Best-Torrents.com




Discord
Muzyka / Metal
EPITOME - GOODBYE MY ROT (2025) [MP3@320] [FALLEN ANGEL]


Dodał: Fallen_Angel
Data dodania:
2026-03-17 20:42:23
Rozmiar: 75.99 MB
Ostat. aktualizacja:
2026-03-17 20:42:23
Seedów: 0
Peerów: 0


Komentarze: 0

...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...


..::OPIS::..

Epitome pod koniec 2025 roku rozsypał się na słuchaczy niczym szkło z rozbitej butelki – brutalnie, szybko, bez chwili na zastanowienie. „Goodbye My ROT” to album, który nie pyta o pozwolenie na taniec z odbiorcą. Od pierwszego uderzenia bębnów wpycha słuchacza w środek grindcore’owego młyna, wszystko kręci się szybko i jak trzeba. Historia tego osobliwego zespołu z Podkarpacia ma swój ekstremalny, wręcz krwisty rodowód i sięga początku lat dziewięćdziesiątych. Przez dekady grupa szlifowała pazury i dziś pokazuje, że jej doświadczenie nie przygasiło pierwotnej agresji. Szósty longplay, wydany w listopadzie 2025 roku, jest zarazem drugim z Marcinem „Dyvanem” Pitorakiem jako głównym krzykaczem.

Muzycznie Epitome rozpycha się łokciami pomiędzy grindcorem a death metalem, robiąc to z finezją, którą trudno znaleźć u innych „rzeźników” z podziemia. Znajdziemy tu fragmenty totalnego miażdżenia, krótkie punkowe przerywniki, a nawet odważne eksperymenty, jak sample czy saksofonowe wtrącenia, które wcale nie brzmią jak zbędny dodatek, lecz idealnie wkalkulowany element dramaturgii. Produkcja jest sprawna, o odpowiednio utrzymanej surowości, niezbyt chaotyczna – każdy „hałas” ma swoją przestrzeń. Wydawnictwo ukazało się nakładem Deformeathing Production, które dobrze wie, jak promować i wydać taką płytę.

Największy atut płyty? Marcin. Jego wokal to narzędzie chirurgiczne: jest ostry, surowy, nieokiełznany, a jednocześnie dysponujący barwą i dynamiką sprawiającą, że krótkie, gwałtowne frazy wbijają się w pamięć. To nie jest krzyk dla samego krzyku, słychać w nim intencję, złość, ironię, czasem groteskę. Dokonania Dyvana, znam jeszcze z zespołu SARS, gdzie jego nadludzkie umiejętności wokalne są równie imponujące.

Pierwszy kontakt z albumem to jak wypad na koncert, którego wcale nie planowałeś. Może być zaskakująco, chwilami nawet nieprzyjemnie, ale zawsze wciągająco. Producent pilnuje dynamiki, napór przeplata się z krótkimi oddechami, potęgującymi kolejne bezkompromisowe uderzenia. Epitome nie gra tylko chaotycznego hałasu, w tle są smaczki, pomysły aranżacyjne, niuanse rytmiczne i przebłyski melodyczne dodające głębi i wytrawności.

Tytułowy „Goodbye My ROT” łączy agresję z melancholią. Kawałki jak „Sister-in-Law”, czy „Dystonia” pokazują, że zespół potrafi balansować między miażdżącymi fonicznymi wybuchami a bardziej rozbudowanymi formami. Saksofon i sample są w nich elementami, których się nie spodziewałem, mile widzianymi zaskoczeniami, a nie tylko ozdobą.

„Goodbye My ROT” to deklaracja – Epitome nie gra półśrodkami. To surowa, bezczelna i szczera płyta dla fanów ekstremy. Zespół, którego korzenie sięgają wczesnych lat dziewięćdziesiątych, pokazuje dojrzałość i energię, a współpraca z wytwórnią Deformeathing dopełnia obrazu ekipy, która wie, co robi. To płyta, którą odpala się na full i odtwarza niejeden raz. Polecam z czystym sumieniem.

