Best-Torrents.com




Discord
Muzyka / Rock
ASH RA TEMPEL - ASH RA TEMPEL (1971/2011) [WMA] [FALLEN ANGEL]


Dodał: Fallen_Angel
Data dodania:
2026-08-15 13:41:35
Rozmiar: 216.28 MB
Ostat. aktualizacja:
2026-08-15 13:41:35
Seedów: 0
Peerów: 0


Komentarze: 0

...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...


..::OPIS::..

Ash Ra Tempel to jeden z najciekawszych i najważniejszych zespołów krautrockowych. Ale niekoniecznie jeden z tych, które od razu przychodzą na myśl, gdy mowa o kosmische musik. Historia grupy sięga drugiej połowy lat 60., kiedy to dwóch nastoletnich muzyków - Manuel Göttsching i Hartmut Enke, grający odpowiednio na gitarze i basie - zafascynowanych twórczością Cream i Jimiego Hendrixa, założyło bluesrockowy Steeple Chase Blues Band. W 1970 roku obaj dołączyli do grającego bardziej eksperymentalną muzykę Eruption, założonego przez byłych muzyków Tangerine Dream, Conrada Schnitzlera i Klausa Schulze'a. Zespół rozpadł się wkrótce potem, ale Göttsching, Enke i Schulze postanowili kontynuować działalność jako trio, przybierając nazwę Ash Ra Tempel. Schulze niedługo zdecydował się opuścić skład i rozpocząć karierę solową, jednak zdążył wziąć udział w debiutanckiej sesji nagraniowej zespołu.

Cała sesja trwała zaledwie jeden dzień - był to 11 marca 1971 roku - a jej rezultat to dwa całkowicie improwizowane jamy. W czerwcu materiał został wydany nakładem niemieckiej wytwórni Ohr, specjalizującej się w takiej nietypowej, eksperymentalnej muzyce (krótko mówiąc - w krautrocku). Zawarta na nim muzyka brzmi bardzo oryginalnie, choć oczywiście można doszukać się pewnych inspiracji. Przede wszystkim kosmicznymi utworami Pink Floyd w rodzaju "A Saucerful of Secrets". Początek pierwszego jamu - dwudziestominutowego "Amboss" - brzmi wręcz jak hołd dla tego utworu. Ale następne kilkanaście minut to już przede wszystkim szalony gitarowy popis Göttschinga, mający sporo wspólnego z koncertowych improwizacji takich wykonawców, jak Grateful Dead, Quicksilver Messenger Service, The Allman Brothers Band, czy wspomnianych Cream i Hendrixa. Wszyscy wymienieni wykonawcy grali jednak przede wszystkim tradycyjne piosenki, które na koncertach były punktem wyjścia do instrumentalnych popisów. Ash Ra Tempel na tym albumie całkowicie odszedł od piosenkowości, na rzecz czystej improwizacji i kreowania specyficznego nastroju. Jeszcze bardziej słychać to na przykładzie 25-minutowego "Traummaschine", w którym na pierwszy plan wychodzą elektroniczne dźwięki o niemal ambientowym charakterze. Warto zwrócić uwagę na brzmienie całego albumu, mocno zanurzone w pogłosach, co dodatkowo wzmacnia oniryczny, psychodeliczno-kosmiczny nastrój.

Debiutanckie dzieło Ash Ra Tempel zabiera słuchacza w niesamowitą, hipnotyzującą podróż. Trzeba jednak wczuć się w ten specyficzny nastrój i charakter całości, słuchać jej z odpowiednim nastawieniem i otwartą głową, nie oczekując konwencjonalnego rocka. W przeciwnym razie album może wydawać się nudny, a nawet denerwujący. Pomimo rockowych inspiracji i drapieżnego brzmienia gitary (przynajmniej w "Amboss"), jest to jednak granie bliższe w swojej swobodnej budowie muzyce elektronicznej czy jazz fusion, niż typowego rocka progresywnego / psychodelicznego.

