Best-Torrents.com




Discord
Muzyka / Rock
NOVEMBER - EN NY TID ÄR HÄR... (1970/2026) [MP3@320] [FALLEN ANGEL]


Dodał: Fallen_Angel
Data dodania:
2026-06-19 16:35:36
Rozmiar: 164.92 MB
Ostat. aktualizacja:
2026-06-19 16:35:36
Seedów: 0
Peerów: 0


Komentarze: 0

...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...


..::OPIS::..

Nowa, limitowana i świetnie brzmiąca edycja wydanego oryginalnie przez Sonet w 1970 roku świetnego, debiutanckiego album szwedzkiej formacji grającej ciężkiego, gitarowego rocka zainspirowanego Cream, Free i Jethro Tull z wyraźnymi, progresywnymi wpływami (m.in. okazjonalne partie fletu). Płyta zachowała surowy charakter; poszczególne utwory sprawiają wrażenie nagranych niemal 'na żywo', bez nadmiernych studyjnych ozdobników. Całość zaśpiewana została w naturalny, przystępny sposób po szwedzku i brzmi bardzo świeżo. Świetne i jednocześnie bardzo chwytliwe granie! Dodatkowo dołączono aż 33 minuty (8 nagrań) materiału dodatkowego: 3 nagrania z rzadkich singli, 1 utwór z sesji nagraniowej oraz 4 kawałki koncertowe z 1970 roku wydane po latach na CD/LP 'November Live'! Zwyczajowo wytwórnia Once Again niemal wiernie zreprodukowała grafiki z oryginalnego longplaya a także dodała reprodukcje kilku wczesnych singli zespołu.

JL

1 listopada 1969 roku szwedzcy fani blues rocka zebrani w Que-Club w Göteborgu z niecierpliwością czekało na pojawienie się gwiazdy wieczoru, brytyjskiego zespołu Fleetwood Mac. Wielu przyszło też posłuchać sztokholmskiego tria z rewelacyjnym, zaledwie 16-letnim gitarzystą Richardem Rolfem w składzie. Blues rockowe trio, które tego wieczoru otwierało koncert szacownych gości z Londynu występowało tu nie raz – za każdym razem pod inną nazwą. Kiedy menadżer klubu zapytał lidera zespołu, wokalistę i basistę Christera Stålbrandta jak ma ich zapowiedzieć, ten, patrząc na wiszący kalendarz na ścianie, rzucił krótko: „November. Tak nas zaanonsuj.”

Legenda o pierwszym hard rockowym zespole ze Szwecji i o tym, że grali tak szybko jak tylko to było możliwe (choć kompletnie nie mieli nic wspólnego z tzw. speed metalem) dotarła do mnie pocztą pantoflową prędzej niż jakiekolwiek ich nagranie, czy płyty. Kiedy w końcu odkryłem ich muzykę z dwóch pierwszych płyt pierwsze na co zwróciłem uwagę to to, że śpiewali w swoim ojczystym języku. O dziwo, w ogóle mi to nie przeszkadzało. Nie znając ani jednego słowa po szwedzku moja wyobraźnia uruchomiła się do tego stopnia, że patrząc na track listę dwóch pierwszych płyt wyobrażałem sobie, że być może chodzi o sagę Wikingów, legendarnego bohatera Ragnara Lodbroka i jego synów. I chociaż NOVEMBER był postępowym i politycznie pacyfistycznym zespołem wierzyłem, że tak jak Led Zeppelin w „Immigrant Song” śpiewają „We come from the land of the ice and snow/From the midnight sun where the hot springs flow/The Hammer of the gods/ Will drive our ships to new lands/To fight the hordes, and sing and cry/Valhalla, I am coming”. To by do nich pasowało. Zresztą ich styl, który w zasadzie daleko nie odbiegał od Zeppelina, Cream, Free, czy Budgie był nieco mylący, gdyż poza tonami (1000 kg.) bluesa, zabójczymi, hard rockowymi riffami trio miało także skłonności do progresji i psychodelii. Grupa działała krótko, niespełna trzy lata, wydając w tym czasie trzy znakomite albumy: „En ny tid är här…”(1970), „2 : a” (1971) i „6 : e” (1972).

