|
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::..
"Odmawiałem przez ostatnie 15 lat" - mówił w naszym wywiadzie Christofer Johnsson odnośnie koncertów zespołu Therion z orkiestrą symfoniczną. Problemy natury technicznej sprawiały, że artysta przyrzekł sobie nigdy więcej nie wchodzić do tej rzeki. Co się więc zmieniło, że 20 stycznia 2024 roku w Mexico City Arena muzycy stanęli obok członków Orquesta Sinfónica Nacional de Mexico? Odpowiedź jest prosta: pieniądze. Grupa za tę jedną noc miała dostać taką kasę, jaką normalnie zarobiłaby przez jakieś 10 lat normalnego grania. Nie można było odmówić, co nie? Nie można było też nie wykorzystać okazji do wypuszczenia koncertówki - nawet jeśli miało to oznaczać ponowne frustracje związane z miksem.
Muszę przyznać, że poprzednią koncertówką Therion z orkiestrą byłem dość rozczarowany - w "The Miskolc Experience" brakowało mi rozmachu, jakiego oczekiwałbym po połączeniu metalu z operą. Dużo większe wrażenie zrobił na mnie standardowy pod względem składu "Celebrators of Becoming" - notabene też z Meksyku. Jak natomiast wypada "Con Orquesta"? Powiem tak: wyobraźcie sobie, że właśnie trafiliście do alternatywnej rzeczywistości, w której szwedzka formacja jest tak duża jak Metallica czy Guns N'Roses. Oto właśnie "Con Orquesta". To Therion wzniosły, epicki, grający na wielkiej hali dla 11.000 rozwrzeszczanych fanów. Z pełną, składającą się zarówno z sekcji smyczkowej, jak i dętej orkiestrą, wzbogaconą dodatkowo o chór (z męskimi i żeńskimi głosami). Z oprawą świetlną (a i nie zapominajmy o słupach ognia) godną największych. Już sam widok sceny i głodnej muzyki publiczności robi piorunujące wrażenie, nie tylko przed telewizorem. Da się zauważyć bowiem autentyczny szok na twarzach nie tylko członków Therion, ale również i muzyków orkiestry, którzy potrafią nawet ukradkiem wyciągnąć swoje smartfony, by cyknąć pamiątkowe fotki.
Christofer przestrzegał, że ciężko zmiksować prawdziwą orkiestrę tak, by oddać pełnię wrażeń na żywo. Myślę jednak, że na "Con Orquesta" udało się osiągnąć efekt, który powinien usatysfakcjonować każdego. Oczywiście pamiętać trzeba, że muzyka Therion oparta jest na symfonicznych fundamentach. To nie jest więc tak, że nagle jakiś kawałek zostanie przejęty przez smyczki, czy sekcja dęta zacznie wygrywać rzeczy, których wcześniej nie znaliśmy. Jasne, pojawią się pewne smaczki, a niektóre fragmenty zostaną pięknie przearanżowane ("Via Nocturna" czy "The Siren of the Woods" to prawdziwe perełki), no ale w gruncie rzeczy to te same kawałki, które znamy i lubimy. Gdzie na płycie były skrzypce, to teraz i na żywo są prawdziwe skrzypce, a gdzie czadu dawał potężny chór, to i teraz na scenie wgniatani jesteśmy w fotel (jak ze smakiem podbijane są partie głównych wokali!). Orkiestra i towarzyszący jej chór są integralną częścią show, a nie dodatkiem, ciekawostką. Gdzie trzeba to dodają mocy, a gdzie ma się wykazać zespół, to nie boją się milczeć i cierpliwie czekać na swoją kolej. Na innych koncertówkach Therion zawsze czegoś mi brakowało - za każdym razem gdzieś w głowie pojawiała się myśl, że "tutaj na płycie było to czy tamto". Wreszcie te wewnętrzne głosy ucichły!
