|
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::..
Album "The Eternal Idol" powstawał w trudnym dla Tony'ego Iommiego okresie. Zmuszony do kontynuowania działalności pod szyldem Black Sabbath, zmagał się z nieustającymi rotacjami w składzie. Jeszcze podczas trasy koncertowej promującej "Seventh Star", po jakiś trzech występach, z zespołu odszedł Glenn Hughes, a jego miejsce zajął Ray Gillen. Wkrótce potem nastąpiła zmiana na stanowisku basisty, które objął Bob Daisley (znany z Rainbow i solowych albumów Ozzy'ego Osbourne'a). Zespół przystąpił do tworzenia nowego albumu - nie bez problemów, bo okazało się, że Gillen zupełnie nie potrafi pisać tekstów. Ostatecznie napisał je Daisley, który zajmował się tym już u Osbourne'a. Najgorsze nastąpiło jednak tuż po zakończeniu nagrań, gdy skład całkowicie się posypał - odszedł zarówno Gillen, jak i sekcja rytmiczna, która postanowiła grać u Gary'ego Moore'a. Iommi nie miał zamiaru po raz kolejny wydawać albumu z jednym wokalistą, a na trasę wyruszyć już z innym. Zatrudnił więc Tony'ego Martina, aby nagrał na nowo wszystkie partie wokalne.
"The Eternal Idol" kontynuuje drogę obraną na "Seventh Star". Dominuje tutaj raczej sztampowe, heavymetalowe granie o wygładzonym brzmieniu za sprawą kiczowatych, syntezatorowych podkładów w tle. Całkiem nieźle wypada otwierający całość "The Shining", wyróżniający się nawet dobrą melodią, zaś w finałowym "Eternal Idol" pojawia się namiastka dawnego mroku i ciężaru - niestety, zespół nawiązuje do swojej przeszłości w zbyt przerysowany - i zwyczajnie nudny - sposób. Wyróżnia się jeszcze akustyczna, instrumentalna miniaturka "Scarlet Pimpernel" - ale tylko ze względu na swój odmienny charakter. O pozostałych kawałkach nie warto nawet wspominać. To po prostu bardzo przewidywalne i raczej tandetne granie, w naprawdę okropnej stylistyce, mieszczącej się gdzieś pomiędzy kiczowatym heavy metalem, a banalnym AOR-em. Jeśli zaś chodzi o Tony'ego Martina, to za sprawą barwy głosu i zamiłowania do zbyt wysokich tonów - najbliżej mu do Ronniego Jamesa Dio. Na szczęście unika typowej dla Dio teatralnej maniery (poza utworem tytułowym), dzięki czemu jest nieco bardziej znośny.
"The Eternal Idol" to po prostu jeden z najsłabszych albumów wydanych pod szyldem Black Sabbath. Zawodzi tutaj niemal wszystko, od bezbarwnych kompozycji, przez denną stylistkę i bezpłciowe wykonanie, po kiczowate brzmienie. Firmowanie czegoś takiego nazwą Black Sabbath to zniewaga dla wszystkich wielbicieli tego zespołu.
Paweł Pałasz
Długo – bo około rok – rodził się ten album. O wierze twórców w jego sukces niech świadczy fakt, że Tony Iommi jako jedyny przetrwał sesję nagraniową od początku do końca, wszyscy inni zrezygnowali w trakcie…
Największym grzechem krążka jest fakt, że Iommi zamiast kroczyć drogą charakterystycznego, sabbathowego stylu, postanowił – zapewne licząc na komercyjny sukces – skręcić w strony, w jakie żadna płyta tego zespołu nie powinna zbaczać. Choć „The Eternal Idol” od początku był planowany jako wydawnictwo Black Sabbath, niewiele ma wspólnego z dotychczasowymi dokonaniami kapeli. Może nie robiłbym z tego wielkiego problemu, gdyby nowy kierunek rekompensował zmianę i wyrzeczenie się tożsamości zespołu. Niestety, ten krążek reprezentuje to, co najgorsze w heavy metalu tamtych czasów. Ba, nie jestem całkiem przekonany, czy o heavy metalu można tu mówić z czystym sumieniem, bowiem bliżej muzyce tutaj zaproponowanej do dokonań zespołów z kręgu glam rocka lub glam metalu, do bólu komercyjnej w jak najbardziej negatywnym tego słowa znaczeniu. Kompozycje są przesadnie uładzone, a przy tym totalnie bezbarwne i nijakie; o ile „The Shining” może się jeszcze podobać, to takie „Hard Life To Love” czy „Lost Forever” nie pozostawiają w słuchaczu absolutnie nic. Rozpoczynający się od dość tajemniczo brzmiących klawiszy „Nightmare” rokuje dobrze, lecz okazuje się, że i tu mamy do czynienia z utworem całkowicie przeciętnym. Znośnie prezentuje się „Glory Ride”, chociaż sabbathowi ortodoksi słysząc go raczej spluną z obrzydzeniem. Akustyczna miniatura „Scarlet Pimpernel” też nie robi takiego wrażenia, jak starsze tego typu kompozycje. Dopiero na koniec – najwyraźniej w ramach osłody po gorzkawym daniu – dostajemy utwór utrzymany w klasycznej stylistyce Black Sabbath. Ciężki „Eternal Idol” może zaczarować mrocznym, dusznym klimatem, w dużej mierze generowanym przez fajnie zaaranżowane gitarowe pajęczynki (chociaż i tak gitarę spiłowano tu aż do przesady, więcej mocy na pewno by nie zaszkodziło), tyle że jedna dobra kompozycja nie uratuje całego krążka.