Kamil Tyski (Muzyczne retrospekcje)


Niecałe dwa miesiące temu rzeszowski Epitome we współpracy z Deformeathing Productions wypuścił swego kolejnego brutala. Mnie ich piosnki zawsze cieszą, więc nie było mowy, bym ominął Goodbye My ROT, która jest następczynią świetnej ROTend z 2022 roku.

Zacznijmy od brzmienia. Epitome zawsze dbał o sound na płytach, dzięki czemu rozpoznawani są jako grindowy czołg do niszczenia wszystkiego wokół. Przy nowej produkcji ślady położono w Torowa Studio w Rzeszowie, a miksy i mastering zlecono Haldorowi z Satanic Audio. Jak nie przepadam za jego remasterami dla starych, deathmetalowych albumów (np. Trauma, Pestilence), to przy nowościach zawsze się sprawdza. Nówka Epitome sadzi ostro i atakuje wulgarnością. Gitary posiadają sporo ciężaru i fajnego brudu, który jednak nie kładzie selektywności. Garki brzmią żywo i nadają całości dużej dynamiki. Utwory brzmią mięsiście oraz masywnie, a przez to bardzo bezpośrednio, co dobrze współgra z całym materiałem.

Na płycie znalazło się dwadzieścia jeden pozycji. Jak się możecie domyślać, są to progresywne suity przepełnione symfonicznymi popisami klawiszowymi, a teksty opisują proces wchodzenia w kryzys wieku średniego emopoety… Żart.

Epitome jest nadal nieokrzesany, nadal szybki i na wskroś agresywny. Jednak faktem jest, że na nowej płycie doszło do pewnych zmian stylistycznych, których się szczerze mówiąc nie spodziewałem. Jest trochę inaczej, ambitniej. Można powiedzieć, że w sąsiedzkiej masarni ktoś otworzył okno i wpuścił nieco powietrza. Nie powiem, żebym od razu załapał, o co w tym albumie biega. Byłem nastawiony na prostotę, świnie, a nie na odświeżenie receptury, więc Panowie wzięli mnie z zaskoczenia.

Co się zmieniło? Na pewno nie poziom agresji, bo tego tu jest klasycznie na pęczki. Jest ona jednak trochę inaczej uzyskana, utwory są bardziej szaleńcze i hałaśliwe. Zrobiło się też jakby poważniej, poza świetnym otwieraczem w postaci ROT (nie będę spoilerował) nie ma tu zbyt wiele humoru, a wiadomo, że Epitome zawsze się ocierał o odłam grindu, gdzie jest sporo miejsca na chory żart. Gdyby ktoś mnie spytał, z jakim zespołem zestawiłbym obecny styl Rzeszowiaków, to musiałaby paść nazwa Antigama. Nie dlatego, że słyszę wyraźne podobieństwa, bardziej dlatego, że widzę te dwie załogi jako grające różną muzykę, ale mieszczącą się w tym samym gatunku. Więcej porównań nie mam zamiaru przytaczać, bo Epitome swoim stażem wypracował już dawno unikalny styl i ewentualnie można inne kapele porównywać do nich.

Tymczasem w narodzie nadal nie ma brania na grindcore i zaczynam tracić cierpliwość, widząc jakie zespoły się promuje i słucha kosztem załóg dla mnie ciekawszych i pełnych wartości. Nówka Epitome zasługuje na uwagę, a band na szacunek i zaproszenia na gigi, festiwale. Jeśli zostanie olany, to się wku... .

Brzeźnicki


Epitome to dziś już instytucja – nie tylko na krajowej scenie, ale też w światowym death/grindzie. Rzeszowska ekipa nigdy nie zasypywała rynku wydawnictwami, ale kiedy już coś wypuszczała, zazwyczaj był to materiał z górnej półki. „Goodbye My ROT” idealnie wpisuje się w tę tradycję. Po ponad trzech dekadach działalności maszynka do mięsa z logo Epitome nadal pracuje pełną parą i nie widać tu oznak zużycia. No, może poza samym brzmieniem – ono faktycznie jest lekko „rdzawe”, chropowate i szorstkie, ale w tym przypadku to oczywiście komplement.