Paweł Pałasz

„Gdy trafiłem na wojnę w 1972 roku, miałem dziewiętnaście lat. Jeden z żołnierzy z mojego plutonu posiadał tę piosenkę [„Amboss”] na kasecie. Pewnego dnia przebijaliśmy się przez gęstą trawę słoniową i natknęliśmy się na nasz spalony czołg. Weszliśmy do środka, wreszcie poczuliśmy komfort, zaczęliśmy brać LSD (…). Jedynym wspomnieniem jakie mam z tej nocy jest właśnie ta piosenka, a ściślej cechujące ją brutalne gitarowe solo i walka do upadłego z naszymi wrogami. Gdy wyczerpany obudziłem się o świcie… kolega od kasety leżał rozerwany na kawałki nieopodal mnie”. [komentarz użytkownika MrPete45 pod „Amboss” na Youtube]

Aż nie chce się wierzyć, że debiut Ash Ra Tempel, stanowiący w mojej opinii jedno z najlepszych muzycznych świadectw zimnowojennych realiów (kluczowa w tym przypadku atmosfera podzielonych Niemiec, czy przywołane krwawe starcia w Wietnamie) jest właściwie dziełem… gówniarzy – dwudziestojednoletniego wówczas Manuela Goettschinga, trzy lata starszego Klausa Schulze oraz liczącego sobie podczas nagrań dziewiętnaście wiosen basisty Hartmuta Enke. Mając taki start, nic dziwnego, że dwaj pierwsi zapracowali sobie niewiele później na miano czołowych speców od elektroniki, wzbogacając scenę o takie skarby jak „E2-E4” czy „Inventions For Electric Guitar” z jednej strony, czy choćby „Irrlicht” i „X” z drugiej. Zasłużona lawina zachwytów odnosząca się do tej części ich dyskografii sprawiła jednak, że zbyt często zwykło się zapominać o krautrockowej spuściźnie obu panów, zwłaszcza o „Ash Ra Tempel”, choć i wydane dwa lata później „Join Inn” to rzecz niewątpliwie godna uwagi. Mimo to ich dorobek w większości klasyfikacji – tak jak w promującym obskury przeglądzie Factmaga czy choćby w rankingu na Rateyourmusic – lokuje się zazwyczaj za płytami żelaznej czwórki, czyli grup Can, Neu!, Amon Duul i Faust.

A przecież drugiego tak destrukcyjnego dla psychiki albumu jak ten self-titled, albumu wręcz stworzonego, by ubarwiał chwile, w których zdarza się nam zatracać w dionizyjskości i pierwotnych instynktach, albumu rotującego nieustannymi rozbryzgami szału, desperacji („Amboss”) oraz hipnotycznych majaków („Traummaschine”) ze świecą szukać i to nawet w złotych dla psychodelii czasach, jakimi bez wątpienia była końcówka lat sześćdziesiątych i początek siedemdziesiątych. Wsłuchując się dokładniej w dzikie gitarowe solo napędzające otwierające krążek „Amboss” po prostu włos jeży się na głowie (jeśli znacie kogoś, kto na wszystko, co dla niego niezrozumiałe, zwykł mawiać „szaleństwo”, sprawdźcie go – od 6:49 powinno zabraknąć mu lingwistycznej skali). Ba, rolę co najmniej równoprawną gitarowym popisom Goettschinga odgrywa tu nieustanny potok organicznych perkusyjnych spazmów (niesamowity Schulze), z istnym zezwierzęceniem ubijający coraz silniej cyrkulujące składowe w zbitą, psychodeliczną masę.

Ta płyta jest po prostu popieprzona, a dzięki lo-fi produkcji i improwizacji (bo przecież oni niemal bez przerwy tu improwizują), wywołuje pogłębiające jeszcze immersję wrażenie przytykania nam do głowy pistoletu przez kogoś, kto z uśmiechem zaprasza do gry w rosyjską ruletkę w warunkach równie nieludzkich, jak choćby te z siedem lat późniejszego względem długograju, rozliczeniowego już „Łowcy jeleni”.

Klimat „Ash Ra Tempel” przytłacza też uskutecznianą przez Niemców subtelną auto-destylacją mroku i wrażeniem imputowania go w każdą jedną wygrywaną nutkę. Zupełnie jak za namową muzykalnego psychoanalityka, uzależnionego od weekendowych seansów „Gabinetu Doktora Caligari”. Trio straszy więc przede wszystkim dzięki umiejętnej aktywizacji naszej wyobraźni – cieniem, a nie pokaźną artylerią, krokami na skrzypiących schodach, a nie wyszukanymi monstrami, samą świadomością czyhającej na każdym kroku śmierci, a nie nagraniami z publicznych egzekucji. Wyzwolenie z dosłowności i spontaniczne podążanie za dźwiękiem jest tu wręcz niezbędnym, szalenie zresztą satysfakcjonującym kluczem do nawiązania nici porozumienia z artystami.

