of two years of displacement, all of it unfolding while the band were already reeling from the deaths of Hinds and of Dailor’s mother, Michele Lawrence. Rather than wallow, the track turns that wreckage into fuel: a slow-gathering meditation on salvaging what’s left that swells from fragile quiet into genuine, hard-won catharsis. Its accompanying video, animated by Hey Beautiful Jerk, follows a one-eyed creature called Frank on a hallucinatory trek through drowned and broken landscapes, a sly, sad visual analogue for the slow work of rebuilding a life from the debris. It is the emotional Rosetta Stone of the whole record: proof that Marrow Deep refuses to simply mourn and insists instead on what comes after the water recedes.

They’re Coming For You swings the mood back towards menace. The title alone conjures paranoia and pursuit, and the track leans into the darker, more ominous end of the band’s palette, a creeping unease that eventually pays off in heaviness. It’s the album reminding you that catharsis and dread are two sides of the same coin, and that this band can summon the second as easily as the first. In the running order it functions as a shadow falling across the mid-record, tightening the screws before the album’s most adventurous stretch.

Golden Spires is where Nogueira’s keys and Mastodon’s proggier instincts are handed room to stretch. It is the most expansive, most cinematic passage of the mid-record, the melodic ambition of Crack the Skye refracted through a heavier and sadder lens. Not everyone will have the patience for the scenic route, and it asks more of the listener than the singles do, but it’s proof that the widescreen, questing Mastodon is still very much alive, and that the new line-up can chase a horizon as readily as it can chase a riff.

Moth And Bone is the clearest showcase yet for what Nogueira brings to the table. It opens on a soft, glimmering keyboard figure, genuinely pretty and almost weightless, before the rest of the band files in and drags that reverie into heavier, more aggressive territory without ever quite dispelling the spell. It is a lovely piece of dynamic writing, beauty and brutality sharing a single frame, and it quietly makes the case that the keyboardist’s arrival has expanded the band’s vocabulary rather than diluted it. It’s one of the record’s understated essentials.

A Vampire’s Demeanour is the pit-starter. Randy Blythe of Lamb of God brings gang vocals and Converge’s Nate Newton piles in alongside him, and between them they turn this into one of the meanest, most physical things on the album, all snarl and stomp and raised fists. After the atmospheric detours of the preceding run, it lands as a jolt of pure adrenaline, the record baring its teeth at exactly the moment you had started to settle into its more reflective spell. Subtle it is not; a genuine shot to the arm it absolutely is.

The Vanishing is, for my money, the jaw-dropper. It opens on Geezer Butler’s unmistakable fuzz bass, the man who arguably built heavy metal’s low end hitting notes Mastodon grew up worshipping, and unfurls into a smoky, blues-tinged ode to seventies heaviness, all filtered, faraway vocals in the lineage of Sabbath’s own Planet Caravan, with Gojira’s Joe Duplantier adding his voice to the murk. There is a poignant backstory too: Dailor has spoken of his late mother’s devotion to Butler, which makes his presence here feel less like a marquee cameo than a wreath laid at the record’s centre. That it never tips into mere tribute is a credit to the band, who have absorbed the influence rather than photocopied it, and the result is one of the most atmospheric things they have ever committed to tape.

The Three Fates closes the record where the concept always promised it would, and it goes out swinging. Clutch’s Neil Fallon, a Mastodon collaborator going all the way back to Leviathan, arrives to preach a spoken-word sermon over the top, and the band empty the armoury behind him: a towering, fire-and-brimstone finale capped by a Nogueira keyboard solo and some suitably unhinged guitar flair. It is theatrical in the best sense, the sisters’ thread finally cut, the album folding shut on the myth it was named for. As closers go it is both an ending and a benediction, and it sends Marrow Deep out not on a whimper of mourning but on a defiant, communal roar.

What lingers, once the noise fades, is how much heavier the silence feels than the riffs. There is no getting around the Hinds-shaped hole at the centre of Mastodon. His was the wild, unpredictable hand that so often shoved their songs somewhere stranger and more dangerous than they had any right to go, and there are stretches of Marrow Deep where you can feel the band reaching for a jolt of chaos only, he could ever supply. Nick Johnston is a superb, fluent player who never embarrasses himself in an unwinnable role, but capable and electrifying are different words, and once or twice the record settles for the former where Hinds would have insisted on the latter. To pretend otherwise would do a disservice to what made this band singular in the first place.

What Mastodon have built from their grief is genuinely remarkable, and the big choices are all the right ones. Nogueira’s keys are the smartest addition to their sound in years, opening doors the four-piece never could, and the decision to fill the room with friends rather than retreat inward gives the album its backbone and much of its heart. Ballou and Berger keep it heavy and human in equal measure. Set against Hushed and Grim it is leaner, warmer and far more repayable; set against the near-untouchable run of Leviathan and Crack the Skye it can’t quite scale those summits, but vanishingly few records can, and it would be churlish to hold a band’s own past genius against them. This is Mastodon proving they remain, even halved by fate, one of the most ambitious and emotionally literate heavy bands on the planet.

Rick Eaglestone



..::TRACK-LIST::..

1. Barbarians Blood
2. Poisonous Weapons
3. Your Ghost Again
4. Snakes For Dinner (feat. Josh Homme)
5. Out Like A Lamb
6. In The Ruins
7. They’re Coming For You
8. Golden Spires
9. Moth And Bone
10. A Vampire’s Demeanour (feat. Randy Blythe & Nate Newton)
11. The Vanishing (feat. Geezer Butler & Joe Duplantier)
12. The Three Fates (feat. Neil Fallon)



..::OBSADA::..

Troy Sanders - Bass, vocals
Brann Dailor - Drums, vocals
Bill Kelliher - Guitar
Nick Johnston - Guitar
João Nogueira - Keyboards



https://www.youtube.com/watch?v=Mm77ggDFcPU


SEED 15:00-22:00.
POLECAM!!!

Komentarze są widoczne tylko dla osób zalogowanych!

Żaden z plików nie znajduje się na serwerze. Torrenty są własnością użytkowników. Administrator serwisu nie może ponieść konsekwencji za to co użytkownicy wstawiają, lub za to co czynią na stronie. Nie możesz używać tego serwisu do rozpowszechniania lub ściągania materiałów do których nie masz odpowiednich praw lub licencji. Użytkownicy odpowiedzialni są za przestrzeganie tych zasad.

Copyright © 2026 Best-Torrents.com