Początki zespołu sięgają 1968 roku i kwartetu The Imps, który regularnie występował w młodzieżowym klubie Tegelhögen w Vällingby na przedmieściach Sztokholmu. Rosnąca popularność kwartetu nie przeszkodziła, by Christer Stålbrandt i Björn Inge (dr) opuścili zespół tworząc nową grupę o nazwie Train, w której znalazł się doskonale nam znany gitarzysta Snowy White. Gdy wczesną jesienią 1969 roku z powodów rodzinnych Snowy White opuścił Skandynawię jego miejsce zajął młodziutki, wielce utalentowany Richard Rolf. A skoro w składzie nie było już rodowitego Anglika Stålbrandt zdecydował, że wszystkie teksty będzie śpiewał w ojczystym języku. Większość z nich, które powstały pod wpływem ruchu flower power, napisał sam. Było to dość ryzykowne posunięcie mogące ograniczyć komercyjny sukces tria. W rzeczywistości wyszło im to na plus. Pomimo szwedzkich tekstów November zyskał dość sporą popularność na Wyspach Brytyjskich. Podczas trasy po Albionie teksty były tłumaczone na angielski jednak publiczność na koncertach domagała się, by śpiewali w ojczystym języku.

Podpisany na początku 1970 roku kontrakt z firmą Sonet zaowocował singlem „Mount Everest”/”Cinderella”, który przez trzy tygodnie utrzymywał się na drugim miejscu listy przebojów tuż za piosenką „Bridge Over Troubled Water” duetu Simon & Garfunkel. Mała płytka była forpocztą albumu „En ny tid är här…” wydanego w tym samym roku.

Tytuł albumu można przetłumaczyć jako „Nadeszły nowe czasy”. I faktycznie, ich płytowy debiut był czymś bardzo świeżym, nowym i oryginalnym. Wcześniej niewielu lokalnych artystów decydowało się śpiewać w swoim ojczystym języku lub grać taką muzykę. Co prawda w odniesieniu do muzyki anglosaskiej może wydać się wtórny, co nie znaczy, że jest gorszy. Wręcz przeciwnie. Sposób, w jaki użyli basu jako szkieletu dla większości kompozycji jest imponujący i wraz z ogólną atmosferą muzyki nie tylko zadziwia, ale przykuwa uwagę. Unoszące się nad zwartą, ale dyskretną sekcją rytmiczną, hard rockowo bluesowe próby („Mount Everest”, „Lek Att Du Ęr Barn Igen”) są doskonale uzupełniane subtelnym prowadzeniem gitary Rolfa z fantastycznym użyciem fletu. Ten ostatni nabiera łagodnego, progresywnego charakteru, niezbyt odległego od twórczości ikonicznych muzyków choćby takich jak Ian Anderson. Strategicznie rozrzucone po całym albumie utwory bluesowe wraz z ich skłonnościami do ciężkiego brzmienia składają się z fantastycznych wstępów do czystego hard rocka („Ta Ett Steg I sagans land” , „En annan värld”) lub hipisowskiego boogie („Sekunder”, „Åttonde”). Sekcja rytmiczna Stålbrandta/Inge wychodzi z bluesowej gry wstępnej poprzez szaleńcze, ale przemyślane bębnienie i orgazmiczne linie basu („Åttonde”), podczas gdy gitary prowadzące i rytmiczne Rolfa krążą sobie w swobodnym stylu. Muzycy potrafili też zabrzmieć naprawdę mocno, o czym świadczy niemożliwie zatytułowany „Varje gång jag cheese dig känns det lika skönt”. Wystarczy jedno przesłuchania płyty i naraz zdajemy sobie sprawę, że November jest na tym samym poziomie doskonałości co Led Zeppelin, Jethro Tull, Grand Funk Railroad, żeby wymienić tylko te. Oczywiście zawsze ktoś porówna ich do innych trzyosobowych kapel z tej samej epoki (Cream, Mountain, Jimi Hendrix Experience, Budgie, West Bruce & Laing, etc), ale moim skromnym zdaniem November był czymś więcej niż tylko inspiracją owych grup. W tej chwili nie przypominam sobie lepszego nieanglojęzycznego hard rockowego albumu. „En ny tid är här…” to ich najsłynniejsza płyta. I nic dziwnego, bo to piekielny album którym można się albo naćpać, albo dobrze przy nim odpocząć.