A propos artystów. Gdy nazwę zespołu ograniczymy do akronimu wyłoni się nam właśnie słowo ART. Słowo, choć dziś bezwstydnie nadużywane, dla charakteru tej przesiąkniętej zeitgeistem płyty absolutnie esencjonalne. Słowo, które, pozwalając sobie na prywatę, właśnie dla tak niepowtarzalnych wydawnictw powinno być zastrzeżone.

Wojciech Michalski

Właściwie nie wiem, dlaczego “Ash Ra Tempel”, a nie “Join Inn”, albo „Schwingungen”. Właściwie to wiem, bo mi się właśnie ta najbardziej podoba. Tylko przecież wszystkie te płyty są do siebie podobne. Jedyna różnica, że na „Schwingungen” jest sporo partii wokalnych. Dlaczego jedynka, a nie dwójka, albo tym bardziej trójka? Gdzie mieści się w tym przypadku ośrodek decydujący o „lubię – nie lubię”? Chyba gdzieś głęboko w dość starych strukturach mózgowych, bo taką muzykę odbiera się bardzo intuicyjnie. Bo tu nie ma melodii. Te dźwięki tworzą pewna strukturę muzyczną o pewnym nastroju, która oddziałuje na naszą psychikę na poziomie emocji. Właściwie każda muzyka oddziałuje na nas na poziomie emocji, tylko tu nie ma jakiegoś konkretnego punktu zaczepienia, nie jesteśmy w stanie powiedzieć co konkretnie nam się podoba. I „lubię – nie lubię” polega na tym czy muzykom uda się stworzyć odpowiednią psychoaktywną strukturę muzyczną (podobieństwo tej nazwy do substancji psychoaktywnych – najzupełniej zamierzone). W przypadku takiej muzyki najtrudniej nam powiedzieć – dlaczego? W „normalnej” muzyce jest to meldia, riff, refren. Tutaj – jedynie coś tak ulotnego jak nastrój, klimat. Ale nie ma co zbytnio się nad tym zastanawiać – najważniejsze, że się podoba. A dlaczego, to już mniejsza z tym. Jak mawia Ferdynand Kiepski – „Nie ważne z czego, najważniejsze, żeby sponiewierało”.

Ash Ra Tempel założyli na samym początku lat siedemdziesiątych gitarzysta Manuel Goettsching, basista Hartmut Enke i perkusista, klawiszowiec Klaus Schulze, niewiele wcześniej relegowany z Tangerine Dream. Z pewnego punktu widzenia muzyka Ash Ra Tempel była kontynuacją tego, co na swoich płytach zaprezentowali Tangerine Dream, czy Kraftwerk, ale było to coś spokojniejszego, bardziej nastrojowego, medytacyjnego, niż niezbyt daleki od muzyki konkretnej „Electronic Meditation”, czy Kraftwerk 1”. No i nowy zespół zaproponował muzykę dużo przystępniejszą niż chociażby debiut Tangerine Dream.

W przypadku pierwszego krążka Ash Ra Tempel z tą nastrojowością jest mimo wszystko różnie. Na pewno „Amboss” do takich utworów nie należy. To w całości popis Goettschinga. Początek taki, jakiego możemy się spodziewać – spośród dostojnych dźwięków jakichś elektronicznych ustrojstw wyłania się gitara, początkowo cicho, delikatnie, w tle, potem stopniowo przesuwa się coraz bardziej na pierwszy plan, w międzyczasie nabiera tempa i mocy, a gdzieś tak od polowy zaczyna hałasować z iście rockową werwą, dominując resztę instrumentów. A najważniejsze w tym jest, że Goettsching nie jest gitarowym szybkobiegaczem i nie stara się grać tysiąca nut na minutę, a raczej stara się, żeby utwór się cały czas rozwijał. To coś w rodzaju „Star Storm”, albo „Flying” z drugiej płyty UFO – oczywiście nie dosłownie, tylko ze względu na podobnie szalejącą gitarę. Odlot – na pewno, ale starannie zaplanowany. Druga część, „Traummaschine” już dużo bardziej odpowiada standardom muzyki medytacyjnej – rozwija się powoli, dźwięki się plotą, przeplatają, jakieś bębenki, jakieś generatory, szumy szmery i tak właściwie przez cały czas, a inspiracji możemy doszukiwać się na Dalekim Wschodzie. Urocze.