Muzycznie dostajemy dokładnie to, czego można się po tej kapeli spodziewać – gęsty, brutalny death/grind z charakterystycznym, lekko chorobowym klimatem. Cała płyta stoi solidnymi riffami: jedne są bardziej nośne, inne pokręcone i nerwowe, ale wszystkie mają odpowiedni ciężar. Materiał jest przy tym bardzo równy – trudno wskazać oczywiste „hity”, ale też nie ma momentów słabszych czy zapychaczy. W „Dystonii” można wychwycić delikatny ukłon w stronę klasyki – gdzieś pobrzmiewa duch Vaderowego „Carnal”, pojawiają się też momenty przywodzące na myśl stare Cannibal Corpse. To jednak tylko smaczki, bo w gruncie rzeczy nadal jest to po prostu Epitome w bardzo dobrej formie.

Cieszy też, że zespół – mimo mocnego zakorzenienia w swojej niszy – wciąż próbuje dorzucać drobne elementy wychodzące poza sztywną konwencję. Na początku materiału pojawiają się partie saksofonu, które dodają muzyce lekkiego szaleństwa, a miejscami przewijają się subtelne wstawki elektroniczne czy industrialne. Nie ma tego dużo, ale działa jako ciekawe urozmaicenie. Z drugiej strony są też te małe „świeckie tradycje”, które fani Epitome znają od lat – choćby słowo „ROT” w tytule czy charakterystyczne, białe tło okładek. Wokalnie jak zwykle pełen arsenał – potężne growle, przeraźliwe screamy i sporo tej charakterystycznej nuty szaleństwa. Nie brakuje też typowo grindowych momentów – jak choćby „GORE” ze skocznym początkiem i klasycznymi „świniakami” na wokalach.

Całość brzmi bardzo dobrze: produkcja jest mocna i czytelna, ale jednocześnie zachowuje tę obowiązkową dla Epitome chropowatość. W tle przyjemnie bulgocze bas, który nie ginie pod gitarami i dodaje materiałowi dodatkowej głębi. W efekcie „Goodbye My ROT” to kolejny bardzo solidny rozdział w historii zespołu – bez rewolucji, ale z dużą klasą i charakterem. Epitome nadal robi swoje. I robi to naprawdę dobrze.

Prezes



..::TRACK-LIST::..

1. ROT
2. Goodbye My ROT
3. Sister-in-Law
4. Dystonia
5. Fuck You!
6. Post-Traumatic Dementia
7. Town
8. Way Out
9. GORE
10. The Man-Eater
11. Stick Man
12. Clostridium
13. Maruta
14. Funky
15. Connective Tissue Disorder
16. Crepitating Flesh
17. Trip
18. Shipbuilder’s Eye
19. Endocannibalism
20. Cerebrovascular Accident
21. 3 Guys – 1 Hammer



..::OBSADA::..

Dyvan - vocals
M4ody - guitars
Kiszka - bass, backing vocals
Czarnuch - drums, samples

Guest:
Antek Pilch - saxophone



https://www.youtube.com/watch?v=dV4dOMWofxg



SEED 15:00-22:00.
POLECAM!!!

Komentarze są widoczne tylko dla osób zalogowanych!

Żaden z plików nie znajduje się na serwerze. Torrenty są własnością użytkowników. Administrator serwisu nie może ponieść konsekwencji za to co użytkownicy wstawiają, lub za to co czynią na stronie. Nie możesz używać tego serwisu do rozpowszechniania lub ściągania materiałów do których nie masz odpowiednich praw lub licencji. Użytkownicy odpowiedzialni są za przestrzeganie tych zasad.

Copyright © 2026 Best-Torrents.com