Zibi

Redaktor Kapała raczył wspominać ciepło o November w tylu tekstach, że aż dziw, iż dotychczas żadna recenzja którejś z trzech płyt tej wielce zasłużonej dla skandynawskiego rocka grupy nie zawitała na łamy Artrocka. Akurat mamy listopad*, a zatem miesiąc idealnie nadający się do schwycenia pióra w dłoń i skrobnięcia paru akapitów na temat owej formacji. Pomijając już miesięczną nazwę zespołu, okres szarugi to dobry czas dla takiej muzyki – wszak fan rocka musi czymś rozgrzać zziębnięte gnaty w ciemne, długie i zimne wieczory, a niekoniecznie ma ochotę co dzień wprowadzać do organizmu bajkowy nastrój, jak to ongi ujął niezapomniany Jan Himilsbach. Wówczas En ny tid är här sprawdza się znakomicie – rozgrzewa i przywołuje uśmiech na twarz, nie wzmagając przy tym chęci do gromkiego śpiewania Sokołów, bądź do pogrążenia się w kontemplacji dotyczącej natury bytu blatu kuchennego.

Przeciętny Polak, zapytany o muzykę szwedzkiej proweniencji, nie odpowie pewnie nic. Raz, że społeczeństwo idiocieje i gros ludzi, usłyszawszy proweniencja, co najwyżej otworzy szeroko oczęta ze zdumienia i spyta podejrzliwie: Czy Pan mnie aby nie obraża?; dwa, że w naszym kraju płyt kupuje się jeszcze mniej niż książek i nawet ABBA wielu osobom nie jest znana - abstrahując już od tego, że można znać muzykę jakiejś kapeli, nie zdając sobie sprawy z jej pochodzenia. Wskazanie zaś zespołu, zarazem wywodzącego się z tego skandynawskiego królestwa i posługującego się w swej twórczości ojczystą mową, stanowić może nie lada trudność nawet dla zupełnie dobrze obeznanych w rocku waszmościów. Fakt faktem, iż zbyt wiele takich klasycznych, rockowych, a przy tym wartych uwagi grup z lat 70. nie znajdziemy, niemniej niewiele to dużo więcej niż żadne – parę ich jednak będzie. A na czele owej czeredki, niczym Wolność z obrazu Delacroix, dumnie stoi właśnie November.

Korzenie grupy sięgają roku 1968, kiedy to w klubie Tegelhögen położonym w Vällingby, na przedmieściach Sztokholmu, uformował się kwartet The Imps (szkoda, że nie The Amps). Jeszcze w tym samym roku jego sekcja rytmiczna (Christem Stålbtrandt i Björn Inge) weszli w skład nowo powołanego do życia zespołu Train. Warto wspomnieć, że gitarzystą tego głośnego i szybko zdobywającego popularność tria był niejaki Snowy White. Ten sam, który za kilka lat zostanie piątym Floydem. Dwaj Szwedzi nie pograli jednak ze Śnieżkiem zbyt długo, opuścił on bowiem Train jesienią roku 1969. Wkrótce później, po jednej, najwyraźniej owocnej, próbie gitarzystą grupy został Richard Rolf. Tym samym jej skład stał się, że tak powiem, jednolity narodowościowo, co było powodem podjęcia decyzji o posługiwaniu się wyłącznie językiem szwedzkim. Z kolei tuż przed koncertem u boku Fleetwood Mac zmianie uległa nazwa formacji. Nietrudno się domyślić, że w poszukiwaniu inspiracji muzycy zajrzeli do kalendarza, albowiem ów występ miał miejsce 1 listopada 1969 roku. Na początku roku następnego zarejestrowali kilka utworów (tym samych, które znalazły się potem na debiutanckim albumie) w studiu Sveriges Radio. Audycja z ich udziałem spotkała się z rewelacyjnym przyjęciem, co niewątpliwie ułatwiło im nagranie (w tym samym miejscu), a następnie wydanie pierwszego longplaya. Singiel promujący całość - Mount Everest – zdobył w Szwecji znaczną popularność, duża płyta również odniosła sukces i w zasadzie do dziś stanowi jedno z najprzedniejszych dzieł skandynawskiego rocka.