Za mikrofonem debiutuje w Black Sabbath Tony Martin, zatrudniony w zasadzie w ostatniej chwili. Nie miał wielkiego pola do popisu, bowiem linie wokalne ułożył jego poprzednik, Ray Gillen, i musiał się do nich po prostu dostosować. Wokalista nie do końca jeszcze czuje muzykę zespołu, na dodatek wyraźnie słychać, że brakuje mu charyzmy wielkich poprzedników (Osbourne-Dio-Gillan-Hughes), chociaż kłamstwem byłoby stwierdzenie, że jego występ na „The Eternal Idol” jest nieudany. Po prostu na kolejnych płytach Martin udowadnia, że ma swój styl i większe możliwości, niż zaprezentowane tutaj. Klawiszowiec Geoff Nicholls robi co może, żeby wprowadzić choć trochę mrocznego nastroju, ale nieciekawe w większości partie Iommiego kładą klimat na całej linii. Brzmienie również nie zadowala i powiela błędy producentów lat 80., a więc mamy perkusję z przesadnym pogłosem, nieco spłaszczone gitary i trochę zbyt słabo wyczuwalny bas.
„The Eternal Idol” okazał się klapą, i artystyczną, i komercyjną. Nie jest to jakiś bardzo zły album, którego nie dałoby się słuchać, aczkolwiek od materiału wydanego pod szyldem Black Sabbath wymagać trzeba o wiele więcej, niż przeciętnego, skomercjalizowanego grania, od jakiego zwyczajnie wieje nudą. To jeden z tych punktów w dyskografii zespołu, jakiego mogłoby w ogóle nie być.
Ciemna Stron Rocka
Okładka i tytuł inspirowane są rzeźbą Auguste’a Rodin.
W Internecie można znaleźć kompletny zapis demo płyty z Rayem Gillenem na wokalu. Jedyna pozostałość jego głosu na albumie to śmiech w „Nightmare”. Autorem tekstów jest Bob Daisley, które jednak modyfikowali później Martin i Nicholls.
Po przybyciu Tony’ego Martina Iommi skomponował z nim dwie dodatkowe kompozycje: „Some Kind Of Woman”, która trafiła na stronę B singla „The Shining” oraz „Black Moon”, jaka pojawiła się na singlu „Eternal Idol”.
„Black Moon” została zresztą nagrana na nowo na kolejnym albumie, zatytułowanym „Headless Cross”.
Martin miał 8 dni na nagranie wszystkich wokali.
Choć w książeczce wymieniony jest Dave Spitz, to jednak na basie zagrał ostatecznie Bob Daisley, który po prostu zarejestrował partie swego poprzednika.
Po odejściu perkusisty Erica Singera kilku dogrywek dokonał Bev Bevan (w „Scarlet Pimpernel” i „Eternal Idol”).
..::TRACK-LIST::..
CD 1 - Original Album:
1. The Shining 5:58
2. Ancient Warrior 5:32
3. Hard Life To Love 4:58
4. Glory Ride 4:48
5. Born To Lose 3:43
6. Nightmare 5:19
7. Scarlet Pimpernel 2:06
8. Lost Forever 4:05
9. Eternal Idol 6:37
Bonus Tracks (Single B-side):
10. Black Moon 3:38
11. Some Kind Of Woman 3:15
CD 2 - The Eternal Idol: Ray Gillen Session
1. Glory Ride (Vocals - Ray Gillen) 5:20
2. Born To Lose (Vocals - Ray Gillen) 3:40
3. Lost Forever (Vocals - Ray Gillen) 4:16
4. Eternal Idol (Vocals - Ray Gillen) 6:47
5. The Shining (Vocals - Ray Gillen) 6:28
6. Hard Life To Love (Vocals - Ray Gillen) 5:17
7. Nightmare (Vocals - Ray Gillen) 4:47
8. Ancient Warrior (Vocals - Ray Gillen) 4:54
'The Eternal Idol' was originally released on 1st November 1987 by Vertigo/Phonogram, VERH 51 (832 708-1)
Tracks 1-10 and 1-11 were originally released as B-Sides on the single Black Sabbath - The Shining
..::OBSADA::..
Tony Iommi - guitars
Tony Martin - vocals
Geoff Nicholls - keyboards
Bob Daisley - bass
Eric Singer - drums
Additional personnel:
Ray Gillen - sinister laugh on 'Nightmare', vocals on 2010 deluxe edition Disc 2
Bev Bevan - percussion and cymbal overdubs on 'Scarlet Pimpernel'
https://www.youtube.com/watch?v=3aK-Sxuj8Ys
SEED 15:00-22:00.
POLECAM!!!
|