O setliście tego wieczoru można powiedzieć tyle, że była... fenomenalna. Całe show zostało podzielone na dwie części, z których każda składa się z 10 numerów - co daje łączny czas trwania wideo oscylujący w granicach 140 minut. Mamy zarówno największe hity, bez których trudno wyobrazić sobie koncert Therion, z "The Birth of Venus Illegitima", "The Rise of Sodom and Gomorrah" czy "To Mega Therion" na czele, jak i niejedną niespodziankę. Osobiście zaskoczony byłem przedstawicielami "Les fleurs du mal", jakże pięknie pociągniętymi przez dostojną Lori Lewis i kokieteryjną Rosalíę Sairem. Bardzo ładnie wyszło także przedstawicielstwo "Leviathanów": klimatyczny "The Ruler of Tamag", przepiękna "Tuonela" i klimatyczny "Ten Courts of Diyu" - to nie są kawałki, przy których tupiemy zniecierpliwieni nóżką, czekając na "mięsko". Tego oczywiście mamy aż nadto, gdyż co chwilę będziemy się zachwycać daną partią, czy solówką. Cudne solo Christiana w "Siren of the Woods", szalejące skrzypce w "Quetzalcoatl", instrumentalne zakończenie "Draconian Trilogy" - tu naprawdę trzeba się postarać, by się do czegoś przyczepić. Ja osobiście mogę powiedzieć tylko tyle, że w "Son of the Staves of Time" brakowało mi zadziorności Levéna. I tyle. Cała reszta to rozpływanie się nad zespołem - w tym cudowną Lori Lewis.
Miło mi też zakomunikować, że całe show zostało dynamicznie zmontowane. Nie ma tutaj zbyt dużej dozy "sterylności" - miejscami obraz potrafi być nieostry, jakby zarejestrowany z poziomu publiczności jakimś smartfonem. Bywa chaotycznie, nieco chałupniczo (jakże cudownie prześwietlone ujęcia z daleka), ale jednocześnie całość jest niesamowicie angażująca. W "Ten Courts of Diyu" co prawda mamy pewne potknięcie, w postaci przeciętego obrazu, ale to akurat może być glitch występujący w wersji przedpremierowej. Najważniejsze, że reżyserowi show udało się uchwycić atmosferę panującą tego dnia w Mexico City Arena. Czuć ze sceny ten żar; mnóstwo tutaj scen zapadających w pamięć. Od tupiących nogami muzyków orkiestry, tańczących przedstawicieli chóru, przez znakomicie bawiących się członków składu, aż do zachowania publiki. Lori szalejąca w "Ginnungagap", całus Thomasa złożony w czoło wzruszonej wokalistki, dyskretne uśmiechy grającego solówki Vidala, maestro bawiący się niczym gwiazda rocka, czy w końcu śpiewająca razem z zespołem, przełykająca łzy szczęścia fanka - za każdym razem wyłapywać będziecie coś nowego.
Oczywiście głównym daniem jest wideo, ale to najbardziej promowane wydanie fizyczne (2xCD+DVD+BD) zawierać będzie również pewne dodatki. Co prawda akurat do bonusowego fragmentu prób nie miałem dostępu, ale już do zawartości płytek audio: jak najbardziej. Materiał znakomicie broni się bez ruchomych obrazków - wszystko brzmi odpowiednio mocno, ale gdzie trzeba to i pozostawia miejsce do oddechu. Co ważne: poszczególne części show są dość długie. Taka wersja CD ostatniej koncertówki (co ciekawe: również z orkiestrą) Moonspell irytowała małą ilością kawałków per nośnik, natomiast tutaj mamy w zasadzie dwa pełne koncerty. Nie da się na ten element narzekać. Podobnie jak na całe wydawnictwo: to po prostu mokry sen każdego fana Therion. Który się spełnił.
Tomasz Michalski
..::TRACK-LIST::..
1. The Blood of Kingu
2. The Ruler of Tamag
3. The Birth of Venus Illegitima
4. Tuonela
5. Twilight of the Gods
6. Mon Amour, Mon Ami (Marie Laforet cover)
7. La Maritza (Sylvie Vartan cover)
8. Via Nocturna
9. Asgard
10. Draconian Trilogy
11. Ginnungagap
12. Ten Courts of Diyu
13. Litany of the Fallen
14. Siren of the Woods
15. Son of the Staves of Time
16. Lemuria
17. Sitra Ahra
18. Quetzalcoatl
19. The Rise of Sodom and Gomorrah
20. To Mega Therion
+ Rehearsals
https://www.youtube.com/watch?v=1Ae9X2ZEHyQ
SEED 15:00-22:00.
POLECAM!!!
|