Tak to już jest, że każde power-trio powołuje się na inspirację Cream, a nawet jeśli się do niej nie przyznaje, to i tak – w sensie muzycznym – sporo zawdzięcza panom Bakerowi, Bruce’owi i Claptonowi. November nie jest bynajmniej wyjątkiem, wszak trudno grać taką muzykę bez znajomości prekursorów gatunku, próżno jednak doszukiwać się w ich twórczości nachalnego kopiowania rozwiązań stosowanych przez starszych kolegów po fachu. Podobieństw dopatrywałbym się natomiast w – skądinąd chwalebnej – tendencji do wplatania w swoją grę drobnych a pomysłowych innowacji. Pamiętamy przesunięcie akcentu metrycznego w Sunshine of Your Love? Właśnie tego pokroju koncepty mam na myśli. Wystarczy posłuchać Varje gång jag ser dej känns det lika skönt (o raju, ależ tytuł!) – kapitalnego, urockowionego i śpiewanego po szwedzku - a przez to cokolwiek dla nas egzotycznego – bluesa. Wsłuchawszy się weń nieco uważniej można zauważyć pewne nieregularności w pracy perkusji. Niby drobiazg, a jednak owo stukanie po werblu czyni utwór ciekawszym. W wielu innych miejscach na płycie nader zmyślne zestawienie motywów, niekiedy wręcz pojedynczych dźwięków, też budzi uznanie, dowodząc kunsztu i pomysłowości członków zespołu. Wyraźnie słychać to już na samym początku płyty – wstęp do Mount Everest jest doprawdy ładnie skonstruowany, dzięki czemu aż tchnie werwą młodych naówczas muzyków.

Tego typu odstępstwa od sztampy, elementy sensownie i logicznie urozmaicające materiał nadają wydawnictwu progresywny sznyt. Acz pamiętajmy, że to przede wszystkim porcja porywającego hard-rocka. Prócz wieńczącego całość, na poły żartobliwego Balett Blues utwory pomieszczone na krążku mają wyraźnie heavyrockowy charakter. Wprawdzie niektóre z nich zagrane są bardziej na modłę bluesową (Lek att du är barn igen lub Varje gång…), inne zaś zaskakują melodyką (En annan värld mające w sobie coś ze skocznych tańców ludowych; trudne do sklasyfikowania, aczkolwiek zapadające w pamięć melodie Gröna blad i Åttonde), niemniej łączy je brzmienie, świeże i urozmaicone jak na tak skromne instrumentarium. Pełno w nich ostrej, wyrazistej gitary i mocnej, a przy tym wcale nie banalnej pracy sekcji rytmicznej. Warto zauważyć, że jak na płytę zarejestrowaną w 1970 roku, w ciągu ledwie trzech dni, i to bynajmniej nie w centrum rockowego światka, produkcja En ny tid är här stoi na zaskakująco wysokim poziomie, album brzmi soczyście i przejrzyście zarazem. Wydane w analogicznym okresie Deep Purple in Rock pod tym względem wypada dużo gorzej.

Ogromnie mi się ta płyta podoba. Dynamicznego heavy-rocka z progresywnymi inklinacjami nigdy za wiele - zwłaszcza późną jesienią, gdy za oknami szaro i buro, a w domu tak przejmująco chłodno, że zaczyna się pałać namiętnym afektem do kaloryfera, taka porcja mocnego grania potrafi uczynić żywot ludzki znacznie przyjemniejszym. Nie zapominajmy też, że zawsze można się ociupinkę pocieszyć myślą, że w Szwecji jest tak samo zimno, jak i w kraju mym ojczystym.


*Zdaję sobie sprawę, że jest grudzień, jednakowoż niemal cały powyższy tekst powstał kilka tygodni temu i czekał tylko na uzupełnienie danymi biograficznymi, zaczerpniętymi z książeczki dołączonej do kompaktowego wznowienia trzeciej płyty tria, do których to danych nie miałem przez jakiś czas dostępu, albowiem wspomniana książeczka, jak to się mówi, rozpłynęła się w niebycie. Mea maxima culpa.