Ash Ra Tempel to w zasadzie trzy takie regularne płyty, te co wcześniej wymieniłem. Była jeszcze wspólna płyta z Timothym Learym, jeden soundtrack i album „Starring Rossi”. Jednak ten ostatni zawierał krótkie kompozycje, w zasadzie piosenki i nagrany był tylko przez Goettschinga, z pomocą Haralda Grosskopfa, już bez Enkego i Schulze’a. Kilka lat później Goettsching zmienił nazwę grupy na Ashra i zaczął parać się zupełnie nie awangardową, klasyczną niemiecką elektroniką – polecam dwie pierwsze płyty „New Age of Earth” i „Blackouts”.

Jedna z ważniejszych płyt i jeden z ważniejszych zespołów niemieckiej sceny rockowej tamtych lat.

Wojciech Kapała

Simply one of the all-time great Krautrock albums, this is the original ASH RA TEMPEL lineup with Manuel Göttsching, Hartmut Enke, and Klaus Schulze (who just left TANGERINE DREAM following the release of "Electronic Meditation"). Still at this point, Schulze was handling the drums, rather than keyboards that he's most famous for. There are only two side-length cuts. "Amboss" is totally mindblowing guitar-oriented jam that's not unlike the most intense moments of "Electronic Meditation", I guess that shouldn't be any surprise as both were recording on Ohr, and Schulze was involved in both. "Traummaschine" (German for "Dream Machine") is a much more relaxed, spooky sounding piece, mostly relying on ambience, with the guitar only rearing its head occasionally. Another mindblowing piece for the total opposite reason as "Amboss".
This is truly one of the first ASH RA TEMPEL albums you should try, especially because there are no vocals (except for some wordless vocals on "Traummachine" which are rather pleasant). The original LP on Ohr comes with a fold-out cover, sorta similar to ELP's "Brain Salad Surgery" (but without the diecut), or that obscure late '60s Portland, Oregon act called Touch (the band that recorded for the Coliseum label, that is, as opposed to too many other bands with that name). Spalax in France also reissued this on LP, but unfortunately lacks the gimmick fold-out and instead includes a little booklet (the same kind of booklet used on the Spalax CD reissue as well). A true must have for all space rock and Krautrock junkies out there!

Proghead

If you love the old "Space Tripp?in" thing then ASH RA TEMPEL is just the thing the Doctor ordered. ASH RA TEMPEL?s 1st album is a classic in the genre of Space Rock led by guitarist Manuel Gottsching and a very young Klaus Schulze (percussion and electronics). Their 1st album really has a split personality and offers 2 very different landscapes for the listener from the chaos of the first 20 Mins epic "Amboss" (Anvil) to the tranquil "Traummaschine" (Dream Machine) which both seem to be born from the same cosmic voyage. Amboss is a heavy cosmic acid space journey which seems to draw the listener effortlessly into the wake of the TEMPEL. Along the way you are surrounded by Gottsching?s crazy guitar playing and Schulze?s frantic drumming and electronic smogasbourg. Track 2 (25 mins) is much less frantic and seems to by opposition draw the listener back inside the TEMPLE but this time into a very different region. "Traummaschine" relies much heavier here on the electronic meditation and instead builds into a very deep and slow space climax which seems very soothing and will send you off into another dimension. Overall this is a superior reproduction and sound is very well preserved considering the age offering nice speaker separation throughout. This is a great recording to sit back and put on the old headphones. Highly Recommended .
loserboy



..::TRACK-LIST::..

1. Amboss 19:40
2. Traummaschine 25:24



..::OBSADA::..

Guitar, Vocals, Electronics - Manuel Göttsching
Drums, Percussion, Electronics - Klaus Schulze
Bass Guitar [Gibson Bass] - Hartmut Enke



https://www.youtube.com/watch?v=G6IgRkbk8Qo


SEED 15:00-22:00.
POLECAM!!!

Komentarze są widoczne tylko dla osób zalogowanych!

Żaden z plików nie znajduje się na serwerze. Torrenty są własnością użytkowników. Administrator serwisu nie może ponieść konsekwencji za to co użytkownicy wstawiają, lub za to co czynią na stronie. Nie możesz używać tego serwisu do rozpowszechniania lub ściągania materiałów do których nie masz odpowiednich praw lub licencji. Użytkownicy odpowiedzialni są za przestrzeganie tych zasad.

Copyright © 2026 Best-Torrents.com