Tyrystor

Trio November powstało pod koniec lat 60. w Sztokholmie. Nazwa upamiętnia pewien listopadowy wieczór 1969 roku, gdy muzycy, jeszcze pod szyldem Train, zagrali jako support przed grupą Fleetwood Mac. Muzykę graną przez zespół można nazwać zarówno ciężkim blues rockiem, jak i bluesowo zabarwionym hard rockiem. Inspiracje są dość oczywiste: Cream, The Jimi Hendrix Experience, Free, Ten Years After czy wspomniany Fleetwood Mac. Za to brzmienie - zaskakująco dobre - kojarzy się już raczej z Led Zeppelin lub nawet Black Sabbath. Tym, co odróżniało szwedzkie trio od anglosaskich grup, były teksty w ojczystym językiem. Trochę się tego obawiałem po doświadczeniach z niedawno recenzowanym Trettioåriga Kriget, jednak tutaj wokal brzmi lepiej, bardziej naturalnie. I nie da się ukryć, że właśnie ten egzotyczny element wyróżnia November spośród podobnie grających kapel. Kiedy grupa występowała w Wielkiej Brytanii i postanowiła zaprezentować swoje utwory w anglojęzycznych wersjach, publiczność domagała się oryginałów. Wyraźnie to pokazuje, co było największym atutem tria.

"En ny tid är här...", debiutancki album November, to zbiór krótkich, prostych utworów, opartych na zadziornych gitarowych riffach i solówkach, które nie dominują jednak brzmienia całości, pozwalając wykazać się sekcji rytmicznej. Muzycy nie są wirtuozami, ale grają przyzwoicie. Dominują w repertuarze kawałki łączące rockowy czad z dość zgrabnymi melodiami, czego przykładem "En annan värld", "En enkel sång om dej" i najlepszy z nich "Mount Everest", w którym całkiem charakterystyczne riffowanie przyjemnie uzupełniają partie fletu. Instrument ten pojawia się jeszcze tylko w łagodniejszych, psychodeliczno-folkowych fragmentach "Lek att du är barn igen". Muzycy potrafili zabrzmieć też naprawdę ciężko, czego dowodem niemal sabbathowy "Varje gång jag ser dig känns det lika skönt". Jako żart można natomiast traktować finałową miniaturkę "Balett blues", wzbogaconą archaiczną partią pianina. Nie ma większego sensu, by bardziej rozpisywać się na temat zawartych tu utworów, ponieważ trudno usłyszeć tu coś, co nie byłoby kliszą anglosaskiego rocka.

Tytuł albumu "En ny tid är här..." można przetłumaczyć jako "Nadeszły nowe czasy", ale jakoś nie bardzo to słychać w zawartej tu muzyce, chyba że świadectwem nowych czasów miałyby być teksty w innym języku niż angielski, co wcześniej w tego typu muzyce nie było popularne. Ogólnie jest to dość fajne granie i mogę polecić debiut November miłośnikom klasycznego rocka. Nie da się jednak ukryć, że to muzyka odtwórcza, a w dodatku spóźniona pod względem kompozycji i aranżacji o jakieś 2-3 lata, choć z brzmieniem wpisującym się już we standardy lat 70.

Paweł Pałasz



..::TRACK-LIST::..

1. Mount Everest 3:38
2. En Annan Värld 3:45
3. Lek Att Du Är Barn Igen 5:55
4. Sekunder (Förvandlas Till År) 5:07
5. En Enkel Sång Om Dej 2:40
6. Varje Gång Jag Ser Dej Känns Det Lika Skönt 4:03
7. Gröna Blad 2:59
8. Åttonde 3:09
9. Ta Ett Steg In I Sagans Land 4:00
10. Balett Blues 1:18



..::OBSADA::..

Bass, Vocals - Christer Stålbrandt
Drums, Vocals - Björn Inge
Guitar - Richard Rolf

Vocals - Caroline Williams (tracks: 3, 9)
Flute - Jan Kling (tracks: 1, 3)



https://www.youtube.com/watch?v=1UF000HZEVA


SEED 15:00-22:00.
POLECAM!!!

Komentarze są widoczne tylko dla osób zalogowanych!

Żaden z plików nie znajduje się na serwerze. Torrenty są własnością użytkowników. Administrator serwisu nie może ponieść konsekwencji za to co użytkownicy wstawiają, lub za to co czynią na stronie. Nie możesz używać tego serwisu do rozpowszechniania lub ściągania materiałów do których nie masz odpowiednich praw lub licencji. Użytkownicy odpowiedzialni są za przestrzeganie tych zasad.

Copyright © 2026 Best-Torrents.com